<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Lekturki - blog Zofii Jurczak &#187; Podróżnicze</title>
	<atom:link href="http://lekturki.com/category/non-fiction/podroznicze/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://lekturki.com</link>
	<description>Zapis namiętności czytania - blog Zofii Jurczak</description>
	<lastBuildDate>Wed, 23 May 2012 14:19:26 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1</generator>
		<item>
		<title>Wesołe życie staruszka</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/06/z-waskim-psem-do-carcassonne-terry-darlington/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/06/z-waskim-psem-do-carcassonne-terry-darlington/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 16 Jun 2010 15:04:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[barka]]></category>
		<category><![CDATA[Francja]]></category>
		<category><![CDATA[kanał]]></category>
		<category><![CDATA[naokoło świata]]></category>
		<category><![CDATA[podróż]]></category>
		<category><![CDATA[Terry Darlingotn]]></category>
		<category><![CDATA[żegluga]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1307</guid>
		<description><![CDATA[Wesołe i obfitujące w przygody. „Z wąskim psem do Carcassonne” Terry’ego Darlingtona z serii naokoło świata zalegała na mojej półce od tak dawna, że właściwie zdążyłam zapomnieć o jej istnieniu. Tym czasem nie ma chyba niczego lepszego (prócz kryminałów takich &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/06/z-waskim-psem-do-carcassonne-terry-darlington/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/06/Z-waskim-psem-do-Carcassonne_Terry-Darlington.jpg" rel="lightbox[1307]"><img class="alignleft size-full wp-image-1308" title="Z-waskim-psem-do-Carcassonne_Terry-Darlington" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/06/Z-waskim-psem-do-Carcassonne_Terry-Darlington.jpg" alt="" width="198" height="280" /></a>Wesołe i obfitujące w przygody.</p>
<p><strong>„Z wąskim psem do Carcassonne”</strong> Terry’ego Darlingtona z serii <a href="http://lekturki.com/tag/naokolo-swiata/" target="_blank">naokoło świata</a> zalegała na mojej półce od tak dawna, że właściwie zdążyłam zapomnieć o jej istnieniu. Tym czasem nie ma chyba niczego lepszego (prócz kryminałów takich jak <a href="http://lekturki.com/2010/06/topielica-gaja-grzegorzewska/" target="_blank">„Topielica”</a> rzecz jasna) i milszego do czytania w upalne popołudnia i duszne wieczory niż relacja z podróży po kanałach.</p>
<p>Darlingtonowie – Terry i Monica – po przejściu na emeryturę, zamiast niańczyć wnuki, uprawiać ogródek czy oddawać się innym stosownym dla ich wieku rozrywkom, postanowili zaznać przygody. W związku z tym zafundowali sobie po tatuażu i barkę &#8211; cygarowatą <em>narrow boat </em> &#8211; o jakże uroczym imieniu Phyllis May, przystosowaną do angielskiego systemu żeglugi śródlądowej, który nie strawiłby łodzi szerszej niż dwa metry i 10 centymetrów. Sprawili sobie też do kompletu równie wąskiego psa z angielskiej klasy robotniczej – whippeta Jima z rodziny psów o idiotycznych wieloczłonowych imionach, który, wedle słów samych zainteresowanych, żywi się skwarkami, pierdzi, uwielbia wizyty w pubach i panicznie boi się pływać, toteż wilkiem morskim, ani nawet kanałowym nazwać go niepodobna.</p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://www.narrowdog.com/" target="_blank"><img class="aligncenter" title="Darlingtonowie z Jimem" src="http://www.narrowdog.com/tmj.jpg" alt="" width="400" height="282" /></a></p>
<p>Życie kanałowych nomadów dało Darlingotonom taki wiatr w żagle, że wbrew zdrowemu rozsądkowi i nie zważając na prośby, groźby i ostrzeżenia znajomych, rodziny, fachowców tudzież firm ubezpieczeniowych (które odmawiają polisy dla Phyllis May ) tym swoim cienkim jak patyk <em>narrow boat </em>podejmują się karkołomnej przeprawy przez kanał La Manche i następnie dopłynięcia do Carcassonne. Książka jest zbiorem miniaturek z tej wielkiej przygody czy jak kto woli –szaleństwa starszego małżeństwa. W luźnych relacjach Darlingtona hurraoptymizm przeplata się z tonem minorowym, a niesamowite przygody (włącznie z nalotem flotylli samolotów na Rodanie) z monotonią – jak to na wodzie, ale zapisków nie czytałoby się tak dobrze, gdyby nie dowcipne puenty wieńczące nie zawsze, z punktu widzenia Darlingtonów, zabawne sytuacje oraz oczywiście niesforny Jim.</p>
<p><a href="http://www.narrowdog.com/frenchpictures.htm" target="_blank"><img class="alignnone" title="Na kanale La Manche" src="http://www.narrowdog.com/journe1.jpg" alt="" width="250" height="165" /></a> <a href="http://www.narrowdog.com/frenchpictures.htm" target="_blank"><img class="alignnone" title="Gdzieś w Francji" src="http://www.narrowdog.com/french1.jpg" alt="" width="249" height="164" /></a></p>
<p>Książka jest szalenie osobista. Od podróży w rozumieniu odkrywania nieznanego w „Z wąskim psem do Carcassonne” istotniejszy jest sam fakt przemieszczania i perypetie mu towarzyszące przefiltrowane przez czynnik ludzki i psi. Zmieniające się krajobrazy, zabytki czy system dróg wodnych liczą się w mniejszym stopniu niż doświadczenia i emocje towarzyszące podróży. Stąd książka nie jest typową literaturą podróżniczą. Nadałabym jej raczej etykietkę rekreacyjno-humorystycznej. Na próżno szukać w niej szczegółowych opisów atrakcji turystycznych oraz porad z gatunku „gdzie pójść? Co zjeść”, ale po to są przewodniki, a dla przyjemności czyta się Terry’ego Darlingtona!</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>[„Z wąskim psem do Carcassonne” Terry Darlington, przełożył Tomasz Bieroń, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2008]</p>
<p><em>Nalałem sobie jeszcze jeden kieliszek Chiroubles i nabiłem na widelec kawałek kotleta jagnięcego. Aby poczuć smak Chiroubles, trzeba dwa razy powoli wypowiedzieć nazwę, przewrócić oczami i pomyśleć o jeżynach i deszczu, a jeśli jesteś facetem to dodatkowo o smaku ust dziewczyny, którą jako szesnastolatek pocałowałeś przy ligustrowym żywopłocie, licząc na to, że jej mama nie patrzy przez okno </em>[s. 220-221]<em> </em></p>
