Home » (Nie)doczytane

(Nie)doczytane

Wychodząc z założenia, że każda książka zasługuje na jakąś wzmiankę, stronę tą dedykuję wszystkim tym lekturkom, których nie doczytałam do końca.
————————————————

Na pierwszy ogień pójdzie “Siostro, siostro” Oksany Zabużko. Właściwie powinnam być wdzięczna tej ukraińskiej pisarce, bo właśnie jej nieznośnie drętwy styl zainspirował mnie do stworzenia tej zakładki. “Siostro, siostro” zapowiadało się co najmniej obiecująco: jedna z ulubionych serii wydawniczych, ciekawa i, przede wszystkim, odważna tematyka oscylująca wokół kobiecych spraw. Zabużko jednak swe, skądinąd interesujące, przemyślenia na temat kobiecości postanowiła zawrzeć w nieprzystępnej, wręcz chropowatej formie ze splątaną (nowatorską?) narracją i ciężkim stylem. Mówiąc krótko: bełkot. Po dwóch opowiadaniach opuściła mnie wszelka nadzieja i, z pewnym wahaniem, porzuciłam lekturkę.

————————————————

“Numer 10″ Sue Townsend. Rozumiem, że i najlepszym zdarzają się gorsze dni i od czasu do czasu powinie się noga, ale określenie “Numeru 10″ wypadkiem przy pracy byłoby jednak jakiś komplementem dla tej mierniutkiej powieści. Nieciekawa, wydumana, nudna i zupełnie nieśmieszna, a przecież to wciąż ta sama Sue Townsend, którą tak cenię za wspaniałe poczucie humoru i zmysł wyrafinowanej ironii, której co i rusz daje upust w cyklu o Adrianie Mole’u. Może kosmici podmienili Panią Sue?
W każdym bądź razie pomysł wyjściowy był znakomity: premier Wielkiej Brytanii tak dalece utracił kontakt z rzeczywistością swych obywateli, że dla swego dobra zostaje wyekspediowany incognito w podróż po Wyspie… w damskim przebraniu (co od razu mi przypomniało “Pół żartem pół serio”), aby na własnej skórze przekonał się, jak to jest być obywatelem Zjednoczonego Królestwa. Otóż przede wszystkim nudno i sztywno.

————————————————

“Zły” Leopold Tyrmand. Bo literki za małe, bo zupa za słona, bo czasu za mało, a fabuła nie na tyle wciągająca, abym mogła przeboleć tą za małą czcionkę i o czasu więcej się postarać. Jednakowoż nie wykluczam powrotu do lekturki kiedyś w przyszłości. Póki co po prostu mi się nie chce.

————————————————

“Encyklopedia duszy rosyjskiej” Wiktora Jerofiejewa nie przeszła padmowego testu 50 stron. Gdyby był to zbiorek błyskotliwych uwag na temat natury Rosjan i ich światopoglądu zapewne rozpływałabym się w zachytach i z lubością wczytywała się w kolejne definicje. Niestety Jerofiejew postanowił na siłę dosztukować jakąś tajemniczą historyjkę, która przeplata się z kolejnymi hasłami. Miało być tak pięknie (zwłaszcza wciąż mając w pamięci znakomitego “Dobrego Stalina”), a wyszedł bełkot z kilkoma kwiatkami, takimi jak na przykład definicja “metody”: Aby zrozumieć Rosję, najlepiej się zrelaksować. Zdjąć spodnie. Narzucić ciepły szlafrok. Położyć się na tapczanie. Zasnąć, albo “historii”: Najlepszych dawno wybito. Następnie mniej lub więcej przyzwoitych. Następnie wybito umiarkowaną swołocz. Reszta do śmietnika.

————————————————

“Chiński dysydent” nie tyle mnie rozczarował co kompletnie nie podszedł. Debiutująca tą powieścią Nell Freudenberg miała pomysł może i mało odkrywczy (obcy mieszający w tym co dobrze znane) acz całkiem przyjemnie rokujący na przyszłość, szkoda tylko, że w trakcie realizacji wyszła z tego powieść – kloc. Kwadratowa, siekierką ociosana, pozbawiona wdzięku i krzty polotu obyczajowa telenowela, nawiasem mówiąc z jakiś nieokreślonych powodów przywodząca mi na myśl nieudolne pisarstwo Karen Joy Fowler (tej od “Klubu miłośników Jane Austen”), a paralela ta zdecydowanie nie przemawia na korzyść Freudenberg. Tak więc według mnie “Chiński dysydent” to zaprzepaszczona szansa na świetną powieść, sromotna porażaka, której podziękowałam po 200 stronach (aż po 200 stronach! Żeby nie było, że nie próbowałam).

