<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Lekturki - blog Zofii Jurczak &#187; dawno_temu</title>
	<atom:link href="http://lekturki.com/tag/dawno_temu/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://lekturki.com</link>
	<description>Zapis namiętności czytania - blog Zofii Jurczak</description>
	<lastBuildDate>Mon, 06 Feb 2012 11:11:56 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1</generator>
		<item>
		<title>Tylko dla wielbicieli</title>
		<link>http://lekturki.com/2011/09/roze-i-kapryfolium-paul-leicester-ford/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2011/09/roze-i-kapryfolium-paul-leicester-ford/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 16 Sep 2011 18:33:01 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Stareńkie]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[miłość]]></category>
		<category><![CDATA[Paul Leicester Ford]]></category>
		<category><![CDATA[wojna]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1544</guid>
		<description><![CDATA[Ramota &#8211; niezaprzeczalnie, ale taka, że palce lizać, co równa się masie zupełnie niespodziewanej uciechy. Bodaj ostatni raz tak dobrze się bawiłam czytając „Italczyka” Ann Radcliffe. „Róże i kapryfolium” niejakiego Paula Leicestera Forda to przykład książki, która zestarzała się dokumentnie, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2011/09/roze-i-kapryfolium-paul-leicester-ford/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ramota &#8211; niezaprzeczalnie, ale taka, że palce lizać, co równa się masie zupełnie niespodziewanej uciechy. Bodaj ostatni raz tak dobrze się bawiłam czytając <a href="http://lekturki.com/2007/12/italczyk-ann-radcliffe/" target="_blank">„Italczyka” Ann Radcliffe</a>.</p>
<p style="text-align: center;"><img class="alignnone" title="Róże i kapryfolium" src="http://www.swiatksiazki.pl/wcsstore/SwiatKsiazki/images/okladki/d7816.jpg" alt="" width="165" height="260" /></p>
<p>„Róże i kapryfolium” niejakiego Paula Leicestera Forda to przykład książki, która zestarzała się dokumentnie, ale ten fakt (paradoksalnie) czynią ją tym bardziej atrakcyjną dla współczesnego czytelnika. Mamy oto bowiem epicki fresk z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, romans historyczny rzec by można, z nadobną i płochą panienką Janice w roli głównej. Panienką tak piękną, że wszyscy bez względu na poglądy, stan czy wyznanie wielbią ją i chcą posiąść (oczywiście jako żonę! Żadnych bezeceństw moi drodzy). Janice ma i rodziców – matkę dewotkę, która swą jedynaczkę najchętniej wydałaby za owdowiałego pastora z licznym przychówkiem i aroganckiego ojca, zwanego dalej Dziedzicem, wyjątkowo krnąbrną, konserwatywną i upartą kreaturę. Panienka wiedzie nudne prowincjonalne życie, a jej jedyną rozrywką zdaje się być gra na szpinecie (cokolwiek to jest) i ukradkowe czytanie powieści przygodowych. Do czasu, gdy we włościach Dziedzica pojawia się nowy pracownik kontraktowy, sprowadzony prosto z Anglii, zabójczo przystojny i bardzo tajemniczy Karol, który nie tylko zawróci w głowie niewinnej panience, ale i nie raz i nie dwa uratuje ją z opałów rozmaitego sortu. Bo Karol, jak wkrótce się okaże, bynajmniej nie jest prostaczkiem, za którego chce uchodzić, a w Ameryce, w przededniu walk niepodległościowych, będzie miał okazję nie raz zabłysnąć.</p>
<p>„Róże i kapryfolium” są okropne i znakomite zarazem. Fabuła jest okrutnie naciągana, nie wspominając już o tym, że kiczowata do cna, toteż, jak mniemam, dzieło zdzierżą i w pełni docenią tylko wielbiciele gatunku. Powieści nie sposób czytać na serio, bo powaga grozi tu co najmniej absmakiem, w najgorszym razie ostrym zatruciem. Poza tym, a trzeba to koniecznie dodać, to literatura na wskroś amerykańska, o czym P.L. Ford nie pozwala zapomnieć ani przez chwilę. Jest patetyczna i nie mniej patriotyczna, ale nie nudna. Nagłych zwrotów akcji jest tu co niemiara, rywalizacja o rękę Janice trwa do niemalże ostatniej strony, jest i czarny charakter i wojna, ale miłość i tak wszystko zwycięży.</p>
<p>Amen.</p>
<p>„Róże i kapryfolium” Paul Leicester Ford, przełożyła Janina Sujkowska, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 580.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2011/09/roze-i-kapryfolium-paul-leicester-ford/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nie tylko zdjęcia</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/08/nieznany-portret-krakowa-barbara-zbroja-konrad-myslik/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/08/nieznany-portret-krakowa-barbara-zbroja-konrad-myslik/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Aug 2010 12:24:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Barbara Zbroja]]></category>
		<category><![CDATA[Cracoviana]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[Konrad Myślik]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[palimpsest]]></category>
		<category><![CDATA[zdjęcia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1377</guid>
		<description><![CDATA[Gdyby ktoś zobaczył mnie przed kilkoma dniami zapewne zastanawiałby się po kiego grzyba wącham książkę? Bo tak mniej więcej, dla osób niewtajemniczonych w przedmiot mej lektury, mogły wyglądać próby przeczytania „Nieznanego portretu Krakowa” – książki bynajmniej nie do wąchania, ale &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/08/nieznany-portret-krakowa-barbara-zbroja-konrad-myslik/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/08/nieznany_portret_krakowa.jpg" rel="lightbox[1377]"><img class="alignleft size-full wp-image-1378" title="nieznany_portret_krakowa" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/08/nieznany_portret_krakowa.jpg" alt="" width="200" height="298" /></a>Gdyby ktoś zobaczył mnie przed kilkoma dniami zapewne zastanawiałby się po kiego grzyba wącham książkę? Bo tak mniej więcej, dla osób niewtajemniczonych w przedmiot mej lektury, mogły wyglądać próby przeczytania <strong>„Nieznanego portretu Krakowa”</strong> – książki bynajmniej nie do wąchania, ale do przeżywania i delektowania się , a nade wszystko oglądania. Temu kto planuje (lub jeszcze nie wie, że planuje, a wiedzcie, że warto) przyjrzenie się książce duetu Barbara Zbroja – Konrad Myślik  radzę od razu, zanim jeszcze zacznie czytać wstęp, zaopatrzyć się  w szkło powiększające. Później będzie za późno (jakkolwiek językowo durnie to nie brzmi), bo od „Nieznanego portretu <a href="http://lekturki.com/tag/krakow/" target="_blank">Krakowa</a>” trudno się oderwać.</p>