<p>Zdjęcia pochodzą z <a href="http://www.narrowdog.com/" target="_blank">oficjalnej strony www Darlingtonów</a>. Z informacji w niej umieszczonych wynika, że w listopadzie ubiegłego roku w wyniku pożaru Phyllis May zakończyła swój barkowy żywot.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/06/z-waskim-psem-do-carcassonne-terry-darlington/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Jadę sobie: Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet&#8221; Marzena Filipczak</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/10/jade-sobie-azja-przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet-marzena-filipczak/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/10/jade-sobie-azja-przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet-marzena-filipczak/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Oct 2009 20:19:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[azja]]></category>
		<category><![CDATA[Marzena Filipczak]]></category>
		<category><![CDATA[na podstawie blogu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1037</guid>
		<description><![CDATA[Karaluchy wielkości palca, skobel w drzwiach zamiast zamka oraz, last but not least, dziura w podłodze z wiaderkiem do spłukiwania nieczystości zamiast toalety. Tak wyposażony pokój w tanim (ale nie najtańszym!) hotelu zastała Marzena Filipczak tuż po przylocie do indyjskiego &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/10/jade-sobie-azja-przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet-marzena-filipczak/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-1038" title="Jadę sobie - Marzena Filipczak" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/10/jade_sobie.jpg" alt="Jadę sobie - Marzena Filipczak" width="200" height="285" />Karaluchy wielkości palca, skobel w drzwiach zamiast zamka oraz, last but not least, dziura w podłodze z wiaderkiem do spłukiwania nieczystości zamiast toalety. Tak wyposażony pokój w tanim (ale nie najtańszym!) hotelu zastała Marzena Filipczak tuż po przylocie do indyjskiego Bangaluru. Niezbyt budujące doświadczenie, prawda? Zwłaszcza jeśli ma się w perspektywie spędzić w podobnych warunkach najbliższe sześć miesięcy. Samotnych sześć miesięcy.</p>
<p>Wyjścia z takiej sytuacji wyobrażam sobie tylko dwa. Pierwsze – z płaczem (lub, jak kto woli, bez) wrócić do Polski i zapomnieć o całym incydencie. Drugie – wziąć się w garść, pokonać obrzydzenie, szczelnie pozamykać bagaże, a na skobel założyć kłódkę. Marzena Filipczak oczywiście wybrała tą drugą opcję. Nie po to rzuciła pracę, spakowała plecak (przy okazji wykazując się podziwu godną powściągliwością, bo bagaż na tyle miesięcy ważył tylko dziewięć kilo) i wyruszyła w drogę, daleko poza bezpieczny Stary Kontynent. Przez pół roku przemierzyła niemalże <a href="http://poradniak.pl/images/stories/mapka03.jpg" rel="lightbox[1037]" target="_blank">całą Południowo – Wschodnią Azję</a>, prócz Indii również Wietnam, Kambodżę, Tajlandię oraz Malezję, a „Jadę sobie: Azja…”- efekt jej wędrówki &#8211; jest nie tylko świetnie napisaną relacją z podróży (to między nami mówiąc byłoby zbyt proste i oczywiste), ale i kapitalnym poradnikiem samotnego podróżowania spisanym z myślą o kobietach. Właściwie nie jest to poradnik w klasycznym wydaniu. Filipczak nie popada w dydaktyzm, nie kreuje się na wszechmądrą mentorkę przyszłych podróżniczek. Chce zainspirować i zmobilizować, a jej poradnik to zbiór praktycznych wskazówek popartych bogatym doświadczeniem z samotnej wędrówki poprzez kraje zupełnie obce kulturowo.</p>
<p>Zaczęło się od blogu, pisanego w czasie podróży. Blogi z reguły pisze się w tonacji bezpośredniej i bardzo osobistej. Udało się to przenieść i na książkę, dzięki czemu „Jadę sobie…”  zyskało lekkość i bezpretensjonalność, której na próżno szukać w literaturze podróżniczej pisanej, rzekłabym, na poważnie. Familiarno – kolokwialny ton, którego zwolenniczką nie jestem, tutaj nawet się broni. Po prawdzie, a jest to właściwie jedyne moje zastrzeżenie, uporczywe powtarzanie kolokwializmów takich jak „kibel” trudno uznać za celową stylizację, ale z drugiej strony być może dalekowschodnie sławojki czy ustępy nie zasługiwały na lepsze miano. Dzięki temu, że swój internetowy dziennik Filipczak nie pisała codziennie, a tylko wtedy, gdy udało jej się znaleźć komputer z dostępem do sieci (co, o dziwo, wcale nie było trudno nawet w najbardziej odludnych miejscach) książka nie jest przeładowana nadmiarem szczegółów. Obdarzona zmysłem przenikliwej obserwacji autorka zawarła w nim tylko to co istotne, zabawne i najciekawsze z całej podróży, a uczyniła to w sposób tak zajmujący, że od „Jadę sobie…” wprost nie można się oderwać. Czyta się to jednym tchem.</p>
<p>Marzena Filipczak przekonuje, że samotne podróżowanie po Dalekim Wschodzie nie jest kwestią odwagi czy zasobności portfela. W południowo – wschodniej Azji można przeżyć za bardzo niewielkie kwoty, a przemieszczanie się w pojedynkę wiąże się z podobnym ryzykiem, jak, na przykład, z kilkoma osobami. Jednak nawet w najmilszym towarzystwie nie zazna się bezgranicznego poczucia wolności, które wynika z możności robienia tego co się chce wtedy kiedy się chce i gdzie się chce. Kluczem do powodzenia samodzielne wyprawy będzie zatem dobre przygotowanie, wykupienie porządnego ubezpieczenia zdrowotnego oraz duża doza zdrowego rozsądku. Połączenie tych trzech czynników pozwoliło autorce wyjść cało z niejednej przygody i przy okazji przeżyć niezapomnianą przygodę nieporównywalną do niczego innego.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5.5 out of 6 stars</p>
<p>[„Jadę sobie: Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” Marzena Filipczak, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2009]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/10/jade-sobie-azja-przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet-marzena-filipczak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>13</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Krynolinę zostaw w Kairze&#8221; Barbara Hodgson</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Oct 2009 23:08:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kanada]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Barbara Hodgson]]></category>