————————————————

„Wybuchowe mango” pakistańskiego pisarza Mohammeda Hanifa. W moim przypadku mango nie wybuchło. Męczyłam toto dość długo trzymając się wciąż tej beznadziejnej myśli, że w końcu się coś wydarzy, a powieść przestanie przypominać mi „Miasto i psy” Vargas Llosy a zacznie w końcu „Paragraf 22”, na który powoływano się w materiałach promocyjnych. Przeliczyłam się jednak, jak zwykle zresztą, gdy dam się zwieść marketingowcom (taka duża a niczego się nie nauczyła), a “wojskowa” tematyka jest zdecydowanie dla mnie za ciężka, portret despotycznego generała Zii wcale nie śmieszny, a scenki z celi aż nadto przywodziły mi na myśl „Inny świat”. Gdybym więc miałam ochotę na martyrologię z wojskiem w tle sięgnęłabym po Sołżenicyna, a jedno „Miasto i psy” to jak na mój czytelniczy gust i tak  za dużo. Zatem Panu Hanifowi po jakiś 160 stronach podziękowałam za dalszą znajomość i wiecie co – od razu poczułam ogromną ulgę. „Wybuchowe mango” to bez wątpienia dobrze napisana i interesująca powieść (ostatecznie za nic na krótkiej liści finalistów Bookera żaden debiutant się nie znalazł), ale zupełnie nie w moich klimatach. Dałam się zwieść magii nazwiska Hellera, chciałam przewrotnej farsy na wojsko, a dostałam powieść jak na mój gust za bardzo mroczną. Za bardzo na serio.

————————————————

„Tego lata, w Zawrociu” Hanny Kowalewskiej, której zachwalana i wychwalana „Julita i huśtawki” już jakiś czas temu tęgo mnie rozczarowała, ale przecież łaskawa jestem i chciałam dać Pani Hani jeszcze jedną szansę. Padło na Zawrocie, bo akurat znalazłam to „cudo”  w domu u mamy, a to podobno wybitnie wakacyjna lektura, taka magiczna, mamiąca i pachnąca ogrodem. Może i mami, może i pachnie, ale to nie mój ogródek. Od początku u Kowalewskiej raziła mnie przesadnie kwiecista stylistyka, nadmiar słów w ogóle, a bogato nie znaczy lepiej, choć pół biedy z tym. To, co ostatecznie uśmierciło we mnie chęć do kontynuowania lektury (i dalszego nań czasu trwonienia) była konstrukcja postaci głównej bohaterki – Matyldy – w mym odczuciu jednostki wybitnie antypatycznej, z którą nijaki nie byłam w stanie sympatyzować. Odwrotnie do intencji pisarki od razu polubiłam znienawidzoną  babkę, poprzednią właścicielką domu w Zawrociu. W ogóle z tej powieści płynie coś takiego, hmm… negatywnego? Tak czy siak Hanna Kowalewskiej również już dziękuję. Nie mój ogródek. Nie moja bajka.



3 komentarzy »

  • daggy ITALY napisał/a:

    “Zlego” uwielbiam dlatego goraco namawiam do powrotu!

  • Sławek Pawłowski POLAND napisał/a:

    Wszedłem tutaj i bez namowy do przeczytania “Złego” wyjść nie potrafię. Niezwykle wciągająca książka, choć trzeba przyznać, że są w niej “momenty na złapanie oddechu”, które mogą nudzić tylko jeśli ktoś pragnie, aby akcja ciągle posuwała się do przodu, zaś opisy warszawsko-społeczne ma za nic.

  • rekrut POLAND napisał/a:

    Jeśli chodzi o “przewrotne farsy na wojsko”, to szczerze polecam dwie świeże polskie powieści; “Paragraf 13″ Mariusza Paska i “Misjonarze z Dywanowa” Władysława Zdanowicza. “Paragraf” jest – nie tylko z racji tytułu – mocno hellerowski, osadzony w wojsku polskim końca PRL. Świetnie skonstruowana książka! Natomiast “Misjonarze” są o polskim wojsku w Iraku, ta książka jest bardziej “szwejkowska” (i bywają w niej dłużyzny – ale w sumie też warto przeczytać).
    PS. “Złego” tez polecam. Trzeba poszukać wydania z czytelniejszą czcionką…

Pozostaw swoj komentarz.

Dodaj komentarz poniżej lub trackback z własnej strony. Możesz również skorzystać z RSS.

Lekturki nie tolerują spamu i chamstwa.

Możesz użyć następujących tagów:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Lekturki sa przyjazne Gravatarom. Zalóż własny, na Gravatar.