<p>Dwoje autorów, sobie tylko znanymi sposobami, wygrzebało z rozmaitych archiwów blisko dziewięćdziesiąt fotografii obejmujących okres od drugiej połowy XIX wieku do czasów Generalnej Guberni. Przy czym, co zaznaczyć trzeba, na próżno szukać tu zamku królewskiego, Sukiennic, plant czy innych powszechnie znanych i kojarzonych z Krakowem landszaftów. Zbroja i Myślik patrzą na gród Kraka z prowokującą nonszalancją, przywracając miejskiemu pejzażowi miejsca wymazane lub wykluczone, lub już nie istniejące, ewentualnie istniejące, ale w postaci tak dalece zmodyfikowanej czy zdewastowanej, że trudno je rozpoznać. Wśród nich – dziś zarośnięte polany w Lasku Wolskim, świeżo wytyczona aleja Słowackiego, budowa bulwarów wiślanych, przemysłowe Grzegórzki czy targowica końska na Placu Na Groblach. Każda fotografia opatrzona jest błyskotliwym komentarzem w istocie swej bardziej przypominającym erudycyjny szkic niż prosty podpis do zdjęcia informujący o tym co, kto i gdzie. Autorzy wyłuskują z fotografii detale nie widoczne gołym okiem  (a w każdym razie bez pomocy lupy), ale i w wyczerpujący sposób opowiadają związaną z nimi historię.</p>
<p>„Nieznany portret Krakowa” w warstwie meta to rzecz o miejskim palimpseście, proces ewolucji i nawarstwiania się czy może raczej wzrastania miejskiej tkanki Krakowa, ale również, jak celnie ujął to profesor Jacek Purchała we wstępie, opowieścią o przenikaniu się różnych światów. Jednakowoż największą wartością książki Zbroi i Myślika jest kompozycja: z pozoru w nieco przypadkowy sposób przesuwająca się w czasie i przestrzeni, w istocie tworząca indywidualną narrację przywodzącą na myśl strategię <em>flâneura</em> – miejskiego spacerowicza, bacznego obserwatora i urbanistycznego detektywa w jednym &#8211; dryfującego po krakowskich trotuarach i nigdzie nie czującego się tak dobrze jak na ulicy.</p>
<p>W toku lektury rośnie apetyt aby samemu wcielić się w <em>flâneura </em>i ruszyć w miasto z „Nieznanym portretem Krakowa” pod pachą. Zaplanowałam już sobie kilka spacerów, ale ostatnio pogoda wysoce nie sprzyjała wychodzeniu z domu. Ja to ja, ale szkoda byłoby, aby tak cenna książka ucierpiała w wyniku uporczywych opadów, toteż chwilowo zmuszona byłam przełożyć plany na później. Może jutro uda się sprawdzić czy żeliwny spust rynnowy z kamienicy przy Krakowskiej 4 wciąż ma się tak dobrze jak twierdzą autorzy, choć budynek Fabryki Wody Sodowej, którego był częścią, nie istnieje od niemal stu lat?</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 6 out of 6 stars</p>
<p>„Nieznany portret Krakowa” Barbara Zbroja, Konrad Myślik, Wydawnictwo WAM, Kraków 2010</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/08/nieznany-portret-krakowa-barbara-zbroja-konrad-myslik/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła&#8221; Andrzej Kozioł</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/12/alfabet-krakowski-andrzeja-koziola-andrzej-koziol/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/12/alfabet-krakowski-andrzeja-koziola-andrzej-koziol/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Dec 2009 23:03:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[(auto)biografie i wspomnienia]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Andrzej Kozioł]]></category>
		<category><![CDATA[Cracoviana]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1112</guid>
		<description><![CDATA[Spór między Krakowem a Warszawą wciąż żywy. Subiektywny alfabet Andrzeja Kozioła jest kolejnym głosem w dyskusji (czy może raczej słownej przepychance), rzucającym na te swary nieco nowego światła. Przy czym zaznaczyć trzeba, że książeczka Pana Kozioła owych sławetnych niesnasek nie &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/12/alfabet-krakowski-andrzeja-koziola-andrzej-koziol/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><img class="alignleft size-full wp-image-1113" title="Alfabet krakowski" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/12/alfabet.jpg" alt="Alfabet krakowski" width="180" height="278" />Spór między Krakowem a Warszawą wciąż żywy. Subiektywny alfabet Andrzeja Kozioła jest kolejnym głosem w dyskusji (czy może raczej słownej przepychance), rzucającym na te swary nieco nowego światła.</p>
<p style="text-align: justify;">Przy czym zaznaczyć trzeba, że książeczka Pana Kozioła owych sławetnych niesnasek nie dotyczy, pisze on bowiem właściwie wyłącznie o Krakowie, a stolica pojawia się pod maską persyflażu. Andrzej Kozioł chętnie wbija szpile Warszawiakom, zresztą <em>antywarszawskość</em> jest jednym z haseł jego leksykonu, a dziennikarz wcale się nie kryje ze swą antypatią względem Kongresówki, choć to akurat dziwić nie powinno, w końcu jest Krakusem, a dokładnie mieszkańcem Zwierzyńca. To właśnie ta dzielnica Krakowa jest główną bohaterką jego osobistego abecadła,  to tam się wychował, i to ją obdarza największą estymą. Dość jednak dygresji.</p>
<p style="text-align: justify;">Myślę, że słowo „subiektywny” jest kluczem do zrozumienia „Alfabetu krakowskiego”. Kozioł pięknie opowiada o swoim mieście, specyficznym języku i osobach, które wpłynęły na jego niepowtarzalny charakter. Jego Kraków to miasto, którego już nie ma. Bezpowrotnie minęły bowiem czasy grubiańskich furmanów, czapek z zakładu Kurzydły, czasy gdy przez Bramę Floriańską przejeżdżały tramwaje (w głowie mi się to nie mieści!), a na błoniach, które teraz słyną przede wszystkim z mszy papieskich i stad ekshibicjonistów, pasły się krowy. I nie, to nie był wczesny plejstocen. Tak wyglądał Kraków jeszcze jakieś pięćdziesiąt lat temu. O ile podróż sentymentalną po miejscach, których czas już przeminął czyta się wspaniale, o tyle dobór postaci i sposób ich sportretowania w „Alfabecie…” jest dyskusyjny i wzbudzający mieszane uczucia*. Przeszkadzała mi tonacja, w jakiej została napisana książka. Zupełnie jakby Andrzej Kozioł w swym „Alfabecie krakowskim” chciał w pierwszej kolejności dopieścić własne ego, udowadniając sobie i innym, jak poufałe łączą go stosunki z wieloma znamienitymi Krakowianami, przy czym dla większości nie-Krakusów te znakomitości będą głównie nic nie mówiącymi nazwiskami. Tym bardziej dziwi chełpliwy ton Kozioła, a także pobrzmiewający między wierszami lekceważący stosunek wobec nie-Krakusów.</p>