		<category><![CDATA[dawno_temu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1023</guid>
		<description><![CDATA[Tylko mężczyźni bywali wagabundami? Bzdura Przekonuje o tym Barbara Hodgson, autorka, ukrytego pod jakże wdzięcznym tytułem „Krynolinę zostaw w Kairze”, zbioru szkiców o pierwszych podróżniczkach. Po prawdzie nieco przekorny oryginalny tytuł „No Place for a Lady” lepiej oddaje idee książki, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>T<img class="alignleft size-medium wp-image-1024" title="krynolina" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/10/krynolina-182x300.jpg" alt="krynolina" width="182" height="300" />ylko mężczyźni bywali wagabundami? Bzdura</p>
<p>Przekonuje o tym Barbara Hodgson, autorka, ukrytego pod jakże wdzięcznym tytułem <strong>„Krynolinę zostaw w Kairze”</strong>, zbioru szkiców o pierwszych podróżniczkach. Po prawdzie nieco przekorny oryginalny tytuł „No Place for a Lady” lepiej oddaje idee książki, w której kanadyjska pisarka krok po kroku udowadnia, że w gruncie rzeczy już kilkaset lat temu nie było takich miejsc, do których kobiety by nie zawędrowały.</p>
<p>Zdawać by się mogło, że dla siedemnasto czy też osiemnastowiecznych podróżniczek (o tych z  dziewiętnastego wieku w ogóle nie wspominając, bo to przecież wiek kolei żelaznej, a ta sama w sobie była ogromnym udogodnieniem) nie istniały żadne przeszkody w podróżowaniu. Dla bohaterek Hodgson zasadniczo nie istniało nic gorszego niż konieczność siedzenia w domu. Z przyjemnością, ba! Z błyskiem w oku, zadzierały przysłowiową kiecę i oddawały się gorączce podróżowania, wyruszając w drogę, gdy tylko nadarzała się po temu okazja. Co istotne, nie wszystkie globtroterki były awanturnicami. Były i wśród nich przykładne matki i oddane żony, które wędrowały  u boku małżonka lub majętnego kochanka, bo, tak jak i dziś, podróże nie należą do najtańszych rozrywek, zwłaszcza, gdy ciągnie się z sobą na drugi koniec świata zastęp służby i kufry pełne strojów na każdą okazję.</p>
<p>Skoro zboczyłam już ku strojom, wspomnieć wypada właśnie o tym niezmiernie istotnym aspekcie podróżowania. Bohaterki Hodgson nie mogły bowiem wskoczyć w dresy, jeansy czy inny wygodny ubiór, bo pomijając koszulę nocną i może jeszcze pantalony, ówczesna moda tudzież sztywna przyzwoitość takich ubiorów w ogóle nie przewidywała. Miast tego miały krynoliny, turniury, halki i gorsety – ani wygodne, ani bezpieczne. Część z podróżniczek decydowała się więc na męski przyodziewek, który nie dość, że wygodniejszy, to jeszcze pozwała im zwiedzać miejsca zarezerwowane dotąd tylko dla panów. Jeszcze inne przywdziewały twory własnego projektu lub odzież lokalną. Znakomita większość jednak trwała uparcie przy swych turniurach i gorsetach i stąd rada zaczerpnięta z relacji jednej z globtroterek, aby zanim zabierze się za dogłębne zwiedzanie piramid krynolinę zostawić w Kairze…</p>
<p>Pierwsze podróżniczki z książki Hodgson były damami, które całym swym istnieniem, hartem ducha, odwagą i nieposkromioną energią nie tylko w niczym nie przypominały wydelikaconych mimoz, ale i mogłyby zawstydzić nie jednego mężczyznę. Większość z nich odznaczała się niemalże spartańską wytrzymałością i cudowną zdolnością osiągania zamierzonych sobie celów. Wszędzie było ich pełno: pływały wzdłuż Nilu, organizowały naukowe ekspedycje, ucztowały wspólnie z dzikimi ludami, wpraszały się do bliskowschodnich haremów, a także oglądały zupełnie nagich Nubijczyków (a fakt ów raczej je przyjemnie podniecał niż gorszył). Wyglądało to troszkę tak, jakby w chwili wyjścia poza ich naturalne środowisko, wstępował w nie nowy duch, pod wpływem którego globtroterki z płochych i pokornych niewiast przeistaczały się w prawdziwe łowczynie przygód. Weźmy na przykład taką Isabelę Burton, kobietę bardzo delikatnego zdrowia, dla której wyjazd do Brazylii skończył się łagodną odmianą cholery i licznymi czyrakami na skórze, <em>a także stała się pożywką dla tropikalnych pcheł, które składają jaja pod skórą człowieka. </em>Mimo to Isabel <em>jeździła konno, chodziła na wycieczki, pływała, fechtowała się i uprawiała gimnastykę. </em>Ktoś coś wspominał o słabej płci?</p>
<p>Z dzisiejszej perspektywy najważniejsze jest to, że niegdysiejsze podróżniczki dużo i chętnie o swych peregrynacjach pisały. Zwłaszcza Brytyjki okazały się wyjątkowo płodnymi pisarkami, a swą twórczością bez wątpienia wpłynęły na rozwój ówczesnej turystyki, ale i dorzuciły kilka kamyczków do współczesności. Barbara Hodgson napisała „Krynolinę zostaw w Kairze” na podstawie relacji kilkudziesięciu globtroterek, co zważywszy na niewielką objętość jej książki (około 200 stron z dużą ilością ilustracji) daje efekt trochę takiej pop-literatury: bez głębszego zanurzenia błyskawicznie prześlizgującej się po temacie. Ta założona „płytkość” jest tu jednak zaletą, „Krynolina…” jest bowiem smakowita książka na raz. Dostarcza kompendium wiedzy w pigułce i jednocześnie inspiruje do głębszego drążenia tematu.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>[„Krynolinę zostaw w Kairze. O pierwszych podróżniczkach” Barbara Hodgson, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/10/krynoline-zostaw-w-kairze-barbara-hodgson/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Mongolia. Wyprawy w tajgę i step&#8221; Bolesław A. Uryn</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/09/mongolia-wyprawy-w-tajge-i-step-boleslaw-a-uryn/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/09/mongolia-wyprawy-w-tajge-i-step-boleslaw-a-uryn/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 06 Sep 2009 13:22:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[azja]]></category>
		<category><![CDATA[Bolesław Uryn]]></category>
		<category><![CDATA[Mongolia]]></category>
		<category><![CDATA[poznaj świat]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=974</guid>
