<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Lekturki - blog Zofii Jurczak &#187; Na peryferiach</title>
	<atom:link href="http://lekturki.com/category/na-peryferiach/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://lekturki.com</link>
	<description>Zapis namiętności czytania - blog Zofii Jurczak</description>
	<lastBuildDate>Mon, 06 Feb 2012 11:11:56 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1</generator>
		<item>
		<title>&#8222;Wichura w Hawanie&#8221; Leonardo Padura</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/10/wichura-w-hawanie-leonardo-padura/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/10/wichura-w-hawanie-leonardo-padura/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 18 Oct 2009 22:05:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Kryminalni]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Kuba]]></category>
		<category><![CDATA[Leonardo Padura]]></category>
		<category><![CDATA[Mario Conde]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1044</guid>
		<description><![CDATA[Ciekawa jestem czy kryminalne cztery pory roku Leonardo Padury poddadzą się pewnej prawidłowości wedle, której każda kolejna odsłona cyklu jest lepsza. Póki co wszystko na to wskazuje, bo o ile „Gorączka  w Hawanie” była jedynie zalążkiem czegoś bardzo smakowitego (cytując &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/10/wichura-w-hawanie-leonardo-padura/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-1045" title="Wichura w Hawanie" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/10/wichura.jpg" alt="Wichura w Hawanie" width="180" height="271" />Ciekawa jestem czy kryminalne cztery pory roku Leonardo Padury poddadzą się pewnej prawidłowości wedle, której każda kolejna odsłona cyklu jest lepsza. Póki co wszystko na to wskazuje, bo o ile <a href="http://lekturki.com/2009/08/goraczka-w-hawanie-leonardo-padura/" target="_blank">„Gorączka  w Hawanie”</a> była jedynie <em>zalążkiem czegoś bardzo smakowitego </em>(cytując samą siebie), o tyle <strong>„Wichura w Hawanie”</strong> nie jest już tylko zwiastunem, a bardzo dobrą powieścią w pełnym rozkwicie.</p>
<p>Śmiało można napisać, że Padura przeskoczył sam siebie, „Wichura w Hawanie” jest bowiem kryminałem (i powieścią w ogóle) pod każdym względem zdecydowanie bardziej udaną. Kubański pisarz wyspecjalizował się w gatunku, który z powodzeniem można określić mianem kryminału miejskiego. Sama zagadka pełni tu jednak rolę drugorzędną. Jest ważnym i, co istotne, zajmująco odmalowanym tłem. Sceną, na której odgrywa swój spektakl Mario Conde. W „Wichurze w Hawanie” zresztą wydaje się być postacią dużo bliższą i wiarygodną. Padura świetnie oddał jego frustrację i złość wynikającą z konieczności bycia policjantem, poczucie literackiego niespełnienia, skłonność do melancholii, która miesza się z cynizmem oraz niepoprawną naturę latynoskiego <em>bon vivanta</em>, któremu tylko niewieście krągłości i dobre jedzenie w głowie.</p>
<p>Tym razem w Hawanie wieje, a gdy wieje, to rzecz wiadoma, ludziom przychodzą różne dziwne pomysły do głowy. W tych niepokojących okolicznościach przyrody ginie młoda nauczycielka. Może niezbyt urodziwa (co Conde odnotowuje nie bez żalu), ale za to zaangażowana w walkę na jedynym słusznym ideologicznie froncie, co w połączeniu z bardzo niepolitycznymi okolicznościami jej zgonu czyni ze śledztwa sprawę wielce delikatną i nieco śmierdzącą (prawie jak zgniłe jajo!).  Dochodzenie znów przypominać będzie stąpanie po bagnie. Im głębiej Conde się w nie zanurza, tym wszystko staje się coraz bardziej wieloznaczne i niepokojące. Skąd skromnie zarabiająca nauczycielka miała pieniądze na luksusowe ubrania? Dlaczego w jej mieszkaniu znalazła się marihuana i ile tak naprawdę miała kochanków?</p>