<p style="text-align: justify;">Zabrakło odrobiny skromności. Subiektywizm – subiektywizmem, <em>exposé</em> na temat programowego kumoterstwa we wstępie do książki to jednak za mało, aby zneutralizować wrażenie zbyt wielkiej ilości prywaty i chełpliwy ton. Pamiętam, że kilka lat temu czytałam świetne „Klapsy i ścinki”  &#8211; filmowy alfabet Kazimierza Kutza, tyle że ten znakomity reżyser wspominając swych znajomych, czyli inne znamienite postacie polskiej kultury, nie puszył się ani nie zadzierał nosa. Tutaj nie ma nazwisk tego kalibru, a jednak mieszane uczucia pozostają. Poza tym Andrzej Kozioł bywa boleśnie <em>seriozny</em>, a przytaczane żarty&#8230; Napiszę może tak &#8211; o  jego książce można napisać wiele, ale z pewnością nie to, że jest zabawna.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie mniej jednak (i mimo tych wszystkich moich &#8222;ale&#8221;) „Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła” to bez wątpienia ciekawa propozycja, która zainteresuje zarówno mieszkańców, jak i sympatyków Krakowa. Tym pierwszym odświeży w głowach obraz dawnego miasta, a dla drugich będzie świetnym przykładem „krakusiostwa” w wydaniu czystym. Innymi słowy -   dla każdego coś miłego.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars Przede wszystkim za obrazki z nieznanego mi Krakowa.</p>
<p style="text-align: justify;">[„Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła, Andrzej Kozioł, Wydawnictwo WAM, Kraków 2009]</p>
<p style="text-align: justify;">*na przykład siostra Anastazja, autorka książek kucharskich, trafiła do alfabetu Kozioła nie ze swe zasługi na polu kulinarnym czy fakt, że jej publikacje rozeszły się łącznie w niemal milionie egzemplarzy, ale dlatego, że małżonce autora zasmakowało ciasto jej wypieku. Dość oryginalna motywacja, prawda?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/12/alfabet-krakowski-andrzeja-koziola-andrzej-koziol/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Krynolinę zostaw w Kairze&#8221; Barbara Hodgson</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Oct 2009 23:08:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kanada]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Barbara Hodgson]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1023</guid>
		<description><![CDATA[Tylko mężczyźni bywali wagabundami? Bzdura Przekonuje o tym Barbara Hodgson, autorka, ukrytego pod jakże wdzięcznym tytułem „Krynolinę zostaw w Kairze”, zbioru szkiców o pierwszych podróżniczkach. Po prawdzie nieco przekorny oryginalny tytuł „No Place for a Lady” lepiej oddaje idee książki, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>T<img class="alignleft size-medium wp-image-1024" title="krynolina" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/10/krynolina-182x300.jpg" alt="krynolina" width="182" height="300" />ylko mężczyźni bywali wagabundami? Bzdura</p>
<p>Przekonuje o tym Barbara Hodgson, autorka, ukrytego pod jakże wdzięcznym tytułem <strong>„Krynolinę zostaw w Kairze”</strong>, zbioru szkiców o pierwszych podróżniczkach. Po prawdzie nieco przekorny oryginalny tytuł „No Place for a Lady” lepiej oddaje idee książki, w której kanadyjska pisarka krok po kroku udowadnia, że w gruncie rzeczy już kilkaset lat temu nie było takich miejsc, do których kobiety by nie zawędrowały.</p>
<p>Zdawać by się mogło, że dla siedemnasto czy też osiemnastowiecznych podróżniczek (o tych z  dziewiętnastego wieku w ogóle nie wspominając, bo to przecież wiek kolei żelaznej, a ta sama w sobie była ogromnym udogodnieniem) nie istniały żadne przeszkody w podróżowaniu. Dla bohaterek Hodgson zasadniczo nie istniało nic gorszego niż konieczność siedzenia w domu. Z przyjemnością, ba! Z błyskiem w oku, zadzierały przysłowiową kiecę i oddawały się gorączce podróżowania, wyruszając w drogę, gdy tylko nadarzała się po temu okazja. Co istotne, nie wszystkie globtroterki były awanturnicami. Były i wśród nich przykładne matki i oddane żony, które wędrowały  u boku małżonka lub majętnego kochanka, bo, tak jak i dziś, podróże nie należą do najtańszych rozrywek, zwłaszcza, gdy ciągnie się z sobą na drugi koniec świata zastęp służby i kufry pełne strojów na każdą okazję.</p>
<p>Skoro zboczyłam już ku strojom, wspomnieć wypada właśnie o tym niezmiernie istotnym aspekcie podróżowania. Bohaterki Hodgson nie mogły bowiem wskoczyć w dresy, jeansy czy inny wygodny ubiór, bo pomijając koszulę nocną i może jeszcze pantalony, ówczesna moda tudzież sztywna przyzwoitość takich ubiorów w ogóle nie przewidywała. Miast tego miały krynoliny, turniury, halki i gorsety – ani wygodne, ani bezpieczne. Część z podróżniczek decydowała się więc na męski przyodziewek, który nie dość, że wygodniejszy, to jeszcze pozwała im zwiedzać miejsca zarezerwowane dotąd tylko dla panów. Jeszcze inne przywdziewały twory własnego projektu lub odzież lokalną. Znakomita większość jednak trwała uparcie przy swych turniurach i gorsetach i stąd rada zaczerpnięta z relacji jednej z globtroterek, aby zanim zabierze się za dogłębne zwiedzanie piramid krynolinę zostawić w Kairze…</p>
<p>Pierwsze podróżniczki z książki Hodgson były damami, które całym swym istnieniem, hartem ducha, odwagą i nieposkromioną energią nie tylko w niczym nie przypominały wydelikaconych mimoz, ale i mogłyby zawstydzić nie jednego mężczyznę. Większość z nich odznaczała się niemalże spartańską wytrzymałością i cudowną zdolnością osiągania zamierzonych sobie celów. Wszędzie było ich pełno: pływały wzdłuż Nilu, organizowały naukowe ekspedycje, ucztowały wspólnie z dzikimi ludami, wpraszały się do bliskowschodnich haremów, a także oglądały zupełnie nagich Nubijczyków (a fakt ów raczej je przyjemnie podniecał niż gorszył). Wyglądało to troszkę tak, jakby w chwili wyjścia poza ich naturalne środowisko, wstępował w nie nowy duch, pod wpływem którego globtroterki z płochych i pokornych niewiast przeistaczały się w prawdziwe łowczynie przygód. Weźmy na przykład taką Isabelę Burton, kobietę bardzo delikatnego zdrowia, dla której wyjazd do Brazylii skończył się łagodną odmianą cholery i licznymi czyrakami na skórze, <em>a także stała się pożywką dla tropikalnych pcheł, które składają jaja pod skórą człowieka. </em>Mimo to Isabel <em>jeździła konno, chodziła na wycieczki, pływała, fechtowała się i uprawiała gimnastykę. </em>Ktoś coś wspominał o słabej płci?</p>