		<description><![CDATA[W przypadku „Mongolia. Wyprawa w tajgę i step” sprawa jest prosta i zasadniczo nie ma się nad czym rozwodzić. Kto choć raz miał w łapkach którąkolwiek z książek wydanych w serii „Poznaj świat” (a ufam, że przynajmniej połowa spośród Was &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/09/mongolia-wyprawy-w-tajge-i-step-boleslaw-a-uryn/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-975" title="Mongolia" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/09/uryn.jpg" alt="Mongolia" width="180" height="263" />W przypadku <strong>„Mongolia. Wyprawa w tajgę i step”</strong> sprawa jest prosta i zasadniczo nie ma się nad czym rozwodzić. Kto choć raz miał w łapkach którąkolwiek z książek wydanych w serii „Poznaj świat” (a ufam, że przynajmniej połowa spośród Was miała do czynienia z książkami Wojciecha Cejrowskiego) wie mniej więcej czego się spodziewać: piękne zdjęcia, staranne wydanie, gładki papier i waga, która dyskwalifikuje tomy z noszenia w torebce (zwłaszcza te w twardej okładce). Również zawartość merytoryczna jest na wysokim poziomie (a przynajmniej była w tych tomach, które do tej pory udało mi się przeczytać).</p>
<p>Z „Mongolią” też tak jest. Umieściłabym ją między świetnymi książkami <a href="http://lekturki.com/tag/wojciech-cejrowski/" target="_blank">Cejrowskiego</a>, a dość przeciętną w gruncie rzeczy <a href="http://lekturki.com/2008/05/syberia-wyprawa-na-biegun-zimna-jacek-palkiewicz/" target="_blank">Syberią Jacka Pałkiewicza</a>. Bolesław A. Uryn nie jest postacią tak barwną, jak Pan WC, nie potrafi też w tak zajmujący sposób opowiadać, ale w porównaniu z wątpliwymi talentami pisarskimi Pałkiewicza wypada całkiem dobrze. Reportaże Uryna to interesujące kompendium wiedzy na temat kultury i życia w najbardziej odludnych zakątkach Mongolii. Po prawdzie Mongolia jakoś szczególnie mnie nie zajmuje. Zdecydowanie nie jest to kraj, który chciałabym odwiedzić, a jednak sięgnęłam po „Wyprawę w tajgę i step”.  Pewnie trochę z przekory, ale i ciekawości.</p>
<p>Uryn to w ogóle intrygująca postać. Doktor nauk przyrodniczych, który zakochał się w Mongolii do tego stopnia, że co roku wraca do niej na kilka miesięcy po to, aby penetrować najbardziej odludne i niebezpieczne jej fragmenty. Relacje z kolejnych przygód, między innymi poszukiwania mongolskiego Yeti, forsowania nieznanych odcinków rzek i pasm górskich zasadniczo tylko dla własnej satysfakcji, nasunęły mi  tylko jedną refleksją i w dodatku w kontrze do przesłania książki Uryna, który jest propagatorem survivalu „z ludzką twarzą”. Zastanawia mnie bowiem czy istnieją jakiekolwiek granice, których człowiek zachodni nie przekroczy? Duch przygody duchem przygody, ale jednak czy przedzieranie się do najbardziej niedostępnych miejsc kosztem koni, które często z takich wypraw nie wracają  tylko po to, aby móc przez tydzień łowić ryby albo postrzelać do mongolskiej zwierzyny czy to nie jest nadużycie jest postępowaniem godnym doktora nauk przyrodniczych? Czy koszty takiej wyprawy nie są zbyt wielkie, czy nie jest to naginanie świata na potrzeby człowieka z zachodu, którego nie zadowala już moczenie wędki w zwykłym jeziorze? Potrzebuje ekstremalnych doznań, a że przy okazji złamie nogę i utopi dwa konie? Czy to są tylko koszty czy aż koszty?</p>
<p>Pomimo tej dość dojmującej refleksji książkę czyta się dobrze i myślę, że mogę polecić ją każdemu kto lubi czytać o podróżach i wszelkich przygodach z nimi związanych. Dużym atutem są piękne zdjęcia Uryna. Niektóre spośród nich możecie zobaczyć na jego <a href="http://www.uryn.cso.pl/">stronie</a>.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>[„Mongolia. Wyprawy w tajgę i step” Bolesław A. Uryn, Bernardinum, Pelplin 2005]</p>
<p>Mongolia na literacko -<a href="http://lekturki.com/2008/06/czas-czerwonych-gor-petra-hulova/" target="_blank"> &#8222;Czas czerwonych gór&#8221;</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/09/mongolia-wyprawy-w-tajge-i-step-boleslaw-a-uryn/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Zapiski z małej wyspy&#8221; Bill Bryson</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/03/zapiski-z-malej-wyspy-bill-bryson/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/03/zapiski-z-malej-wyspy-bill-bryson/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Mar 2009 04:51:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura dowcipna]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Anglicy]]></category>
		<category><![CDATA[Bill Bryson]]></category>
		<category><![CDATA[naokoło świata]]></category>
		<category><![CDATA[podróż]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=681</guid>
		<description><![CDATA[Czy wspominałam już kiedyś, że mentalnie czuję się Angielką? A w każdym razie tak sobie tłumaczę mój feblik do ichniejszej literatury, społecznie zaangażowanego kina, malarstwa, a także wsi (zwłaszcza XIX wiecznej) i tej słynnej mieszanki sarkazmu z ironią i absurdem, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/03/zapiski-z-malej-wyspy-bill-bryson/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-682" title="Zapiski z małej wyspy" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/03/zapiski.jpg" alt="Zapiski z małej wyspy" width="180" height="248" />Czy wspominałam już kiedyś, że mentalnie czuję się Angielką? A w każdym razie tak sobie tłumaczę mój feblik do ichniejszej literatury, społecznie zaangażowanego kina, malarstwa, a także wsi (zwłaszcza XIX wiecznej) i tej słynnej mieszanki sarkazmu z ironią i absurdem, którą zwykło nazywać się angielskim humorem. Niemożność funkcjonowania w stricte angielskim środowisku kulturowym rekompensuje sobie piciem przemysłowych ilości herbaty i noszeniem grzecznych wdzianek od Marksa &amp; Spencera i, to nie będzie chyba dla nikogo zaskoczenie, czytaniem Anglików o i Anglikach. Stąd nie mogłam, po prostu nie mogłam, odmówić sobie przyjemności przeczytania <a href="http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2258" target="_blank"><strong>„Zapisków z małej wyspy”</strong></a> innego anglofila – Billa Bryson. Skoro już sobie wszystko wyjaśniliśmy – przejdźmy do rzeczy.</p>