<p>W „Wichurze w Hawanie” Conde znów będzie musiał się uporać z demonami przeszłości, a także kacem gigantem, nie mniej jednak najwięcej frasunku przyniesie mu złamane serce, jako że i tym razem ulokuje swe uczucie nie tam, gdzie powinien. A Padura? Wciąż tak samo cięty i bezkompromisowy portrecista Hawany. Mi się bardzo podobało.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>[„Wichura w Hawanie” Leonardo Padura, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/10/wichura-w-hawanie-leonardo-padura/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>15</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Kochankowie mojej matki&#8221; Christopher Hope</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/10/kochankowie-mojej-matki-christopher-hope/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/10/kochankowie-mojej-matki-christopher-hope/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 04 Oct 2009 18:12:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czarny Ląd]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Christopher Hope]]></category>
		<category><![CDATA[don kichot i sancho pansa]]></category>
		<category><![CDATA[RPA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1016</guid>
		<description><![CDATA[Ciocia Zosia radzi: pielęgnujcie swojego wewnętrznego lenia &#8211; nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Niewiele brakowało, abym lekturę „Kochanków mojej matki” porzuciła po przeczytaniu jakiś 50 stron. Naszła mnie wówczas dojmująca refleksja, że właściwie Afryka nie jestem kontynentem, który w &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/10/kochankowie-mojej-matki-christopher-hope/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="size-medium wp-image-1017 alignleft" title="hope" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/10/hope-189x300.jpg" alt="hope" width="189" height="300" />Ciocia Zosia radzi: pielęgnujcie swojego wewnętrznego lenia &#8211; nigdy nie wiadomo kiedy się przyda.</p>
<p>Niewiele brakowało, abym lekturę <strong>„Kochanków mojej matki”</strong> porzuciła po przeczytaniu jakiś 50 stron. Naszła mnie wówczas dojmująca refleksja, że właściwie Afryka nie jestem kontynentem, który w jakiś szczególny sposób mnie pociąga. Zuchwale stwierdziłabym wręcz, że kulturowo nie ma w sobie nic, co by mnie ciekawiło. Co innego <a href="http://lekturki.com/category/europa/" target="_blank">Europa</a>, albo <a href="http://lekturki.com/category/literatura-azji/" target="_blank">Azja</a>, ale <a href="http://lekturki.com/tag/afryka/" target="_blank">Afryka</a>? Może niekoniecznie, więc skoro niekoniecznie to po co czas marnotrawić na książkę, jakby nie patrzeć, słusznej objętości? O dziwo żadnego użytku z tych deliberacji z samą sobą nie zrobiłam. Wewnętrzny leń nie pozwolił mi ruszyć się z fotela, pod ręką nie miałam żadnej innej książki, więc czytałam dalej, a z każdą kolejną stroną powieść Christophera Hope’a podobała mi się coraz bardziej, bardziej i jeszcze bardziej.</p>
<p>Matka i jej kochankowie nie zajmują w powieści Południowoafrykańczyka aż tak wiele miejsca, co mógłby zasugerować tytuł i ukryć się nie da, że na dobre to książce wyszło. Pod pretensjonalnym tytułem ukrywa się napisana z werwą wielowymiarowa powieść z psychologicznym zacięciem, ale i głęboką analizą społecznych oraz obyczajowych przemian doby apartheidu i post-apartheidu. Ale „Kochankowie mojej matki” to również całkiem spory kawałek historii południowej Afryki podany w gładkiej acz zapadającej w pamięć formie. Na takim tle skomplikowane relacje matki i syna, temat przewodni powieści Christophera Hope’a, zdają się być tylko dodatkiem do całej reszty.</p>