<p>Z dzisiejszej perspektywy najważniejsze jest to, że niegdysiejsze podróżniczki dużo i chętnie o swych peregrynacjach pisały. Zwłaszcza Brytyjki okazały się wyjątkowo płodnymi pisarkami, a swą twórczością bez wątpienia wpłynęły na rozwój ówczesnej turystyki, ale i dorzuciły kilka kamyczków do współczesności. Barbara Hodgson napisała „Krynolinę zostaw w Kairze” na podstawie relacji kilkudziesięciu globtroterek, co zważywszy na niewielką objętość jej książki (około 200 stron z dużą ilością ilustracji) daje efekt trochę takiej pop-literatury: bez głębszego zanurzenia błyskawicznie prześlizgującej się po temacie. Ta założona „płytkość” jest tu jednak zaletą, „Krynolina…” jest bowiem smakowita książka na raz. Dostarcza kompendium wiedzy w pigułce i jednocześnie inspiruje do głębszego drążenia tematu.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>[„Krynolinę zostaw w Kairze. O pierwszych podróżniczkach” Barbara Hodgson, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Opowieści niesamowite z życiorysów sławnych ludzi i pamiętników polskich zaczerpnięte” Bogna Wernichowska</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/09/opowiesci-niesamowite-bogna-wernichowska/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/09/opowiesci-niesamowite-bogna-wernichowska/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 01 Sep 2009 19:58:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Bogna Wernichowska]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[duchy]]></category>
		<category><![CDATA[groza]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=968</guid>
		<description><![CDATA[Nie przypominam sobie, abym już kiedyś wspominała o mej małej słabości do historii z dreszczykiem. Nie horrorów, a właśnie historii z dreszczykiem, niesamowitych opowiadań z duchami ewentualnie demonicznymi sobowtórami w roli głównej, w których rzeczywistość zlewa się ze snem, dzieją &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/09/opowiesci-niesamowite-bogna-wernichowska/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-969" title="Opowieści niesamowite - Bogna Wernichowska" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/09/niesamowite.jpg" alt="Opowieści niesamowite - Bogna Wernichowska" width="180" height="260" />Nie przypominam sobie, abym już kiedyś wspominała o mej małej słabości do historii z dreszczykiem. Nie horrorów, a właśnie historii z dreszczykiem, niesamowitych opowiadań z duchami ewentualnie demonicznymi sobowtórami w roli głównej, w których rzeczywistość zlewa się ze snem, dzieją się rzeczy nieprawdopodobne, przerażające i bajkowe zarazem. Najbardziej w smak była mi stylistyka opowiadań niesamowitych Mikołaja Gogola (wspaniały „Nos” i „Szynel”), ale i E.T.A. Hoffmann czy klasyczne utwory Edgara Allana Poe uważam za niczego sobie, choć nie ukrywam, że ten pierwszy miał lekką skłonność do przynudzania. Celowo nie wymieniam tu powieści gotyckich, bo one z dzisiejszej perspektywy raczej śmieszą niż straszą, aczkolwiek gotyckie elementy w fabułach wciąż wysoce sobie cenię. Zresztą mam wrażenie, że wraz ze zmierzchem kultury dziewiętnastowiecznej umarła również tradycja wysublimowanej grozy i eleganckiego straszenia. Dwudziesty wiek bowiem lubował się w nadmiernej dosłowności i lejącej się szerokim strumieniem posoce (patrz Stephen King). Cudownie staroświeckie szkice <a href="http://lekturki.com/tag/bogna-wernichowska/" target="_blank">Bogny Wernichowskiej</a> to wprost zachwycająca odmiana dla czytelników poszukujących subtelnej grozy.</p>
<p>Pod tą koszmarną okładką kryje się bowiem zbiorek opowieści grozy wielkiej urody, starannie skomponowanych przez Bognę Wernichowskę na podstawie listów i pamiętników mniej lub bardziej znanych Polaków, żyjących głównie w drugiej połowie dziewiętnastego wieku lecz nie tylko. Osnute klimatyczną pajęczynką rodzinne anegdoty i wspomnienia z pogranicza świata realnego i sfery niesamowitości wciąż oddziaływają na czytelnika.  Zasadniczo nic w tym dziwnego, w końcu duchy się nie starzeją, a klimat grozy tylko umacnia fakt, że autorka nie fantazjuje, nie bawi się literacką fikcją, a bazuje na autentycznych zapiskach świadków tychże nadprzyrodzonych zdarzeń. W zbiorze znalazł się zatem i tekst dedykowany niezwykłej intuicji Adama Mickiewicza, i o „kręcidle” poetki Maryli Wolskiej, co nieco o Reymoncie i Elizie Orzeszkowej, rzecz o niezwykłej mocy zaklętej w przedmiotach, o słynnym medium międzywojnia oraz fruwających co i rusz spodeczkach, ale to są szkice dość niewinne, zwłaszcza, gdy zestawi się je z wręcz upiornymi kawałkami o nawiedzonych domostwach, tekstami tak przerażającymi, że aż po plecach przechodzą ciarki. Dość powiedzieć, że któregoś wieczoru naczytałam się Wernichowskiej, bo oczywiście, jak raz wpadniesz w Wernichowską trudno się od niej oderwać, a później bałam się spać (sic!).</p>
<p>Nie pozostaje nic innego, jak odstawić swą niewiarę w świat nadprzyrodzony na półkę i poddać się sugestywnemu klimatowi snutych przez Bognę Wernichowską opowieści. Ci którzy szukają tchnienia grozy i dreszczyku emocji  nie będą zawiedzeni. Całe szczęście, że są jeszcze książki, które potrafią porządnie nastraszyć bez epatowania bezsensowną przemocą, ale i tak nie radzę czytać<strong> „Opowieści niesamowite z życiorysów sławnych ludzi i pamiętników polskich zaczerpniętych</strong><strong>”</strong> po zmierzchu;-)</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>[„Opowieści niesamowite z życiorysów sławnych ludzi i pamiętników polskich zaczerpnięte” Bogna Wernichowska, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2000]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/09/opowiesci-niesamowite-bogna-wernichowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Tak kochali Galicjanie&#8221; Bogna Wernichowska</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/07/tak-kochali-galicjanie-bogna-wernichowska/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/07/tak-kochali-galicjanie-bogna-wernichowska/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 14 Jul 2009 04:47:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Bogna Wernichowska]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[Galicja]]></category>
		<category><![CDATA[Kraków]]></category>
		<category><![CDATA[przeszłość]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=910</guid>