<p>Bryson dostanie po głowie za niewinność, bo przyznać muszę, że odrobinę mnie rozczarował. Ot taki mały zgrzyt, coś w rodzaju deja vu, którego zapewne by nie było, gdybym „Zapisków…” nie czytała tuż po <a href="http://lekturki.com/2009/03/pierscienie-saturna-wg-sebald/" target="_blank">„Pierścieniach Saturna”</a> i gdyby obu książek nie łączył motyw pieszej wędrówki po angielskiej prowincji, która, co prawda każdego z panów zaprowadziła w zupełnie literacko innym kierunku, ale i przy okazji uczyniła z nich niezamierzonych konkurentów. Po prawdzie, o czym zresztą już pisałam, ale z premedytacją się powtórzę, u Sebalda wędrowanie to jedynie punkt wyjściowy do głębszych rozważań, natomiast Bryson skupia się na samym aspekcie krajoznawczym, w czym nie ma nic ani karygodnego ani dziwnego, w końcu „Zapiski…” to reportaż z podróży, ale przy „Pierścieniach Saturna”, literaturze bezdyskusyjnie wybitnej, refleksje Brysona wypadają blado.</p>
<p>Dość utyskiwań. Brysonowi należy się bowiem kilka pochwał, ot choćby za cięty języczek i dystans do siebie jak i swego ukochanego kraju, któremu nie szczędzi sarkastycznych uwag. Rzecz godna uwagi, autor nie jest Angelikiem, a Amerykaninem, który w stopniu niemalże perfekcyjnym przyswoił wyspiarskie poczucie humoru. Rzec by można, że jest bardziej angielski niż nie jeden napotkany po drodze rodowity Brytyjczyk. W błędzie jednak będzie ten kto sądzi, że „Zapiski…” to zbiór dowcipów. Nic z tego. To humorystycznie zdana relacja z dwumiesięcznej pieszo-kolejowej podróży wzdłuż i wszerz Anglii. Deszczowej, monotonnej (Bryson nie bez sadystycznej satysfakcji odnotowuje, że w każdej dziurze obowiązkowo musi być drogeria Boots, Marks &amp; Spencer i jeszcze kilka innych kanonicznych sklepów), zadeptanej przez turystów, albo odwrotnie głęboko prowincjonalnej, którą Bryson szczególnie admiruje, a im bardziej zapyziała i słabo zaludniona &#8211; tym lepsza. Bryson potrafi być cudownie ironiczny i choć z ducha jest Anglikiem nie dał się do końca swej angielskości opętać. Wciąż potrafi krytycznie spojrzeć na różne brytyjskie zachowania, które jemu jako Amerykaninowi z Iowy wprost nie mieszczą się w głowie. Ot choćby dezynwoltura z jaką traktuje się nagrobki znanych i zasłużonych. Bryson (przypominam – człowiek z Iowy) szczególnie przeżywał mogiłę  Churchilla, było nie było męża stanu, który gdyby miał szczęście (pecha?) urodzić się za oceanem doczekałby się bombastycznego nagrobka i muzeów ku swej czci, miast skromnego i niemalże zapomnianego nagrobka w jakiejś prowincjonalnej mieścinie.</p>
<p>Czytając „Zapiski z małej wyspy” doprawdy trudno uwierzyć, że wędrówką tą Bill Bryson żegnał się z Wielką Brytanią, którą dla (między innymi) sklepów czynnych do 22 godziny miał później porzucić. Jak on, tak rozmiłowany we wszystkim tym co angielskie, wytrzyma w tej jankeskiej Ameryce? Have no idea ;)</p>
<p>Zacny reportaż. Kilka razy nawet głośno się zaśmiałam.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>Przetrawić natomiast nie mogę okładki. Nie żebym coś miała do facjaty Brysona, ale nie sądzę, aby jego zarośnięte lico było najlepszą rekomendacją książki. Co innego <a href="http://cdn.harpercollins.com/harperimages/isbn/large/6/9780380727506.jpg" rel="lightbox[681]" target="_blank">ta z amerykańskiego wydania</a>.</p>
<p>I jeszcze instrukcja &#8222;Jak być gołębiem&#8221; (uwaga! zawiera słowo nieobyczajne): <em>1. Pospaceruj chwilę bez określonego planu, dziobiąc niedopałki i inne nie nadające się do spożycia obiekty 2. Przestrasz się kogoś idącego po peronie i ucieknij na dźwigar 3. Wysraj się 4. Powtórz cały cykl. </em>[s. 110]<em> </em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/03/zapiski-z-malej-wyspy-bill-bryson/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Powiedział mi wróżbita&#8221; Tiziano Terzani</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/02/powiedzial-mi-wrozbita-tiziano-terzani/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/02/powiedzial-mi-wrozbita-tiziano-terzani/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Feb 2009 21:28:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[azja]]></category>
		<category><![CDATA[Chiny]]></category>
		<category><![CDATA[Mogolia]]></category>
		<category><![CDATA[naokoło świata]]></category>
		<category><![CDATA[Tiziano Terzani]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=642</guid>
		<description><![CDATA[Z zasady nie czytuję horoskopów i pewnie dlatego lektury „Powiedział mi wróżbita” Tiziano Terzaniego nie będę wspominać ze szczególnym sentymentem. Prawdę mówiąc wolałabym w ogóle jej nie wspominać… Mój gorący (ślepy?) afekt do dalekowschodnich klimatów powoli acz skutecznie się na &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/02/powiedzial-mi-wrozbita-tiziano-terzani/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-643" title="Powiedział mi wróżbita" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/02/terzani.jpg" alt="Powiedział mi wróżbita" width="187" height="252" />Z zasady nie czytuję horoskopów i pewnie dlatego lektury <a href="http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2179" target="_blank"><strong>„Powiedział mi wróżbita”</strong></a> Tiziano Terzaniego nie będę wspominać ze szczególnym sentymentem. Prawdę mówiąc wolałabym w ogóle jej nie wspominać…</p>
<p>Mój gorący (ślepy?) afekt do dalekowschodnich klimatów powoli acz skutecznie się na mnie mści. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem, że muszę podejść do tamtejszej literatury, czy też literatury traktującej o tamtych stronach, w sposób nieco bardziej wybiórczy i przestać robić maślane oczy na widok każdej publikacji, która ma cokolwiek wspólnego z Azją. Koniec! Basta! Nie wszystko złoto co się święci, a już z pewnością ze złotem niewiele wspólnego ma „Powiedział mi wróżbita”.</p>