<p>Najbardziej literalnym sposobem odczytania „Kochanków mojej matki” jest interpretacja poprzez postkolonializm, z którego poniekąd wyrasta sam pisarz – Afrykaner, potomek białych osadników, który po latach próbuje zmierzyć się z wątpliwym dziedzictwem swym przodków.  Dla Kathleen, matki głównego bohatera, białoskórej afrykańskiej awanturnicy, która ponad wszystko ceniła wolność i niezależność, świat nie miał granic czy może inaczej &#8211; nie istniały żadne granice: ani geograficzne, ani obyczajowe, a szacunkiem obdarzała każdego kto na to zasługiwał bez względu na pochodzenie i kolor skóry – zupełnie na odwrót niż zakładał apartheid.</p>
<p>Paradoksalnie ekscentryczna pilotka, przyjaciółka Pigmejów i Karen Blixen, która prócz tego, że znała 5 języków, jeździła konno, polowała na słonie i dziergała na drutach, <em>potrafiła też trochę boksować: przetrwała trzy rundy z Hemingwayem w jakiejś sali w Mombasie, choć – jak później powiedziała – „był wtedy nieźle zalany”</em> [s. 13], okazywała więcej atencji każdej przypadkowo napotkanej osobie niż własnemu synowi, który z resztą z trudem znosił jej towarzystwo. Po latach (i dwóch nieudanych małżeństwach, których przykry finał zawdzięczał matce) Alexander wyrusza w świat na własną rękę. Do Johannesburga powraca dopiero na wiadomość o chorobie matki, ale miasto (i kraj), który zastanie nie będzie już tym samym miejscem, w którym dorastał. Z <em>Joburga</em> podzielonego przez apartheid przemienił się w <em>Joburg </em>kulturowo wykorzeniony i dziesiątkowany przez AIDS, <em>Joburg </em>trwający w permanentnym stanie wojny, ale już nie między białymi i czarnymi, a między bogaczami i biedotą. Miasto, w którym dawni wojownicy o wolność wyparli się swych aspiracji i z radością stali się członkami establishmentu, a zastraszeni biali zamknęli się w osiedlach – fortecach.</p>
<p>„Kochankowie mojej matki” to powieść utrzymana w konwencji obyczajowo – przygodowej, z wartko toczącą się akcją i, co odnotowuję z prawdziwym ukontentowaniem, całkiem niezłym dowcipem, nie mniej jednak humor Hope’a przyprawiony jest sporą ilością goryczy. Wbrew pozorom nie jest to powieść o sentymentach za „starymi dobrymi czasami” kolonialnymi, kiedy to białe było na górze, a czarne na dnie. Christopher Hope postarał się o uniwersalne przesłanie, czyniąc ze swego dzieła pochwałę szacunku i tolerancji, ale i krytyczną próbę dekonstrukcji południowoafrykańskiej tożsamości. Duży plus za przewrotne zakończenie.</p>
<p>„Kochanków…” czytało mi się wyśmienicie i jestem niezmiernie wdzięczna memu wewnętrznemu leniowi, że nie pozwolił mi udać się na poszukiwania innej lekturki.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>[„Kochankowie mojej matki” Christopher Hope, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/10/kochankowie-mojej-matki-christopher-hope/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Dom w Riverton&#8221; Kate Morton</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/08/dom-w-riverton-kate-morton/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/08/dom-w-riverton-kate-morton/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 29 Aug 2009 16:54:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Antypody]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiece]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Anglicy]]></category>
		<category><![CDATA[Kate Morton]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=963</guid>