		<description><![CDATA[Faktycznie, jak w którymś z komentarzy zauważyła Moni, ostatnio niezbyt szczęśliwie dobierałam sobie lektury i trafiałam głównie na przeciętniaki. Najwyraźniej jednak Fortuna tak do końca mnie nie opuściła skoro w czasie wizyty w bibliotece podsunęła mi niemalże pod sam nos &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/07/tak-kochali-galicjanie-bogna-wernichowska/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-911" title="Tak kochali Galicjanie" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/07/galicjanie.jpg" alt="Tak kochali Galicjanie" width="172" height="250" />Faktycznie, jak w którymś z komentarzy zauważyła Moni, ostatnio niezbyt szczęśliwie dobierałam sobie lektury i trafiałam głównie na przeciętniaki. Najwyraźniej jednak Fortuna tak do końca mnie nie opuściła skoro w czasie wizyty w bibliotece podsunęła mi niemalże pod sam nos <strong>„Tak kochali Galicjanie”</strong> &#8211; czarująco staroświecką antologię króciutkich szkiców Bogny Wernichowskiej.  Książkę z gatunku tych, które pokocha się od pierwszego akapitu i ze smutkiem żegna doczytując ostatnie zdanie. Napisany piękną, klasyczną polszczyzną zbiorek jest bowiem wyśmienitym przykładem literatury tyleż poszerzającej horyzonty co po prostu nieziemsko przyjemnej.</p>
<p>Zamysłem autorki było opowiedzieć raz jeszcze o dziewiętnastowiecznych miłościach posiłkując się ówczesną prasą, pamiętnikami oraz listami. Na chwilę zapomnijmy o tej całej ciężkostrawnej martyrologii, o tych wszystkich umęczonych heroinach a’la „Wierna rzeka” i dziarskich młodzianach, którzy za wszelką cenę chcą oddać życie za ojczyznę pogrążoną w niebycie, bo pod warstwą patriotycznych uniesień kryli się najzwyczajniejsi ludzie, którzy tak jak my uczyli się, wyjeżdżali na delegacje, chadzali do teatru i na zabawy taneczne, koncerty do opery, a także zakochiwali się, choć z tą drobną różnicą, że ongiś sparować się z kimś tudzież związać uświęconym związkiem małżeńskim wcale nie było tak prosto. I bynajmniej na myśli nie mam nieszczęśliwych afektów, niegdysiejsi Galicjanie mieli zgoła poważniejsze problemy: a to zdrowotne niedomagania, po których tylko nieliczni byli w stanie wrócić do dawnej formy, a to różnice wyznaniowe czy majątkowe, a to wiek (około 24-letnim niezamężnym panienkom przyczepiano wówczas etykietkę starych panien) lub mierny posagu albo, co gorsze, brak błogosławieństwa rodziców.</p>
<p>Dawne historie miłosne opowiedziane na nowo przez Bognę Wernichowską, pasjonatkę rzeczy dawnych, mają w sobie coś nieodparcie czarującego i pociągającego. Są jak urok starej koronki albo spłowiałej porcelany. Niby to wszystko to o czym opowiada Wernichowska wydaje się być dobrze znane, a jednak na próżno opierać się wrażeniu, że niegdyś do afektu podchodzono z większym szacunkiem, a miłość była uczuciem bardziej wzniosłym i szlachetnym.</p>
<p>Piękna książka. Gorąco polecam nie tylko miłośnikom dziewiętnastowiecznych klimatów.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5.5 out of 6 stars</p>
<p><em>Kiedy 15-letnią Zofię pewnej wiosennej nocy przyłapała surowa guwernantka na tym, że wymyka się nocami do stajni, by tam ściskać się z młodym, przystojnym stangretem, rodzice postanowili jak najszybciej wydać temperamentną córkę za mąż.<br />
Jakoż zjawił się konkurent. Niemłody, ale bogaty, rodzony brat jej matki, Marceli Czosnowski. Przyszła dyspensa z Rzymu i panna poślubiła wuja.</em> <em><br />
Mąż starszy o 27 lat od swej 16-letniej żony, na początku był bardzo zadowolony z tak uroczej towarzyszki życia. Wkrótce przyszedł na świat syn Janusz, ale po urodzeniu pierworodnego pani Zofia wdała się w romans z przyjacielem domu, z czego, jak pisał współczesny pamiętnikarz, &#8222;zaszły nieporozumienia jakoweś, a te spowodowały separację </em>[s. 194]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/07/tak-kochali-galicjanie-bogna-wernichowska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>13</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Kronika pewnego miasta&#8221; Pandelis Prevelakis</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/06/kronika-pewnego-miasta-pandelis-prevelakis/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/06/kronika-pewnego-miasta-pandelis-prevelakis/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Jun 2009 20:50:48 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Stareńkie]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[Grecja]]></category>
		<category><![CDATA[Kreta]]></category>
		<category><![CDATA[literatura grecka]]></category>
		<category><![CDATA[miasto]]></category>
		<category><![CDATA[nostalgia]]></category>
		<category><![CDATA[Pandelis Prevelakis]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=872</guid>
		<description><![CDATA[Po raz kolejny wykazałam się rozgarnięciem godnym siebie. Zwykło się bowiem czytać o miejscu, w które się wybiera raczej przed jego odwiedzenie, a nie po. Ot choćby po to, aby mniej więcej wiedzieć czego się spodziewać, lub czego szukać. Tym &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/06/kronika-pewnego-miasta-pandelis-prevelakis/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-873" title="Kronika pewnego miasta" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/06/kronika.jpg" alt="Kronika pewnego miasta" width="160" height="264" />Po raz kolejny wykazałam się rozgarnięciem godnym siebie. Zwykło się bowiem czytać o miejscu, w które się wybiera raczej przed jego odwiedzenie, a nie po. Ot choćby po to, aby mniej więcej wiedzieć czego się spodziewać, lub czego szukać. Tym czasem „<strong>Kronika pewnego miasta</strong>”, maleńka książeczka opiewająca dawną świetność <a href="http://images.google.pl/images?hl=pl&amp;lr=&amp;client=firefox-a&amp;channel=s&amp;rls=org.mozilla:pl:official&amp;hs=dUq&amp;ei=il0xSs3aHcOh-Aazuf3rBQ&amp;resnum=0&amp;q=rethymnon&amp;um=1&amp;ie=UTF-8&amp;ei=lV0xStnEE4S2-Ab0uIj1BQ&amp;sa=X&amp;oi=image_result_group&amp;resnum=5&amp;ct=title" target="_blank">Rethymnon</a>, trafiła do mnie dopiero w kilka dni po powrocie z Krety.</p>