<p><a href="http://www.terzani.yoyo.pl/index.php" target="_blank">Tiziano Terzani</a>, światowej klasy reporter i, w co absolutnie nie wątpię, postać wybitna, w mym osobistym odczuciu wpadł we własnoręcznie zastawioną pułapkę. Przepowiedział mu bowiem dalekowschodni wróżbita jakoby miał zginąć w katastrofie lotniczej w roku 1993. Terzani, co prawda nie bez pewnych wewnętrznych oporów, uznał przepowiednię za dogmat i na kolejne 12 miesięcy zapomniał o istnieniu samolotów. Gdyby przepowiednia ta dotyczyła zwykłego zjadacza chleba – niemożność latania zapewne niewiele by go obeszła, rzecz jednak komplikuje się w przypadku Terzaniego, który pracował jako reporter Der Spiegel na terytorium Azji Wschodniej i, kolokwialnie się wyrażając, miał do obskoczenia zacnej wielkości teren. By móc nadal pracować musiał zatem przesiąść z najwygodniejszego i najszybszego środka transportu, do tych zdecydowanie mniej komfortowych i dużo wolniejszych, co, jak wkrótce się okazało, tylko na dobre mu wyszło. W ciągu ponad dwunastu miesięcy samochodem, łodzią, autobusem i pociągiem Terzani przemierzył tysiące kilometrów Malezji, Birmy, Tajlandii, Mongolii, Wietnamu, Kambodży, Chin i Laosu. Z turysty przeistoczył się w podróżnika w najbardziej pierwotnym tego słowa znaczeniu, który na równi z mieszkańcami danego regionu cierpiał niewygodny podróży i przy okazji mógł obserwować dalekowschodnie ludy, ich powoli zanikającą kulturę u źródeł i… Odwiedzać kolejnych wróżbitów.</p>
<p>Terzani być może nie głosi komunałów, ale w tym co pisze o mieszkańcach Azji nie ma niczego czego ktoś przed nim by nie odnotował. I jakkolwiek przewrotnie to nie brzmi, nie odkrył Ameryki rozwodząc się nad postępującą amerykanizacją (w domyśle westernizacją) kultur mieszkańców Dalekiego Wschodu, zanikaniem etnicznej integralności i obyczajowymi przemianami. Przed półwieczem wspominał już o tym Paweł Jasienica w <a href="http://lekturki.com/2008/11/kraj-nad-jangcy-pawel-jasienica/" target="_blank">„Kraju nad Jangcy”</a>, pisali później i inni reporterzy i choć są to prawdy powszechnie znane, przeanalizowane z każdej dostępnej strony, w „Powiedział mi wróżbita” mimo wszystko odnaleźć można sporo interesującego dobra. Dla mnie najciekawsze były rozdziały dotyczące życia na indonezyjskich wyspach i oczywiście fragmenty opisujące podróż, zdominowaną przez drobnych handlarzy, koleją Transsyberyjską. Nie mniej ważna dla Terzaniego jest refleksja nad samą istotą podróżowania, prześlizgania się między kulturami, bowiem również pewne sposoby przemieszczania się (takie jak podróże morskie) odchodzą w niebyt, inne z kolei nieodwracalnie tracą swój pierwotny charakter. Ten okropny samolot zmienia zatem dosłownie wszystko i zrazu okazuje się, że szybciej nie znaczy lepiej, a świat widoczny z góry nigdy nie dorówna sennym obrazkom przesuwającym się za oknem leniwie toczącego się pociągu.</p>
<p>Gdyby tak Terzani ograniczył się tylko do refleksji nad paradoksami świata umierającego i kondycją podróżnika, któremu odebrano możność latania, ale nie… Pokusa konfrontacji z kolejnymi wróżbitami i jasnowidzami była dla niego zbyt silna. W ogóle ta część „Powiedział mi wróżbita”, nawiasem mówiąc zupełnie niepotrzebna, obnaża janusowe oblicze Terzaniego, który miotał się niczym nastolatka z muchami w nosie, rozdarty między ambiwalentnymi uczuciami: wierzyć wróżom, czy też nie. Rozsądek mówi – nie, ciekawość mówi – tak. Szkoda, że nie posłuchał rozumu, bo kolejne relacje ze spotkań z lokalnymi przepowiadaczami przyszłości wszelakiej maści zamiast nadać efekt spójności tylko zaszkodził książce.</p>
<p>A gdy w końcu udało mi się dotrzeć do ostatniej kropki „Powiedział mi wróżbita”, przyszła mi do głowy tylko jedna konstatacja: To nie prawda, że każdego można zastąpić. Ryszard Kapuściński był tylko jeden. Niestety.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3 out of 6 stars</p>
<p>Zainteresowanym tematem polecam <a href="http://www.terzani.yoyo.pl/index.php" target="_blank">polską stronę dedykowaną Terzaniemu</a>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/02/powiedzial-mi-wrozbita-tiziano-terzani/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>23</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Kraj nad Jangcy&#8221; Paweł Jasienica</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/11/kraj-nad-jangcy-pawel-jasienica/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/11/kraj-nad-jangcy-pawel-jasienica/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 04 Nov 2008 15:37:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Chiny]]></category>
		<category><![CDATA[Paweł Jasienica]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=508</guid>
		<description><![CDATA[Może nie jak kulą w płot, ale w porównaniu z cudownościami, które miałam przyjemność przeczytać ostatnio, „Kraj nad Jangcy” Pawła Jasienicy wypada tak trochę nie wiadomo jak. Niezgorzej, ale tez nie najlepiej, choć wyznać Wam muszę, że mogę być w &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/11/kraj-nad-jangcy-pawel-jasienica/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/jasienica.jpg" rel="lightbox[508]"><img class="alignleft size-medium wp-image-492" title="Kraj nad Jangcy - Paweł Jasienica" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/jasienica.jpg" alt="" width="140" height="202" /></a>Może nie jak kulą w płot, ale w porównaniu z cudownościami, które miałam przyjemność przeczytać ostatnio, <a href="http://www.proszynski.pl/Kraj_nad_Jangcy-p-29917-.html" target="_blank"><strong>„Kraj nad Jangcy”</strong></a> Pawła Jasienicy wypada tak trochę nie wiadomo jak. Niezgorzej, ale tez nie najlepiej, choć wyznać Wam muszę, że mogę być w mym osądzie odrobinę nieobiektywna, bo od kiedy naczytałam się Kapuścińskiego właściwie w każdym reportażu czy też książce podróżniczej doszukuje się czegoś na miarę jego stylu i to się zawsze źle kończy. Oczywiście, dla aktualnej lekturki. Jak kulą w płot, bo w końcu Ryszard Kapuściński był tylko jeden.</p>
<p>Z drugiej strony myślę sobie, że porównywanie tych dwóch wielkich osobowości polskiej literatury <em>non-fiction</em> jest sporym nieporozumienie, jako że Kapuściński był reporterem i podróżnikiem, a Jasienica historykiem &#8211; publicystą, któremu na fali odwilży 1956 roku przydarzyło się wyjechać do Chin na zaproszenie tamtejszego związku literatów. „Kraj nad Jangcy” to zbiór zapisków z tej podróży. Fascynującego odkrywania Kraju Środka, samolotem pociągiem i nieśmiertelną warszawą. A były to Chiny, które po okresie maoistycznego zamordyzmu właśnie na krótką chwilę otworzyły swe podwoje dla obcych, Chiny które były już najludniejszym państwem świata, ale do miliarda wciąż brakowało im jakiś czterystu milionów. Jasienica co i rusz, nie kryjąc swego entuzjazmu, chwalił politykę państwa, które niby było komunistyczne, a jednak w porównaniu z ówczesną Polską wypadało na zdecydowanie bardziej liberalne i lepiej zarządzane.</p>
