Niewyparzony pysk Pana Rudnickiego

Janusz Rudnicki. Finalista Nagrody Literackiej Nike 2010. Zdaje się, że nie był to jego debiut na krótkiej liście. Nie mogę sobie teraz przypomnieć, co skłoniło mnie, aby sięgnąć po jego prozę. Na pewno nie fakt, że był w finale, bo nominacje i nagrody nie są kryterium wedle, którego dobieram sobie lektury. Dość powiedzieć, że gdy bibliotekarka wręczyła mi rewers do podpisu, z pełną konsternacją odkryłam, że widnieje na nim „Śmierć czeskiego psa”, a nie „Męka kartoflana”, którą wedle swego mniemania zamawiałam, ale to już mało istotne.

Istotne natomiast jest to, że odkryłam dla siebie kolejnego wybitnego prozaika. Polskiego – a to cenne i miłe zarazem. Autora o niewyparzonej gębie czy może raczej piórze, operującego soczystą frazą. Bezwzględnego i prowokującego. Wyspecjalizowanego w krótkich formach, które od pewnego czasu pochłaniam z ogromnym upodobaniem i wciąż mi tych opowiadań mało. Na moje szczęście Rudnicki zdążył spłodzić ich już całkiem sporo. Życzę sobie, aby były równie mięsiste, przewrotne i zabawne, jak te ze zbioru „Śmierci czeskiego psa”.

Na tom składają się teksty pierwsze i drugie. Ta cezura znacząca. Teksty pierwsze to w znakomitej większości gorzka groteska. Fantasmagoria z pogranicza Polski, Niemiec i Czech. Zapiski wydarzeń absurdalnych, przerażających czy zabawnych. W swej wymyślnej niedorzeczności sytuujących się gdzieś na pograniczu snu i jawy. Jak proza Franza Kafki, choć Kafka i Rudnicki to dwa zgoła odmienne literackie temperamenty. Łącznikiem, punktem wspólnych tekstów pierwszych jest postać, zapewne o autobiograficznej proweniencji, emigranta, tułacza, gastarbeiter. Taki, co niespecjalnie mu się w życiu wiedzie, a teraz w dodatku uwikłany w niedorzeczne perypetie rodem ze snu. Tak jak w tytułowym opowiadaniu, w którym czeski pies po śmierci zostaje w kartonie po telewizorze uprowadzony przez niemieckich Cyganów. Często punktem wyjścia są autentyczne wydarzenia, które Rudnicki nicuje po swojemu, filtruje przez siebie. Tak jest choćby w przypadku miniaturki Na barykadzie, do której inspiracji dostarczyła pisarzowi prasowa notka o Polakach masowo sprzedających (!) krew i osocze w Görlitz.

Wreszcie teksty drugie. Perełki! Tu już nie wydarzenia, a bardzo konkretne postaci: Hans Christian Andersen, Alma Mahler, James Joyce, Hans-Peter (dla odmiany nie literat, a bezrobotny z byłego RFN) czy Janusz Rudnicki we własnej, neurotycznej do granic możliwości, osobie. W genialnym (!) opowiadaniu Jeżdżę dzieli się refleksjami na temat podróży pociągiem i uczestnictwa w festiwalach i doprawdy nie wiadomo ile tu autentycznego Rudnickiego, a ile konfabulacji. To opowiastki o bardzo konkretnych postaciach, których punktem wyjścia często jest film czy fragment książki na ich temat. Świeżo zdobytą biograficzną wiedzę autor znów nicuje na własną modłę, podaje z odmiennej perspektywy i słowami, które wypływają z tej jego niewyparzonej, neurotycznej, pisarskiej gęby. I tak Andersen a’la Rudnicki jest przede wszystkim cierpiącym na rozliczne bóle ciała i duszy homoseksualistą z obsesją masturbacji. Alma – wyrachowaną arywistką, która kreuje swój wizerunek poprzez dobieranych z odpowiedniego klucza mężów.  A Joyce? Joyce to permanentnie wygłodniały epistolarny żebrak.

Proszę więcej.