<p>Niewielka ta, bo licząca zaledwie nieco ponad 100 stron, książeczka wyrosła na podłożu dwu silnych uczuć: serdecznego patriotyzmu i gorzkiej melancholii. Pandelis Prevalakis, jeśli wierzyć wstępowi pióra Janusza Strasburgera klasyk literatury nowogreckiej, spędził dzieciństwo w  Rethymnon, a gdy powrócił doń po latach nie mógł nadziwić się jak bardzo jego ukochane miasteczko chyli się ku upadkowi, jak szybko marnieje dawna świetność. Rychła zagłada jego ukochanego mieszczańskiego Rethymnonu, który coraz mniej przypominał obrazy z jego wspomnień, stała się zatem genezą powstanie „Kroniki pewnego miasta”, niemalże miłosnej reminiscencji, nostalgicznej opowieści, w której barwne opisy dawnej świetności przeplatają się pełnym rozgoryczenia portretem miasta z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Zresztą od tamtego czasu sporo się zmieniło, rzec bym nawet mogła, że Rethimnon odzyskał sporo swego dawnego splendoru, po prawdzie już bez znamienitych starych rodów i nie jako prężne miasto tureckie, ale za to zupełnie przyjemne, bardzo klimatyczne miasteczko pełne romantycznych zaułków.</p>
<p>Nie podobna „Kroniki pewnego miasta” nazwać powieścią, a jeśli już jest to raczej twór afabularny, pozbawiony chronologii czy logiki. Prevalakis swobodnie przeplata obrazy, nastroje i wspomnienia, co uczyniło z tej małej książeczki utwór nie pozbawiony specyficznego wdzięku, sentymentalną gawędę. Okrutnie staroświecką.</p>
<p>Ciekawostka dla osób wybierających się na Kretę.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3.5 out of 6 stars</p>
<p><em>(&#8230;) złożę ci życzenie, by twój okręt stanął na kotwicy u brzegów Rethimno</em> <em>w jakiś letni wieczór, o godzinie, gdy morze ma zapach arbuza, a kobiety z włosami namaszczonymi olejkiem jaśminowym wychodzą przejść się po molo. Oprzyj wtedy łokcie o balustradę i przyglądaj się z dala baśniowemu miastu. Ono też będzie na ciebie spozierać tysiącem oczu, uczyni swe wody zwierciadłem dla obfitej strugi blasku, spływającej z twojego statku</em> (&#8230;).<br />
[s. 85]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/06/kronika-pewnego-miasta-pandelis-prevelakis/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Wyspa klucz&#8221; Małgorzata Szejnert</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/05/wyspa-klucz-malgorzata-szejnert/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/05/wyspa-klucz-malgorzata-szejnert/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 21 May 2009 21:24:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[reportaż]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[emigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Małgorzata Szejnert]]></category>
		<category><![CDATA[Nowy Jork]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=847</guid>
		<description><![CDATA[Być może w mym stwierdzeniu będzie pewne nadużycie i może jakaś przesada, ale czytając z niesłabnącym upodobaniem reportaże dziennikarzy związanych z Gazetą Wyborczą: Szczygła, Tochmana, Surmiak-Domańskiej czy Hugo-Badera, teksty co najmniej bardzo dobre, a w wielu przypadkach wybitne, teksty ściskające &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/05/wyspa-klucz-malgorzata-szejnert/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-848" title="Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/05/szjnert.jpg" alt="Wyspa klucz - Małgorzata Szejnert" width="178" height="252" />Być może w mym stwierdzeniu będzie pewne nadużycie i może jakaś przesada, ale czytając z niesłabnącym upodobaniem reportaże dziennikarzy związanych z Gazetą Wyborczą: Szczygła, Tochmana, Surmiak-Domańskiej czy Hugo-Badera, teksty co najmniej bardzo dobre, a w wielu przypadkach wybitne, teksty ściskające w dołku rzec by można, dochodzę do wniosku, że to chyba nie przypadek, że oni wszyscy, te tuzy polskiego reportażu, związali się z poczciwym Wyborczakiem. I choć każdy z nich pisze inaczej, każdego interesują zupełnie inne tematy, a jednak łączy ich pewien wspólny rys – głęboko humanistyczne podejście do człowieka. Czy to wystarczy, aby reporterów skupionych wokół GW określić mianem szkoły reportażu? – nie wiem i nawet nie czuję się kompetentna, aby o czymś takim rozsądzać, ale co do jednego jestem pewna – za wychowanie tego stadka asów dziennikarstwa w pewnym sensie odpowiada Małgorzata Szejnert. I zrazu, po przeczytaniu <a href="http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2356,tytul,Wyspa%20klucz" target="_blank"><strong>„Wyspy klucz”</strong></a> wątpliwości co do tego nie mam. Pod okiem tak wspaniałej szefowej &#8211; królowej reportażu po prostu musieli zostać tylko najlepsi.</p>
<p>Co tu dużo gadać, Szejnert zachwyca! Choć mogłabym nie być zbyt obiektywna, bo jak powszechnie wiadomo w blogowych kręgach mam słabość do literackich portretów <a href="http://lekturki.com/tag/nowy-jork/" target="_blank">Nowego Jorku</a>, choć bez wątpienia Big Apple za dużo u Szejnert nie ma. Jest natomiast wyspa Ellis, będąca przez ponad pół wieku dla milionów emigrantów zza oceanu kluczem, który mógł zamknąć lub otworzyć wrota ziemi obiecanej. Szejnert wbrew pokusie, której łatwo ulec, nie opowiada jednak o efektownym powikłaniu losów tychże biedaków, choć i emigranci są jednym z bohaterów tego wspaniałego reportażu. Dziennikarka woli skupić swą uwagę na wyspie, jej dość krótkich acz burzliwych dziejach opisanych poprzez pryzmat ludzi, którzy mieli na nią jakiś wpływ: kolejnych zarządców, tragarzy, matron, tłumaczy. Dzięki temu powstał reportaż nietuzinkowy. Fascynujący głos o piekącej do dziś kwestii amerykańskiej imigracji, przejmująca opowieść o świetności i upadku pewnego niemalże mitycznego miejsca. Miejsca, które przerodziło się w niebyt, co czyni z Małgorzaty Szejnert kolejną po mym ulubionym <a href="http://lekturki.com/tag/wg-sebald/" target="_blank">W.G. Sebaldzie</a> znakomitą portrecistkę mikroświatów umierających, z takim pietyzmem wskrzeszanych przy pomocy pióra.</p>
<p>„Wyspa klucz” stanowi lekturę piękną i frapującą zarazem. I tu właśnie w sposób najdoskonalszy ujawnia się maestria Małgorzaty Szejnert, która potrafi opowiadać o budynkach, procedurach i zarządzeniach, tematach, nie łudźmy się samych w sobie nieszczególnie interesujących, w sposób porywający, który nie pozwala od książki oderwać się choćby na chwilę. Swoją drogą ciekawa jestem czy nie zdarzyło wam się kiedyś w czasie spaceru po opuszczonym miejscu poczuć mieszankę fascynacji, ciekawości i przerażenia, taką, że aż dreszcze przechodzą po plecach? Podobne odczucia towarzyszą lekturze „Wyspy klucz”, wszak opuszczone budynki na Ellis Island zamieszkują duchy, tysiące duchów, których obecność dzięki plastycznemu pióru Małgorzaty Szejnert wyczuwa się niemal na każdym kroku.</p>