<p>To zachłyśnięcie się Chinami chwilami brzmi odrobinę tendencyjnie, przypuszczam, że ze względów ideologicznych Jasienica nie mógł napisać wszystkiego i pewne tematy (Tybet na przykład) musiał przemilczeć. Za sprawą zawoalowanej krytyki polskiego ustroju i gospodarki miał i tak sporo problemów z publikacją zapisków. Od czasów pierwszego wydaniu w roku 1957 aż do dziś książka nie miała żadnego wznowienia. Szkoda byłoby jednak, gdyby ChRL oczami Pawła Jasienicy odeszła w zapomnienie, tym bardziej, że takiego kraju nad Jangcy już nie ma. Pożarły go potężne przemiany, niekoniecznie ustrojowe. Jednak już w latach pięćdziesiątych było to państwo kontrastów. Wyraźnie widoczny był zalew zachodniej tandety, która wypierała to co etniczne (co zresztą się na Zachodzie wkrótce pięknie zemści i to Zachód będzie zalewany przez chińskie barachła). Jasienica kilkukrotnie ubolewał nad ogromnym rozwarstwieniem społeczeństwa, które już wówczas podzielone było na hołubionych bogaczy i zapomnianą biedotę. Smutne to, choć z relacji pisarza wynika, że Chińczycy nie przykładali do tego szczególnej uwagi (choć pewnie to tylko pozory). Pracowici, usłużnie grzeczni, zadowoleni z tego co mają, uśmiechnięci i zaradni. Zero malkontenctwa.</p>
<p>Ciekawa byłam czy uda mi się wyłuskać jakieś punkty styczne z <a href="http://lekturki.com/2008/10/bracia-da-chen/" target="_blank">„Braćmi” Da Chena</a>, których akcja rozpoczyna się właśnie w latach pięćdziesiątych. I chyba jestem mało uważną czytelniczką, bo żadnej godnej odnotowania analogii wypatrzyć mi się nie udało.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3.5 out of 6 stars</p>
<p>A tak na marginesie na czas jakiś dość mam Azji. Skandynawii mi się chce albo jakiegoś porządnego kryminału.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/11/kraj-nad-jangcy-pawel-jasienica/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;W ciemno: Zabawne przypadki z podróży&#8221; pod redakcją Dona George&#8217;a</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/10/w-ciemno-don-george/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/10/w-ciemno-don-george/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Oct 2008 21:26:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Krótkie formy literackie]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Don Georg]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=480</guid>
		<description><![CDATA[Zdecydowanie nie jest to dzieło o wiekopomnych walorach poznawczych, ani wybitna książka, ale jednak myślę sobie, że warto na chwilę zatrzymać się przy „W ciemno: zabawne przypadki z podróży”, jako że ów wybór anegdot będzie zupełnie niezłą lekturą do pociągu/ &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/10/w-ciemno-don-george/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/ciemno.jpg" rel="lightbox[480]"><img class="alignleft size-full wp-image-484" title="W ciemno" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/ciemno_zabawne_przypadki_2371422.jpg" alt="" width="200" height="283" /></a>Zdecydowanie nie jest to dzieło o wiekopomnych walorach poznawczych, ani wybitna książka, ale jednak myślę sobie, że warto na chwilę zatrzymać się przy „<a href="http://www.zysk.com.pl/catalog/product_info.php?products_id=2085" target="_blank"><strong>W ciemno: zabawne przypadki z podróży</strong></a>”, jako że ów wybór anegdot będzie zupełnie niezłą lekturą do pociągu/ samolotu albo chociaż tramwaju, choć, wbrew temu co sugeruje tytuł &#8211; wiele z historyjek wcale nie jest zabawnych.</p>
<p>Kupiona na jakiejś księgarnianej wyprzedaży (za całe 5 złotych) książka pod redakcją Dona Georgre&#8217;a stała się nieocenionym towarzyszem w czasie wyjazdu do Barcelony, bo czy można wyobrazić sobie lepszy czytelniczy kontekst dla takiej lektury niż zaplanowana ze sporym wyprzedzeniem wakacje pośród ludzi obcych kulturowo, językowo, ba &#8211; nawet mentalnie? &#8222;W ciemno&#8221; to nawet nie literatura podróżnicza, to raczej książka turystyczna i przy okazji najlepszy kumpel człowieka w podróży, który w towarzystwie zgrai głośnych Hiszpanów, wepchnięty między dwa siedzenia, usiłuje sobie jakoś przyjemnie zagospodarować czas lotu, a tom świetnie sprawdza się w tej roli, bo opowiadanka krótkie, lekkie, bezpretensjonalne i sympatyczne napisane. Jakkolwiek nie byłabym zwolenniczką małych form literackich (o czym wspomniałam już nie raz), to akurat w tym przypadku będę bronić ich zacięcie &#8211; w podróży się sprawdzają, bo raz, że nie potrzeba spokoju i skupienia by móc w pełni smakować historyjek, dwa &#8211; nawet jeśli zgubi się wątek lub spomiędzy wersów zawieje nudą &#8211; nic straconego &#8211; w zanadrzu czekają kolejne anegdoty &#8211; autentyczne historyjki spisane piórem doświadczonych globtroterów i dziennikarzy.</p>
<p>Bodaj najlepsza  w całym zbiorze jest otwierająca go historia brytyjskiego komediopisarza, który zwiedzał Pragę w osobliwym towarzystwie uzbrojonego w uzi Czecha oraz jego uczynnego kolegi &#8211; handlowca, oferującego wszystko to co nielegalne: od pigułek szczęścia po pociski przeciwczołgowe (sic!). To tą anegdotę najlepiej zapamiętałam, resztę &#8211; dość fragmentarycznie. Coś było o toalecie w Maastricht (zwyczaje toaletowe różnych nacji to w końcu sztandarowy temat turystycznych opowieści), coś o przemycie węży i poszukiwaniu zen poza sezonem, ale przecież nie tu chodziło tu o wiekopomne przesłanie i rozstrzyganie ważkich kwestii, raczej o towarzyszący lekturze &#8222;fun&#8221;. Nie ważne co zapamiętasz z &#8222;W ciemno&#8221;, ważne, aby lektura pomogła zabić nudę &#8211; w moim przypadku zadziałało.</p>