Ocena: ★★★★★☆

„Śmierć czeskiego psa” Janusz Rudnicki, W.A.B., Warszawa 2009, s. 208.
seria archipelagi

[z Biblioteki Jagiellońskiej]

Opublikowano Krótkie formy literackie, Lekturki, Piękna, Polska | Otagowano , , , , , , , | 4 komentarzy

Ponownie skonfundowana

Joyce Carol Oates znów wpędziła mnie w niejakie zakłopotanie. Nadal nie potrafię w żaden sposób do jej pisarstwa się ustosunkować. Jej proza ani parzy ani ziębi. Krótko mówiąc – jest mi obojętna. Lektura nie wyzwala we mnie niemal żadnych emocji, co jest o tyle dziwne, że o szalenie emocjonalnych reakcjach na prozę Oates czytałam już nie raz.

Zresztą to dość zabawne, bo tom opowiadań „Szalone noce! Ostatnie chwile wielkich mistrzów”, jakby nie patrzeć zatytułowany w sposób obiecujący wiele, ale w istocie swej niewiele oferujący, wprawił mnie w stan skonfundowania podobny temu, który towarzyszył lekturze „Nadobnej dziewicy”. Jedna kwestia pozostaje poza wszelką dyskusją – Oates ma co najmniej obiecujące pomysły na fabułę, które następnie w toku pisania rozmieniają się na drobne, tym samym tracąc swój pierwotny potencjał. To motyw przewodni „Szalonych nocy!”, do których przyciąga magia nazwisk bohaterów: Edgara Allana Poe, Emily Dickinson, Marka Twaina, Henry’ego Jamesa oraz (mnie akurat najmniej) Ernesta Hemingwaya. Oates wikła ich w przedśmiertne szaleństwa, które mogłyby stać się ich udziałem, ale jednak nigdy się nie stały. Zespala wątki biograficzne z fikcją, ale to właśnie fikcja tu króluje.

I tak, kolejno, Edgar Allan Poe ostatnie chwile spędza jako latarnik morski na bezludnej wyspie u wybrzeża Ameryki Południowej, zdradzając narastające objawy obłędu. Emily Dickinson re inkarnuje się w postaci cichego i pokornego robota domowego w wersji de Lux, który adoptuje pewne, drobnomieszczańskie z ducha, małżeństwo z przedmieść. Marka Twaina łączy co najmniej dwuznaczna korespondencja z małoletnimi wielbicielkami jego twórczości. Henry James realizuje się (to teraz takie modne słowo i z lubością i premedytacją go tu użyję) w pielęgnowaniu rannych żołnierzy z frontów I wojny światowej, przy okazji odkrywając w sobie chęć i potrzebę poddaństwa i bycia poniżanym. Wreszcie Ernest Hemingway. Parafrazując tytuł jego kanonicznego dzieła: stary człowiek i strzelba, a dokładnie stary człowiek opętany obsesją samobójstwa.

Wspólnym mianownikiem tomu jest umiejętnie przez Oates kreowana atmosfera narastającego szaleństwa. Nie, bynajmniej nie starczej demencji, a właśnie szaleństwa czy jak to ładnie określano niegdyś – pomieszania zmysłów. Widoczne jest to zwłaszcza w ostatnich chwilach Poe i Hemingwaya. Jeden i drugi zdaje się popadać w obłęd, poddając się swoim własnym, wewnętrznym demonom. Mnie jednak, paradoksalnie, najbardziej ujęły czy może raczej dotknęły ostatnie chwile Jamesa i Twaina – oba opowiadania bardzo gorzkie w wyrazie, eksplorujące mroczne zakamarki ludzkiej duszy.

Co istotne, Oates uwalania swych bohaterów od literackiej profesji. Nawet jeśli wielcy mistrzowie próbują coś pisać (jak Twain i reinkarnacja Dickinson) to czynią to ukradkiem, niechętnie, być może z przymusu, a na pewno w sposób ich niezadowalający. Zmarginalizowanie znaczenia literackich atrybutów to jak odarcie ich z mistyki, z przynależnego profesji pisarza czy poety majestatu, splendoru. Pozbawienie daniny z podziwu wielbicieli. Bohaterowie opowiadań Oates tracą swą boskość. Zrzuceni z piedestału, zmuszeni są stawić czoła sytuacjom boleśnie prozaicznymi: od śmierci psa na czyszczeniu latryny kończąc.