<p>Znakomity reportaż, ale i wyborna literatura. Pieję z zachwytu pod niebiosa!</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 6 out of 6 stars</p>
<p><a href="http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,4620" target="_blank"><strong>Tutaj</strong></a> można zajrzeć do książki.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/05/wyspa-klucz-malgorzata-szejnert/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>13</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Pierścienie Saturna” W.G. Sebald</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/03/pierscienie-saturna-wg-sebald/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/03/pierscienie-saturna-wg-sebald/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Mar 2009 22:51:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Anglia]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[don kichot i sancho pansa]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[pamięć]]></category>
		<category><![CDATA[podróż]]></category>
		<category><![CDATA[przeszłość]]></category>
		<category><![CDATA[W.G. Sebald]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=674</guid>
		<description><![CDATA[Lubię czytać publikowane w Dzienniku recenzje Piotra Kofty. Mamy dość podobne gusta i zbieżne oczekiwania względem literatury, jednak w przypadku tekstu na temat „Pierścieni Saturna” Winfreda Georga Sebalda poczuwam się do obowiązku głośnego zaprotestowania w pewnej kwestii. Bynajmniej na myśli &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/03/pierscienie-saturna-wg-sebald/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-medium wp-image-675" title="Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/03/sebald-189x300.jpg" alt="Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka" width="189" height="300" />Lubię czytać publikowane w Dzienniku recenzje Piotra Kofty. Mamy dość podobne gusta i zbieżne oczekiwania względem literatury, jednak w przypadku <a href="http://www.dziennik.pl/kultura/ksiazki/article293154/Piekno_rozpadu.html" target="_blank">tekstu</a> na temat <a href="http://www.wab.com.pl/index.php?id=7&amp;bid=759" target="_blank"><strong>„Pierścieni Saturna”</strong></a> Winfreda Georga Sebalda poczuwam się do obowiązku głośnego zaprotestowania w pewnej kwestii.</p>
<p>Bynajmniej na myśli nie mam wartości „Pierścieni Saturna”, jako że jest to proza absolutnie i bezdyskusyjnie wybitna (a także, co koniecznie muszę po raz kolejny odnotować, kongenialnie przetłumaczona przez stałą tłumaczkę dzieł Sebalda &#8211; Małgorzatę Łukasiewcz). Chodzi mi raczej o postawioną w tekście tezę, jakoby czytelnicy przed trzydziestką nie  byli w stanie wzbić swych umysłów na odpowiedni poziom abstrakcji, który umożliwiłby im czerpanie pełnej satysfakcji z lektury. Kofta generalizuje na własnym przykładzie: <em>jak podejrzewam &#8211; dekadę temu nie sięgnąłbym jeszcze po tę książkę, a jeślibym sięgnął, to pewnie bym ją z powrotem odłożył na półkę. Nie dlatego, że jest w jakikolwiek sposób zła &#8211; bo jest znakomita &#8211; ale z tej przyczyny, że jej konsumpcja wymaga szczególnego rodzaju nastroju, który u dwudziestoparolatka w zasadzie nie występuje, zaś u trzydziestoparolatka już owszem, a niekiedy nawet w nadmiarze</em>. Zgodzić się z tym nie mogę i zaoponować po prostu muszę, bo w metryczce wciąż mam (i przez dłuższą chwilę mieć będę) dwójkę na froncie, a jednak ów szczególny sprzyjający percepcji nastrój i mnie się udzielił (jakkolwiek zaznaczyć również powinnam, że nie do końca pojmuję na czym jego osobliwość polegać by miała, ale mniejsza o to, być może klapki z oczu mi spadną gdy zaliczę trzeci krzyżyk). Zresztą moim zdaniem recepcja prozy Sebalda nie wymaga od czytelnika jakiegoś szczególnego nastroju, a raczej sensytywności. W przypadku „Pierścieni Saturna” – wrażliwości na unikalne piękno świata umierającego, na urok rozkładu, ale przemijanie myśli i ludzkich wytworów jest tylko jednym z wielu tematów podjętych w tej niezwykłej książce.</p>
<p>Punktem wyjściowym zapisków Sebalda jest odbyta latem 1992 roku piesza wędrówka po wschodnich rubieżach hrabstw Suffolk oraz Norfolk, ale „Pierścienie Saturna” nie są ani dziennikiem z podróży ani reportażem. Bliżej im do serii z pozoru nieco chaotycznych wspomnień i szkatułkowo poprowadzonych opowieści spiętych <em>leit motivem</em>, którym tym razem są mechanizmy pamięci, a właściwie pamięć  w ogóle. W.G. Sebalda niespiesznego piechura i erudytę, człowieka zdecydowanie niedzisiejszego, pociąga piękno minionej świetności, materialnego rozpadu, duszny odorek zakurzonej przeszłości odesłanej do lamusa i skazanej na zapomnienie. Portretuje dawną świetność i dziewiętnastowieczną pychę, która z dzisiejszej perspektywy była strategią szalenie krótkowzroczną. Jego myśli płyną w sposób nader swobodny, inspiruje go otoczenie, kolejne historyjki wynikają jedna z drugiej dążąc ku zaskakującym kierunkom. Jeden z rozdziału Sebald dedykował straconemu za zdradę główną <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Roger_Casement" target="_blank">Rogerowi Casementowi</a>, na którego temat obejrzał fragment filmu dokumentalnego. Postać Casementa, wysoko postawionego urzędnika kolonialnego w Afryce, była jednak dla pisarza tylko punktem wyjścia bardziej złożonej opowieści o życiu Josepha Conrada, który Casementa uważał za <em>jedynego prawego człowieka pośród skorumpowanych przez tropikalny klimat albo własną chciwość i żądzę posiadania Europejczyków</em> [s. 118], którą okrasił wspomnieniem wujka Franza Kafki, dygresją na temat moralnej szpetoty Belgii uformowanej przez lata niepohamowanego kolonialnego wyzysku (<em>W każdym razie pamiętam dobrze, że za mego pierwszego pobytu w Brukseli w grudniu 1964 roku napotkałem grubasów i obłąkanych niż gdziekolwiek indziej przez cały rok</em>; s. 141), wspomnieniem wizyty w <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Waterloo,_Belgium" target="_blank">miejscu upamiętniającym bitwę pod Waterloo</a>, które wg Sebalda jest kwintesencją owej przyrodzonej Belgom brzydoty. Tam spotkał staruszkę, której data urodzenia przywiodła mu na myśl kongijską kolej, a ta z kolei wprost doprowadziła do smutnych losów Rogera Casementa.</p>