		<description><![CDATA[Słynna, chwalona na wszystkich blogach debiutancka powieść australijskiej pisarski Kate Morton już dość długo zalegała na mojej półce i zapewne jeszcze trochę by leżakowała gdyby nie fakt, że kilka tygodni temu ukazała się po polsku jej kolejna powieść – „Zapomniany &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/08/dom-w-riverton-kate-morton/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-964" title="Dom w Riverton" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/08/riverton.jpg" alt="Dom w Riverton" width="142" height="200" />Słynna, chwalona na wszystkich blogach debiutancka powieść australijskiej pisarski Kate Morton już dość długo <a href="../../../../../2008/01/zdobyczne/">zalegała na mojej półce</a> i zapewne jeszcze trochę by leżakowała gdyby nie fakt, że kilka tygodni temu ukazała się po polsku jej kolejna powieść – „Zapomniany ogród”, na którą mam ogromną chęć i już już w myślach szłam do księgarni, gdy dał o sobie znać zdrowy rozsądek, który nakazał mi najpierw osobiście przekonać się co ta Morton warta (nie żebym nie wierzyła w Wasze czytelnicze gusta ;), a dopiero później ewentualnie zaopatrzyć się w jej kolejne dzieło. Jak pomyślałam – tak uczyniłam i w końcu „Dom w Riverton” przeczytałam.</p>
<p>Szczerze przyznać muszę, że z początku (właściwie przez niemal 300 pierwszych stron) zupełnie pojąć nie mogłam na czym polega fenomen tego słynnego debiutu. Morton bywa niekonsekwentna zapowiadając kluczowe dla życie postaci wydarzenia, które wcale nie nadchodzą, nie jest też pisarką specjalnie oryginalną. Inspiracje <a href="http://lekturki.com/2008/01/%E2%80%9Erebeka%E2%80%9D-daphne-du-maurier/" target="_blank">„Rebeką”</a> i <a href="http://lekturki.com/2008/12/zlodziejka-sarah-waters/" target="_blank">„Złodziejką”</a>, odrobinę również twórczością sióstr Bronte, <a href="http://lekturki.com/2008/02/pokuta-ian-mcewan/" target="_blank">„Pokutą”</a> Iana McEwana, a także „Okruchami dnia” <a href="http://lekturki.com/tag/kazuo-ishiguro/" target="_blank">Kazuo Ishiguro</a> oraz  filmem „Gosford Park” Roberta Altmana (do tych dwóch ostatnich Morton oficjalnie się przyznaje) są aż nadto widoczne przy czym dla mnie ani Waters ani de Maurier nie jest wzorem godnym naśladowania. Najbardziej jednak irytowała mnie u Morton niczym nieuzasadniona barokowość w opisach, która tutaj jest czystą sztuką dla sztuki. „Dom w Riverton” jest bowiem powieścią napisaną w denerwującej manierze epatowania detalami, które, o ironio bynajmniej nie pogłębiają psychologicznego rysu postaci tylko niepotrzebnie rozwlekają i bez tego rozwlekłą i w dodatku ginącą w natłoku nic nieznaczących drobiazgów akcję. Zresztą psychologia postaci nie jest mocną stroną australijskiej pisarski, jej bohaterki są mało wiarygodne, bardzo literackie i stereotypowe nakreślone. Pewne epizody z ich życia (na przykład wielokrotnie akcentowany motyw Gry) sprawiają wrażenie zupełnie niedopracowanych furtek, które ostatecznie prowadzą donikąd.</p>
<p>Cóż w takim razie sprawiło, że jednak „Dom w Riverton” doczytałam do końca (a wierzcie mi kilka razy miała wątpliwości nad zasadnością kontynuacji lektury) i mimo wszystko powieść Kate Morton chwalić będę? Wspaniale stworzony klimat, który w tym przypadku będzie wypadkową sugestywnej nieco mrocznej atmosfery starej wiejskiej rezydencji (koniecznie ze skrzydłem wschodnim i zachodnim, wielką biblioteką, zaradną kucharką i dystyngowanym kamerdynerem), umiejętnie podsycanej tajemnicy, ale i świetnego portretu schyłku Anglii edwardiańskiej i rozkwitu Anglii gregoriańskiej, zwłaszcza towarzyszących tym zmianom społecznym przemianom! Stopniowe rozluźnianie gorsetu moralnego rygoryzmu, aż po pełen rozkwit ery charlstone’a i niekoniecznie niewinnej frywolności, której królowa Wiktoria z pewnością by nie pochwaliła (mówiąc krótko &#8211; pewnie właśnie przewraca się w grobie). Rozdźwięk między starym a nowym Morton znakomicie oddała na przykładzie dwóch sióstr z rodu Hartfordów – starsza Hannah wciąż pozostawała zniewolona przez stare, młodsza zaś, ku swej uciesze i nieskrywanemu zniesmaczeniu reszty rodziny, pełnymi garściami korzystała ze zdobytych wolności.</p>