Sęk w tym, że „Szalone noce!” czyta się właściwie tylko dla wielkich mistrzów. To nazwiska bohaterów są atutem, a nie same opowiadania, które bez udziału wielkich mistrzów byłyby puchem marnym. Pozostaję zatem wciąż skonfundowana.

Ocena: ★★★★☆☆

„Szalone noce! Ostatnie chwile wielkich mistrzów” Joyce Carol Oates, przełożył Bartłomiej Zborski, Bellona, Warszawa 2009, s. 240.

[z Biblioteki Jagiellońskiej]

Książka przeczytana w ramach wyzwania Od zmierzchu do świtu

Opublikowano Krótkie formy literackie, Lekturki, Piękna, USA | Otagowano , , , , , , , , , | 11 komentarzy

ŻydoAlaska

Czytelnicze doświadczenie z gatunku dziwnych, a nawet do szczętu wariackich. Tych dziwnych i wariackich od początku do końca. Do ostatniej kropki. „Związek żydowskich policjantów”, bo o nim mowa, to ubrane w kostium amerykańskiego czarnego kryminału igrzyska kreacji. Święto nieskrępowanej niczym żydowskiej fantazji. I do tego ten język – błyskotliwy, ostry jak szpada.  I ten humor –  podszyty gorzką ironią.

Zacząć chyba trzeba od głównego bohatera – śledczego Mejera Landsmana. Choć nie, zacząć jednak trzeba od Alaski. Bo to na Alasce właśnie rozgrywa się cała intryga i to właśnie w alaskańskiej alternatywnej rzeczywistości Michale Chambon osadził akcję swej błyskotliwej powieści. Oto bowiem po zakończeniu drugiej wojny światowej żydowscy emigranci z Europy zasiedlili fragment Alaski, czyniąc zeń niemalże własne państwo. Państwo w państwie. Nie mającą nic wspólnego z mityczną ziemią obiecaną, mroczną, brudną i nieprzewidywalną żydowską enklawę pod jurysdykcją Waszyngtonu, którym dotąd nikt jakoś szczególnie nie zawraca sobie głowy. Ale to wkrótce ma się zmienić.

Wróćmy do inspektora Landsmana –zgorzkniałego detektywa ze skłonnością do wysokoprocentowych napoi. Bohatera, któremu nie wiedzie się na  żadnej płaszczyźnie istnienia – ani w pracy, ani tym bardziej w tak zwanym życiu prywatnym. Mieszka samotnie w zapyziałym pokoju hotelu Zamenhoff, jego skuteczność jako śledczego, w duecie ze swym partnerem i najbliższym przyjacielem Miśkiem – indiańskim Żydem czy może raczej Indianinem wyznania Judeochrześcijańskiego, bliska jest zeru, a gdyby tego było mało, od teraz jego przełożonym zostaje jego była żona – Bina – do której, o losu ironio, wciąż czuje miętkę. Niezidentyfikowany martwy szachista z hotelu Zamenhoff jest doprawdy ostatnią sprawą, którą w swej obecnej sytuacji Landsman powinien zaprzątać sobie uwagę, a jednak zaczyna śledztwo na własną rękę, wiedziony, danym wszystkim literackim detektywom, szóstym zmysłem, który mu podpowiada, że martwy szachista nie jest samobójcą, ba, mało tego, jego śmierć bynajmniej nie jest przypadkowa. I oczywiście szybko się przekona, że miał rację, a trup z hotelu Zamenhoff to tylko czubek góry lodowej. Innymi słowy Landsman odkryje grubszą aferę.

