Jeśli jest tak, jak ostatnio napisała porządek_alfabetyczny, że seria z miotłą jest czyśćcem dla kobiet-pisarek, literacką II-ligą, to najwyraźniej Petra Hůlová odbyła już pokutę w babińcu i awansowała do serii Don Kichot i Sancho Pansa. W pełni zasłużenie, bo „Stacja Tajga” to świetny kawał literatury.
Przyznaję jednak, że do powyższej konkluzji nie łatwo było mi dojść, jako że przez mniej więcej pierwsze 120-stron dość intensywnie biłam się z myślami czy w ogóle kontynuować lekturę. Nie byłam przekonana ani tym bardziej przygotowana na chaotyczną, nielinearną narrację, którą, post factum, muszę uznać za jeden z największych atutów powieści. Powieści wielowymiarowej, nie poddającej się łatwej lekturze, poplątanej i pełnej tajemnic jak losy bohaterów Hůlovej. Bo, wbrew temu co można wywnioskować na podstawie lektury czwartej strony okładki, „Stacja Tajga” nie jest li tylko opowieścią o zniknięciu (Hablunda, duńskiego samozwańczego ekspedytora, który tuż po II wojnie światowej wyruszył do syberyjskiego Charynia, po to, aby nigdy z stamtąd nie wrócić) i poszukiwaniu czy może raczej poszukiwaniach prowadzonych przez Erskego, doktoranta na etnologii, który pod pretekstem szukania tematu do swej dysertacja, powraca do Charynia wiele lat później, aby dowiedzieć się czegoś o Hablundzie.
Tak więc „Stacja Tajga” to nie tylko rozwiązywanie zagadki i grzebanie w przeszłości (nawiasem mówiąc finał był dla mnie dużym zaskoczeniem), ale w mym odczuciu coś bardziej pociągającego – opowieść o mieszkańcach Syberii. Autochtonach i przesiedlonych z Zachodu. Wnikliwe studium ich donkiszoterii, wiwisekcja drobnomieszczańskich naleciałości, skrzętnie skrywanych grzeszków. Portret nieufnej, podzielonej klasowo i zamkniętej w sobie miniaturowej społeczności, zagubionej w głuszy, funkcjonującej zapewne tylko dzięki temu, że Charyń leży przy nitce kolei Transsyberyjskiej. Sama kolej gra zresztą w powieści niepoślednią rolę. Fragmenty opowiadającej o pracy konduktora krążącego niczym Latający Holender między Moskwą i Władywostokiem, podobnie jak widoki zasypanej śniegiem tajgi przesuwającej się za oknami pociągu są magiczne.
Ocena: 





Stacja Tajga Petra Hůlová, przełożył Piotr Godlewski, W.A.B., Warszawa 2011, s. 427.
seria don Kichot i Sancho Pansa
O poprzedniej powieści Petry Hůlovej – „Czasie czerwonych gór” można przeczytać TUTAJ

Czytam sobie od dwóch dni książkę niebywałą, przewrotną, szalenie oryginalną. Książkę, której każde kolejne zdanie dostarcza mi miłego dla ducha intelektualnego fermentu. Powieść autotematyczną, a autotematyzm jest jedną z tych strategii narracyjnych, które cenię sobie w sposób szczególny. To opowieść o pisaniu o miłości w kraju, w którym o miłości (cielesnej zwłaszcza) nawet myśleć nie wolno, a co dopiero pisać, mówić czy się jej publicznie oddawać. Dlatego para bohaterów – Sara i Dara (imiona z elementarza języka perskiego) – nie mogą sobie patrzeć w oczy, ani wprost rozmawiać. Dlatego wiadomości przesyłają sobie poprzez wymyślny kod literatury – w książkach. Ale tak samo jak na Sarę i Darego dybią patrole Kampanii Przeciwko Zepsuciu Społecznemu, na pisarza czy może raczej narratora poluje Cenzor – równie złowroga i bezkompromisowa instytucja, którą tu symbolizuje na wskroś antypatyczna figura Porfirego Pietrowicza. Irańska historia miłosna. Ocenzurowano jest zmyślnie skonstruowaną, wielowarstwową opowieścią o paradoksach życia w Iranie. W dodatku napisaną w przyjemnie lekkim i dowcipnym tonie. Słowem: zero ckliwości, brak umartwiania. Więcej, gdy już skończę.