<p>Efektowny acz nieco przydługi debiut. „Dom w Riverton” to de facto tylko czytadło, powieść bez wygórowanych ambicji bazująca na otrzaskanych motywach, a jednak zręcznie napisana  i absorbująca, a i sama lektura nie jest zupełnie jałowym czasu zabijaniem, bo portret Anglii przełomu lat dwudziestych jest pierwsza klasa. Z przyjemnością sięgnę po „Zapomniany ogród”.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>[„Dom w Riverton” Kate Morton, Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2007]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/08/dom-w-riverton-kate-morton/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>26</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>“Przewodnik po królestwie ptaków Afryki Wschodniej” Nicholas Drayson</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/08/%e2%80%9cprzewodnik-po-krolestwie-ptakow-afryki-wschodniej%e2%80%9d-nicholas-drayson/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/08/%e2%80%9cprzewodnik-po-krolestwie-ptakow-afryki-wschodniej%e2%80%9d-nicholas-drayson/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 14 Aug 2009 07:15:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Antypody]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Nicholas Drayson]]></category>
		<category><![CDATA[zakład]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=944</guid>
		<description><![CDATA[Czy istnieją ładne książki? Kilka godzin spędzonych w towarzystwie “Przewodnika po królestwie ptaków Afryki Wschodniej” Nicholasa Draysona przekonało mnie, że i owszem. Zresztą „Przewodnik…” to nie tylko ładna powieść (cokolwiek miałoby by to dla Was oznaczać), ale i książka sympatyczna, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/08/%e2%80%9cprzewodnik-po-krolestwie-ptakow-afryki-wschodniej%e2%80%9d-nicholas-drayson/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-945" title="Przewodnik po królestwie ptaków Afryki Wschodniej" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/08/przewodnik.jpg" alt="Przewodnik po królestwie ptaków Afryki Wschodniej" width="178" height="252" />Czy istnieją ładne książki? Kilka godzin spędzonych w towarzystwie <strong>“Przewodnika po królestwie ptaków Afryki Wschodniej”</strong> Nicholasa Draysona przekonało mnie, że i owszem.</p>
<p>Zresztą „Przewodnik…” to nie tylko ładna powieść (cokolwiek miałoby by to dla Was oznaczać), ale i książka sympatyczna, a także przyjemna i gładka w lekturze, choć początek zupełnie tego nie wskazywał. Drayson napisał tyleż dziwną co specyficznie staroświecką i po prostu fajną. Rzecz rozgrywa się w środowisku induskich emigrantów w Kenii (a autor jest angielskim Australijczykiem, żeby było jeszcze bardziej kosmopolitycznie i zabawnie), konkretnie w grupie wielbicieli obserwacji ptactwa, która w każdy wtorkowy poranek uczestniczą w ornitologicznym spacerze. Jednym z jego bywalców jest wdowiec z pożyczką (na głowie), pan Malik, zamknięty w sobie człowiek szlachetnego serca i nienagannego morale, który po cichu podkochuje się w Rosie – przewodniczce tychże ornitologicznych przechadzek. Gdy w końcu zbiera się na odwagę, aby zaprosić swą miłość na doroczny bal Myśliwego na scenę wkracza jeszcze jeden kandydat do względów Rosy i co gorsze jest nim dawny kolega Malika, kolega, któremu bliżej do prześladowcy niż przyjaciela. Aby oszczędzić damie trudu podejmowania decyzji panowie postanawiają rozwiązać swój spór w pojedynku, ale nie na szable ani pistolety, a na ilość zaobserwowanych ptaków, co samo w sobie jest konceptem cudnym, ale nie pogoń za ptactwem w powieści Draysona jest najlepsza. Jeszcze ciekawsza jest przemiana jaka zachodzi w panu Maliku w czasie trwania pojedynku. Dokonuje się w nim bowiem swoiste przewartościowanie, po latach przeżytych na oślep doznaje niemalże olśnienia i w końcu pojmuje co jest tak naprawdę ważne.</p>
