Pogdybajmy. Gdyby ktoś kiedyś nie napomknął mi o Marlen Haushofer, że warto, bo to pisarka ciekawa i nietuzinkowa, w dodatku pisaniem swym skłaniająca ku refleksjom rozmaitym i gdybym ja nazwiska i polecanego tytułu nie zanotowała, to zapewne do „Ściany” w ogóle bym nie dotarła, bo (między nami mówiąc) streszczenie fabuły zapowiadało coś z zupełnie-nie-mojej-bajki.
Nie wiem czy w teorii literatury funkcjonuje taka kategoria jak powieść ekologiczna, ale bez wątpienia „Ściana” czymś w rodzaju eko-powieści jest. Jednak czytanie jej wyłącznie poprzez pryzmat ekologii byłoby brzydkim uproszczeniem. A wbrew pozorom powieść ta do prostych nie należy. Fabuła z grubsza prezentuje się tak: Mieszkanka dużego miasta wyjeżdża na weekend do domku w górach. Zaniepokojona opóźniającym się powrotem towarzyszy wyrusza na poszukiwania do lasu. Te jednak nie przynoszą żadnego efektu, bo drogę zagradza jej niewidzialna ściana (!), która pojawiła ni stąd ni zowąd z bliżej nieokreślonego, ba, z racjonalnego punktu widzenia niepojętego, powodu. Ot stanęła i odgrodziła ją od reszty świata. Kobieta dość szybko orientuje się, że jest jedynym człowiekiem po tej stronie ściany, a po drugiej ludzkie życie najwyraźniej zamarło, w odróżnieniu od przyrody, która niczym nieokiełznana pleni się w najlepsze.
Gdybym chciała posłużyć się krzykliwą retoryką przekazu reklamowego napisałabym, że bohaterka stacza dramatyczną walkę o przetrwanie, tyle że ta walka u Huashofer jest de facto wyzuta z dramatyzmu, a napuszony patos w „Ścianie” szczęśliwie nie występuje. To skromna i kameralna powieść, w niczym nie podobna do książek, które dotychczas czytałam. Haushofer nie interesuje wyjaśnienie tajemnicy ściany. Niewidzialna zapora stanowi jedynie pretekst do nakreślenia portretu mieszczucha skonfrontowanego z pierwotnymi siłami przyrody.
Bezimienna bohaterka, skazana na własne siły i niewielki zapas żywności zgromadzony w górskiej chatce, uczy się radzić sobie i współistnieć z przyrodą. Do towarzystwa ma zwierzęta: psa, kotkę i krowę, i ze sporym ukontentowaniem odkrywa, że ich towarzystwo jest jej dużo milsze i cenniejsze niż wszystkie sztucznie podtrzymywane więzi i konwencjonalne relacje z czasów sprzed ściany. Zresztą stan przymusowego odosobnienia skłania ją do krytycznego zrewidowania dotychczasowego życia i wyznawanych wartości, które w obliczu zetknięcia z naturą okazują się złudne i powierzchowne.
To relacja z prostego życia toczącego się rytmem narzuconym przez przyrodę, tak opowiedziana, że czyta się ją z najwyższym stopniem zaabsorbowania. Lektura była dla mnie ogromnym przeżycie emocjonalnym i duchowym, toteż gorąco, a nawet bardzo gorąco „Ścianę” polecam.
Ocena: 





Ściana Marlen Haushofer, przełożyła Zofia Kania, PIW, Warszawa 1990, s. 240.
Seria KIK
