<p>Pod rozwagę dla turystów i przymusowych pasażerów komunikacji miejskiej.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/10/w-ciemno-don-george/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Cisza jest dźwiękiem&#8221; Juli Zeh</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/09/cisza-jest-dzwiekiem-juli-zeh/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/09/cisza-jest-dzwiekiem-juli-zeh/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Sep 2008 04:35:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Bałkany]]></category>
		<category><![CDATA[Juli Zeh]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=452</guid>
		<description><![CDATA[Od tygodnia usiłuję zebrać myśli i napisać kilka sensownych zdań na temat niezwykłej relacji z samotnej podróży po zniszczonej przez wojnę Bośni i Hercegowinie, ale za każdym razem, gdy zabierałam się za pisania, nie byłam w stanie skonstruować nawet jednego &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/09/cisza-jest-dzwiekiem-juli-zeh/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/09/cisza.jpg" rel="lightbox[452]"><img class="alignleft alignnone size-full wp-image-444" title="cisza" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/09/cisza.jpg" alt="" width="150" height="213" /></a>Od tygodnia usiłuję zebrać myśli i napisać kilka sensownych zdań na temat niezwykłej relacji z samotnej podróży po zniszczonej przez wojnę Bośni i Hercegowinie, ale za każdym razem, gdy zabierałam się za pisania, nie byłam w stanie skonstruować nawet jednego zdania, które oddałoby chociaż w niewielkim stopniu niezwykłą urodę tej przejmującej książki i jednocześnie nie zabrzmiało banalnie.</p>
<p>Nie potrafię pisać tak jak Juli Zeh,  więc zamiast odzierać &#8222;Cisza jest dźwiękiem&#8221; z czaru, który zawdzięcza subtelnemu, lekko poetyzującemu pióru i wyczuciu pisarki, wolę po prostu napisać, że jest to przepiękna, zapadająca w pamięć książka. Prawdziwy literacki smakołyk.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5.5 out of 6 stars</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/09/cisza-jest-dzwiekiem-juli-zeh/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę” Wolfgang Büscher</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 May 2008 06:58:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Podróżnicze]]></category>
		<category><![CDATA[Białoruś]]></category>
		<category><![CDATA[Niemcy]]></category>
		<category><![CDATA[podróż]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Rosja]]></category>
		<category><![CDATA[wędrówka]]></category>
		<category><![CDATA[Wolfgang Büscher]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=231</guid>
		<description><![CDATA[Wolfgang Büscher spakował plecak i, o brzasku pewnego letniego dnia, wyruszył w podróż na wschód. Na piechotę. Do Moskwy. W ten dość ekstrawagancki sposób postanowił uczcić swoje pięćdziesiąte urodziny i my, czytelnicy, wraz z nim uczestniczymy w tej dziwnej włóczędze, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote_wolfgang-buscherimages_big1583-89755-08-4.jpg" rel="lightbox[231]"><img class="alignleft alignnone size-medium wp-image-232" style="float: left;" title="Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę - Wolfgang Büscher" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote_wolfgang-buscherimages_big1583-89755-08-4-188x300.jpg" alt="" width="180" height="268" /></a><a href="http://www.czarne.com.pl/?q=a:^14" target="_blank">Wolfgang Büscher</a> spakował plecak i, o brzasku pewnego letniego dnia, wyruszył w podróż na wschód. Na piechotę. Do Moskwy. W ten dość ekstrawagancki sposób postanowił uczcić swoje pięćdziesiąte urodziny i my, czytelnicy, wraz z nim uczestniczymy w tej dziwnej włóczędze, która im bliżej finalnego spełnienia, tym co raz bardziej upodabnia się do dziwnego, powykrzywianego snu. Wędrując poprzez kolejne krainy, Büscher nie ocenia, ani nie kala się jako Niemiec. Jest bezstronnym obserwatorem, który w sposób suchy i beznamiętny zdaje nam relacje z odwiedzonych miejsc i napotkanych po drodze osób. To taki typ surowego pisarstwa, które może wyjść tylko spod męskiej ręki, ale z drugiej strony czy jakaś kobieta zdecydowałaby się na potencjalnie tak niebezpieczną podróż?</p>
<p>Büscher jest mistrzem beznamiętnego opisu. Wydarzeniom trudno nadać jakąkolwiek gradacje, bo autor niczym się szczególnie nie zachwyca, na nic szczególnie nie utyskuje, niczego w sposób kategoryczny nie potępia. Pogodzony ze swym chlebem powszednim, czyli losem wędrowca – tułacza, przemierzał kolejne kilometry – nachalnie gościnnej Polski, ospałej Białorusi i tajemniczo niebezpiecznej Rosji. Pisarstwo Wolfganga Büschera ma tą dziwną cechę totalnego wymieszania realizmu i reporterskiej dociekliwości z oniryczną aurą. Bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, że marsz na wschód, ku Moskwie, jest li tylko dziwnym snem. Rojeniem w głowie autora, który wyśnił sobie całą galerię dziwnych postaci i sytuacji z rodzaju nie mieszczących się w racjonalnym poznaniu. A jednak Büscher, na przekór temu dojmującemu uczuciu, zdaje się cytować nieśmiertelną kwestię z &#8222;Hamleta&#8221;, że więcej jest rzeczy na niebie i ziemi niż śniło się waszym filozofom.</p>
<p style="padding-left: 30px;"><em>Tak było zawsze. Wieczorem kląłem na Rosję z powodu jej chamstewka albo jakiejś bezgranicznej znieczulicy, a następnego dnia wprawiała mnie w zakłopotanie bezgraniczna pomoc i gościnność, z jaką się nigdy wcześniej nie spotkałem</em>. [s. 243]</p>
<p class="MsoNormal"><a href="http://www.czarne.com.pl/?a=133" target="_blank">Dziwna to książka</a>. Monotonna, jak leniwie zmieniające się krajobrazy. Wyzuta z wszelkich ekscytacji. Zaprzeczenie literatury, która czyta się z wypiekami na twarzy. „Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę” czytałam długo. Przerywałam, aby sięgnąć po inne lekturki i ponownie wracałam do zarzuconej lektury, aby wraz z Büscherem kontynuować marsz. I dotrwałam do końca. Wspólnie zdobyliśmy Moskwę. <span style="font-size: 12pt; line-height: 115%;"> </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/05/berlin-moskwa-podroz-na-piechote/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