<p>Zupełnie sympatyczne zaskoczenie. Cieszę się, że nie rzuciłam „Przewodnika…” po kilku stronach, bo początki zapowiadały powieść chaotyczną i banalną. Tym czasem książka Nicholasa Draysona okazał się przyjemną i zajmującą lekturą. Z jednej strony stricte współczesną, z drugiej czarująco staroświecką, a jedyne czego żałuję to, to że nie czytałam z atlasem ptaków pod ręką.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>[“Przewodnik po królestwie ptaków Afryki Wschodniej” Nicholas Drayson, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/08/%e2%80%9cprzewodnik-po-krolestwie-ptakow-afryki-wschodniej%e2%80%9d-nicholas-drayson/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Miłość za kilka włosów&#8221; Mohammed Mrabet</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/08/milosc-za-kilka-wlosow-mohammed-mrabet/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/08/milosc-za-kilka-wlosow-mohammed-mrabet/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 07 Aug 2009 18:26:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czarny Ląd]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Daleki Wschód]]></category>
		<category><![CDATA[Lemur]]></category>
		<category><![CDATA[Maroko]]></category>
		<category><![CDATA[melodramat]]></category>
		<category><![CDATA[miłość]]></category>
		<category><![CDATA[Mohammed Mrabet]]></category>
		<category><![CDATA[Wyzwania]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=937</guid>
		<description><![CDATA[Ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że gdyby nie wyzwanie czytelnicze dedykowane peryferiom literackim nigdy nie sięgnęłabym po „Miłość za kilka włosów” marokańskiego pisarza czy raczej marokańskiego niepiśmiennego gawędziarza Mohammeda Mrabeta, bo ani to moje rejony literatury, ani kultura, której &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/08/milosc-za-kilka-wlosow-mohammed-mrabet/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/08/mrabet.jpg" rel="lightbox[937]"><img class="alignleft size-medium wp-image-1178" title="mrabet" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/08/mrabet-188x300.jpg" alt="" width="188" height="300" /></a>Ze sporą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że gdyby nie wyzwanie czytelnicze dedykowane <a href="http://peryferia.blox.pl/html" target="_blank">peryferiom literackim</a> nigdy nie sięgnęłabym po <strong>„Miłość za kilka włosów”</strong> marokańskiego pisarza czy raczej marokańskiego niepiśmiennego gawędziarza Mohammeda Mrabeta, bo ani to moje rejony literatury, ani kultura, której specyfika w jakiś szczególny sposób by mnie interesowała. Jednak właśnie od tego są wyzwania, aby zyskać pretekst do przełamania swego wewnętrznego oporu przed literackimi terytoriami, których do tej pory nie miało się okazji poznać. I teraz, już po przeczytaniu, tej debiutanckiej powieści (okraszonej przez polskiego wydawcę, nie wiem czy bardziej w charakterze nagrody czy najzwyklejszej zapchajdziury, trzema dodatkowymi opowiadaniami*) nie jestem pewna czy lektura „Miłości…” to było dobre posunięcie czy, powiem więcej, pospolita strata czasu?</p>