Jest zatem „Związek żydowskich policjantów” powieścią sensacyjną i detektywistyczną o wyjątkowo zawiłej intrydze, a nade wszystko pięknym hołdem złożonym czarnemu kryminałowi spod znaku Dashiella Hammetta czy Raymonda Chandlera. Jest też jednym z najbardziej brawurowych i błyskotliwych judaica jakie kiedykolwiek czytałam. Połączenie konwencji klasycznej powieści noir z egzotyczną, wykreowaną z dowcipem i ogromną ilością autoironii żydowską alternatywną rzeczywistością, jest przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym, a jednak Chabon wychodzi z tej próby obronną ręką. Pomimo tego, że intryga miejscami jest makabrycznie zawiła, a język gęsty jak smoła, powieść broni się nawet w cięższych momentach, a to dzięki dopracowanemu do perfekcji światu przedstawionemu i znakomicie skonstruowanym bohaterom – również tym o trzeciorzędnym znaczeniu.

Ocena: ★★★★½☆

„Związek żydowskich policjantów” Michael Chabon, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska, W.A.B., Warszawa 2009, s. 452

[z Biblioteki Jagiellońskiej]

Opublikowano Lekturki, Piękna, USA | Otagowano , , , , , | 12 komentarzy

O uprzedzeniach

Powinnam posypać sobie głowię popiołem i przyznać tudzież wyznać szczerze jak u konfesjonału, że do „Niespokojnego człowieka” Henninga Mankella uprzedziłam się na długo zanim pojawił się w księgarniach. Uprzedziłam się tak na wszelki wypadek, asekuracyjnie, pomna rozczarowania jakiego doznałam po lekturze „Chińczyka” – poprzedniego kryminału Mankella, który z perspektywy czasu oceniam jako jedną  z najsłabszych książek jego autorstwa. Uprzedzenie – uprzedzeniem, ale i tak na „Niespokojnego człowieka”, zapowiadanego jako ostatnią część cyklu z komisarzem Wallanderem, czekałam niecierpliwie. Wszak Kurta W. kocham miłością szczerą i prawdziwą, a miłość nie zna wyjątków, toteż każdą książkę przeczytać muszę, bez względu na to czy ta jest gniotem czy nie.

Oczywiście, moje uprzedzenia nie wzięły się znikąd. Wysnułam je na podstawie zapowiedzi treści brzmiących niedorzecznie i niezbyt obiecująco. O zgrozo, jacyś NRD-owscy szpiedzy, zimna wojna, łodzie podwodne i tego typu okropieństwa. Podskórnie czułam, że to nie może być dobra książka i niczym mantrę powtarzałam to przy każdej możliwej okazji. I pewnie byłaby to niedobra książka, gdyby Mankell inaczej rozłożył akcenty. Pomimo tego, że jego światopogląd jeszcze nigdy nie był tak czytelnie eksponowany, „Niespokojnego człowieka” nie czyta się jak zaangażowanej ideologicznie powieści szpiegowskiej. Na szczęście.

Powieść okazała się bardzo udanym a nade wszystko potrzebnym domknięciem serii. Pożegnaniem z Wallanderem. To właśnie starzejący się komisarz ystadzkiej policji gra tu główną rolę. On, a nie intryga (nawiasem mówiąc zupełnie udanie nakreślona i wciągająca), która stanowi jedynie pretekst do uwypuklenia warstwy psychologicznej. Stąd „Niespokojny człowiek” to nie powieść szpiegowska, a refleksyjny kryminał o przemijaniu. Mankell, nie stroniąc od nostalgicznego tonu, przypomina, że wszyscy, nawet literaccy bohaterowie, są śmiertelni i podlegają prawom przemijania. Wallander jest tu u kresu swej kariery policyjnej, ale i u kresu życia. Ze szwankującym zdrowiem, problemami z pamięcią i alkoholem. Na prośbę Lindy, początkowo z pewnym oporem, podejmuje się poprowadzenia własnego śledztwa w sprawie zaginięcia jej teścia – emerytowanego komandora marynarki wojennej, który pewnego ranka wyszedł z domu i dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Sprawa dla Wallandera okaże się swoistym czyśćcem. Pretekstem do zajrzenie w głąb siebie. Przypomnienia dawnych miłości, wzlotów i upadków, tym bardziej, że przeszłość wciąż daje o sobie przypomina, a i przyszłość – w głównej mierze warunkowana marnym stanem zdrowia – nie daje mu spokoju.

Bardzo dobra, ale i smutna książka, kongenialnie dopełniająca cykl.