<p>Efekty zastosowania pisarskiej maniery opierającej się na z pozoru chaotycznych wolnych skojarzeniach dają kapitalne efekty. „Pierścienie Saturna” to kolejna quasi powieść W.G. Sebalda, nieustanny dialog literackiej fikcji z  autentyzmem, którego nie sposób przyporządkować do żadnej szufladki. Raz jeszcze pisarz, w służbie przewodniemu motywowi, zaprzęg mnogość literackich gatunków, choć tym razem wyraźnie awangardzie sebaldowskiej miszkulancji przewodzi esej – popis rzadko spotykanej pośród współczesnych literatów erudycji i, upasionego w czasie tysięcy godzin spędzonych w bibliotekach, intelektu. Wędrówka po wschodnim wybrzeżu Anglii na dobrą sprawę jest najmniej istotnym elementem tej opowieści. Sebalda uczynił z niej pretekst, rodzaj fabularnej ramy, którą wypełnił relacją owszem z peregrynacji, tyle że po zakamarkach własnego umysłu. W zaludnionych przez dziesiątki autentycznych postaci „Pierścieniach Saturna” każdy fragment jest zasadny, a pozorny chaos okazuje się przemyślaną pisarską strategią, w której nie ma miejsca na przypadek.</p>
<p>Rzecz znakomita, ale to, znając inne książki Sebalda (<a href="http://lekturki.com/2008/11/wyjechali-wg-sebald/" target="_blank">„Wyjechali”</a> oraz <a href="http://lekturki.com/2007/12/austerlitz-wg-sebald/" target="_blank">„Austerlitz”</a>), żadna niespodzianka. Pięknie spisana, osobliwie wstrząsająca i pociągająca zarazem. Wiem, że jest dopiero marzec, a przede mną jeszcze kilkadziesiąt lekturek, ale „Pierścienie Saturna” są poważnym kandydatem do miana książki roku 2009, a Winfred Georg Sebald &#8211; od teraz jest jednym z najbardziej znaczących pisarzy mego życia.</p>
<p>Obowiązkowo! Koniecznie! Kategorycznie!</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 6 out of 6 stars!</p>
<p>Polecam również wspaniałą recenzję <a href="http://wyborcza.pl/1,75475,6124035,Pierscienie_bez_Nibelungow.html?nltxx=1721533&amp;nltdt=2009-01-06-03-16" target="_blank">Juliusza Kurkiewicza</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/03/pierscienie-saturna-wg-sebald/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Panie z Cranford&#8221; Elizabeth Gaskell</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/03/panie-z-cranford-elizabeth-gaskell/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/03/panie-z-cranford-elizabeth-gaskell/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 28 Mar 2008 16:32:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Stareńkie]]></category>
		<category><![CDATA[19 wiek]]></category>
		<category><![CDATA[Anglicy]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>
		<category><![CDATA[Elizabeth Gaskell]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.wordpress.com/?p=174</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;Oszczędność z elegancją&#8221;! Jak łatwo wpaść znowu w ton Cranford! Tam oszczędzanie było zawsze eleganckie, a wydawanie pieniędzy zawsze &#8222;wulgarną ostentacją&#8221;. [s.9] Witajcie w mieście kobiet. Dzięki inspiracji Inblanco święta Wielkiej Nocy spędziłam w czarującym towarzystwie &#8222;Pań z Cranford&#8221;. Autorkę &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/03/panie-z-cranford-elizabeth-gaskell/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div><em>&#8222;Oszczędność z elegancją&#8221;! Jak łatwo wpaść znowu w ton Cranford!<br />
Tam oszczędzanie było zawsze eleganckie,<br />
a wydawanie pieniędzy zawsze &#8222;wulgarną ostentacją&#8221;. </em>[s.9]</div>
<p><img class="alignleft" style="float: left;" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/03/panie.jpg" alt="panie.jpg" /> Witajcie w mieście kobiet. Dzięki inspiracji Inblanco święta Wielkiej Nocy spędziłam w czarującym towarzystwie <a href="http://biblionetka.pl/ks.asp?id=36694" target="_blank">&#8222;Pań z Cranford&#8221;</a>. Autorkę tej uroczej powieści dotąd kojarzyłam głównie jako biografkę i przyjaciółkę Charlotte Bronte, od teraz jednak Elizabeth Gaskell będzie dla mnie pisarką &#8211; feministką, bo &#8222;Panie z Cranford&#8221; to powieść o kobietach i dla kobiet. Zatem witajcie w babińcu.</p>
<p>Tytułowe mieszkanki Cranford to dość leciwe już niewiasty. Zubożałe damy pochodzące z szanowanych rodzin, tworzące śmietankę towarzyską owej mieściny. Uwikłane w różne społeczne i obyczajowe zależności, są arbitrami dobrych manier, skromności i elegancji. Słowem wszystkiego tego co wypada i nie wypada. Mężczyźni w tej mikrospołeczności są zbędni.  Pogodzili się z zaistniałą sytuacją bez zbędnego szemrania, podporządkowując się kobiecej dominacji. I to jakiej :) Przytoczę tu dla przykładu Austiańskie bohaterki, które wszystkie, mniej lub bardziej świadomie, dążyły ku pozyskaniu męża – opiekuna i sensu ich istnienia. A panie z Cranford? U Gaskell mężczyźni przydatni są co najwyżej do porąbania drewna albo ratunku od finansowego krachu. Skromne niewiasty, a za takie uważają się Cranfordki, nie powinny z nimi mieć zbyt wiele wspólnego. Są tłem dla pań. A panie, jak to panie – chcą uchodzić za święte, ale i tak plotkują przy herbatce i rywalizują ze sobą zarazem. I swój honor mają, i obrazić się potrafią. Bywają oszczędne w sposób graniczący ze skąpstwem, a przymus bycia perfekcyjną o każdej porze dnia i nocy wymusza na nich dość komiczne zachowania (patrz: jedzenie pomarańczy, którą aby nie być wulgarnym ani niechlujnym należy spożywać… ssąc i to najlepiej w zaciszu własnej alkowy). Boją się jak ognia oskarżenia o prostactwo, chcą być moralnymi autorytetami, a jednocześnie dość protekcjonalnie odnoszą się do gorzej urodzonych. Jak to baby – nikt do końca ich nie zrozumie.</p>
<p>„Panie z Cranford” to powieść osobliwa i ciepła. Iskrząca się dobrotliwym humorem. Trudno ją streszczać w jakikolwiek sposób, gdyż jest luźnym zapisem epizodów z życia miasteczka. Gaskell pisze o swych bohaterkach z ogromną czułością, ale i odrobiną sarkazmu. Dlatego książka obfituje w komiczne smaczki, choćby ten o drogocennej koronce, którą w trakcie odmaczania w mleku nie opacznie skonsumował kot. I żeby nikt nie miał wątpliwości &#8211; odzyskano ją! W całości! Przy pomocy buta z cholewą (tutaj <span> </span>przydał się mężczyzna) i solidnej dawki środka przeczyszczającego. Powieść Gaskell choć równie stareńka i urocza, jednak całkiem inna niż romanse Jane Austen. Do tego niemal zupełnie zapomniana. Szkoda. Warto poświęcić chwilę na lekturę tej dość ekscentrycznej powiastki o kobietach i dla kobiet.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/03/panie-z-cranford-elizabeth-gaskell/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