<p>Wbrew temu co deklaruje wydawca genialny debiut to to z pewnością nie jest, powiedziałabym raczej, że chwilami dosyć interesująca i przyzwoicie napisana powieść – równolatka i przy okazji daleka kuzynka „Stu lat samotności”. Nie powiedziałabym, że Mrabet czerpie inspiracje z realizmu magicznego, ale bez wątpienia w jego pisarstwie pobrzmiewają jego echa. „Miłość za kilka włosów” jest bowiem tragiczną z ducha opowieścią o wpływie magii na życie, ale i wzajemnym przenikaniu się kultury muzułmańskiej i zachodniej. Rzecz tyczy się powikłanych losów pary młodocianych kochanków, które można by streścić mniej więcej w ten sposób: on ją ujrzał, lecz ona jego nie, więc on idzie do czarownicy by ta rzuciła na nią czar, czar działa i wkrótce stanie się przyczyną zguby tych dwojga, ona chce jego on chce jej, ale po jednej upojnej nocy on jej nie chce, a ona chyba chce, ale właściwie to musi, po n-perypetiach jednak zostają razem, a potem to już na przemian chcą siebie i nie chcą, niby się kochają, a jednak z sobą być nie chcę i knują i się schodzą i rozstają.</p>
<p>Mogłabym się nawet wzruszyć losem pary młodych kochanków, która sama nie wie czego od życia chce, a w dodatku pochodzi z rodzin, która najoględniej rzecz ujmując siebie nie uznaje, ale o bogowie zakrzyknę, jak można kierować się tak mglistymi przesłankami, dawać się zwodzić i wodzić za nos, żyć podług zupełnie dla mnie niepojętej logiki. Słowem zirytował mnie ten Mrabet. Jego postaci robią co innego, mówią co innego, myślą co innego. Wzajemnie podkopują pod sobą dołki w imię miłości, że niby chcą z sobą być lecz nie mogą. Czemu nie mogą? Bo nie mogą.</p>
<p>Pozostawiając na chwilę z boku wzajemne bycie tudzież nie bycie pary kochanków wspomnieć trzeba o tym co powieść Mohammeda Mrabeta ratuje od nieuchronnego utonięcia w banale, mianowicie o piętnie, jakie na kulturze sztywnych reguł muzułmańskich Marokańczyków pozostawiał zachodni styl życia, co „Miłości za kilka włosów” symbolizuje przede wszystkim postać niejakiego pana Davida, który utrzymywał (i rozpijał zakazanym alkoholem też!) głównego bohatera. Tych dwoje połączyła dziwna relacja, związek wzajemnej przyjaźni i zależności, szokujący dla pochodzącej z konserwatywnej rodziny dziewczyny. Atutem powieści jest również jej prosta konstrukcja i bezpretensjonalna narracja i na tym de facto kończą się zalety.</p>
<p>Można, ale nie trzeba. Po prawdzie „Miłość za kilka włosów” to póki co jedyna książka Mohammeda Mrabeta przetłumaczona na język polski, ale prawdę mówiąc nawet jeśli ukażą się kolejne sygnowane nazwiskiem Marokańczyka to raczej odpuszczę sobie ich lekturę.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3 out of 6 stars</p>
<p>*Ojcze, wybacz mi, ale tego trzeciego już mi się nawet doczytać do końca nie chciało.</p>
<p>[„Miłość za kilka włosów" Mohammed Mrabet, Wydawnictwo Świat Książki 2008]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/08/milosc-za-kilka-wlosow-mohammed-mrabet/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Gorączka w Hawanie&#8221; Leonardo Padura</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/08/goraczka-w-hawanie-leonardo-padura/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/08/goraczka-w-hawanie-leonardo-padura/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 03 Aug 2009 17:38:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Kryminalni]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Kuba]]></category>
		<category><![CDATA[Leonardo Padura]]></category>
		<category><![CDATA[Mario Conde]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=932</guid>