Ocena: ★★★★★½

„Niespokojny człowiek” Henning Mankell, przełożyła Beata Walczak-Larsson, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
mroczna seria

[mój własny]

Opublikowano Kryminalni, Lekturki, Skandynawia | Otagowano , , , , , , , , | 6 komentarzy

Niewarci lub siebie warci

„Świat zabawy” był lekko przykurzoną acz gęstą prozą. Melodramatem na tyle sprawnie nakreślonym, że wciąż dotykającym i dojmującym. W „Rafie” damsko-męski dramacik jest irracjonalny i wydumany w stopniu przyprawiającym o ból zębów. A jednak, co może wydać się nieco zaskakujące po takim początku, powieść w pewien sposób mnie wciągnęła i bynajmniej nie zniechęciła do dalszego zgłębiania urokliwie staroświeckiej twórczości Edith Wharton. Choć życzyłabym sobie, aby fabuła kolejnych dzieł była choć odrobinę mniej absurdalna.

Cała intryga (dosłownie intryga!) „Rafy” ukuta jest wokół czwórki bohaterów – naiwnych, bojaźliwych i nieporadnych w swych uczuciowych poczynaniach i wyborach. Rzecz dzieje się we Francji, w gronie Amerykanów, na początku dwudziestego wieku. Świadomość momentu powstania powieści jest zresztą nieodzowna dla lektury. Bez tej wiedzy „Rafy” pewnie nie dałoby się czytać, choć powieść zaczyna się w iście czarowny sposób.

Przystojny dyplomata George Darrow w drodze do Francji spotyka swą dawną znajomą – samotną i, oczywiście, biedną jak mysz kościelna panienkę, byłą sekretarkę pewnej damy o nie najlepszej opinii towarzystwie, u której ten kiedyś bywał. Sophie marzy o aktorskiej karierze, a Darrow wielkodusznie postanawia zafundować jej kilka dni niezobowiązujących rozrywek  w Paryżu. Nic zdrożnego zdawać by się mogło – ot kolacje, spacery i wieczory w teatrze. Jego intencje nie były jednak do końca czyste. Do Francji zmierzał, aby spotkać się ze swą przyszłą narzeczoną, ta jednak bez słowa wyjaśnienia jego wizytę odwołała. Sophie wziął zatem pod swe dżentelmeńskie skrzydła nie tylko dlatego, że ma gołębie serce. Niepewien uczuć tamtej chciał się w pewien sposób pocieszyć, a i po trosze dlatego, że Sophie – niefrasobliwa, świeża i niekonwencjonalna – wpadła mu w oko i niepostrzeżenie się w niej zadurzył. Miłe chwile jednak szybko mijają, a paryska przygoda miała być ich małą tajemnicą. Tak oczywiście się nie dzieje. Ten pseudo-romans będzie niczym Czechowska strzelba zawieszona na ścianie czy, jak woli Mrs Wharton, rafa, o którą rozbiją się uczucia i marzenia.

Od momentu rozstania Sophie i Darrowa niedorzeczności mnożą się jak króliki. Niedorzeczności, dodać muszę, z punktu widzenia współczesnego czytelnika. Sto lat temu w towarzystwie bułkę przez bibułkę, gorsetów, konwenansów i mezaliansów problemy z powieści Wharton zapewne nie były ani niedorzeczne, ani wydumane czy banalne. Kto z kim przebywał, a kto kogo za rękę trzymał mogło zaważyć na losach niejednego związku małżeńskiego, a i niemały skandal wywołać. Nie usprawiedliwia to jednak wysoce bezsensownego zachowania bohaterów Wharton, którzy miotają się między własną dumą, urazą, konwenansami, a płomiennym uczuciami.  Są niekonsekwentni i tak irracjonalni w swych poczynaniach, że nabiera się ochoty, aby każdym z osobna potrząsnąć. I to nie raz.

Ocena: ★★★★☆☆

„Rafa” Edith Wharton, przełożyła Janina Karczmarewicz-Fedorowska, Da Capo, Warszawa 1996

[z biblioteki na Rajskiej]

książka przeczytana w ramach wyzwania:

Opublikowano Kobiece, Lekturki, Stareńkie, USA | Otagowano , , , , | 4 komentarzy