		<description><![CDATA[O ile czytane onegdaj „Nie oglądaj się” było sporym rozczarowaniem o tyle „Gorączka w Hawanie” Leonarda Padury jest na szczęściem zalążkiem czegoś bardzo smakowitego. Uwagę, że tak powiem na dzień dobry, przykuwa już sama postać detektywa: samotnika ze skłonnością do &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/08/goraczka-w-hawanie-leonardo-padura/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-1046" title="Gorączka w Hawanie" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/08/gorączka.jpg" alt="Gorączka w Hawanie" width="200" height="301" />O ile czytane onegdaj <a href="http://lekturki.com/2009/07/nie-ogladaj-sie-karin-fossum/" target="_blank">„Nie oglądaj się”</a> było sporym rozczarowaniem o tyle <strong>„Gorączka w Hawanie”</strong> Leonarda Padury jest na szczęściem zalążkiem czegoś bardzo smakowitego.</p>
<p>Uwagę, że tak powiem na dzień dobry, przykuwa już sama postać detektywa: samotnika ze skłonnością do rumu, papierosów i kształtnych niewiast. Leonardo Padura ma rękę do konstruowania postaci, jego Mario Conde to znakomicie nakreślona postać zgorzkniałego detektywa z przypadku, wielowymiarowy i bardzo wiarygodny. Po drugie Padura to również czuły, ale i nieco zgryźliwy portrecista Hawany przełomu lat 80-tych i 90-tych, która stanowi tu nie tylko barwne tło, ale nade wszystko wyśmienitą scenerię do rozegrania zupełnie niezłej kryminalnej intrygi. Pisarz jest zresztą urodzony realistą, a co za tym idzie poboczne wątki i wąteczki to najlepsze smaczki w powieści, której kryminalna zagadka krąży wokół wielkiego nieobecnego, w domyśle trupa, prominentnego karierowicza i lizusa, który był i zniknął w noworoczny poranek zostawiając samą sobie małżonkę, Tamarę, prawdę mówiąc nieszczególnie przejętą jego absencją, no może trochę zmartwioną, ale skoro Conde to jej dawna szkolna miłość źle być nie może. Ale to mało ważne. Liczy się wszystko to co dzieje się poza szukaniem męża Tamary, a dzieje się sporo także w głowie samego Maria, który lubi powspominać sobie stare dobre czasy, gdy wraz z kumplem, niejakim Chudym (nawiasem mówiąc już od dawna nie chudym) marzyli o brązowych sutkach pewnych bliźniaczek, przy czym jedną z nich jest właśnie owa opuszczona Tamara.</p>
<p>Padura bywa melancholijny, ale i cięty, co tylko na dobre wyszło jego „Gorączce w Hawanie”. Już cieszę się na kolejną część cyklu &#8211;  „Wichurę w Hawanie”.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/08/goraczka-w-hawanie-leonardo-padura/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Stadion. Diabelskie igrzyska&#8221; Ify Nwamana</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/06/stadion-diabelskie-igrzyska-ify-nwamana/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/06/stadion-diabelskie-igrzyska-ify-nwamana/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 04 Jun 2009 16:04:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czarny Ląd]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Ify Nwamana]]></category>
		<category><![CDATA[Warszawa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=865</guid>
		<description><![CDATA[Multikulturowym freskiem z życia stadionowej społeczności w założeniu miała być debiutancka powieść Ify Nwamana – pochodzącego z Nigerii anglisty, który na własnej skórze przekonał się, jak to jest być handlarzem z Jarmarku Europa. Przyznaję, że już dawno nie miałam do &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/06/stadion-diabelskie-igrzyska-ify-nwamana/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-866" title="Stadion: Diabelskie igrzyska" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/06/stadion.jpg" alt="Stadion: Diabelskie igrzyska" width="184" height="280" />Multikulturowym freskiem z życia stadionowej społeczności w założeniu miała być debiutancka powieść Ify Nwamana – pochodzącego z Nigerii anglisty, który na własnej skórze przekonał się, jak to jest być handlarzem z Jarmarku Europa.</p>
<p>Przyznaję, że już dawno nie miałam do czynienia z powieścią tak nieporadnie napisaną, stylistycznie kaleką i literacko niedopracowaną. Warsztatowa amatorszczyzna Ify Nwamana razi w oczy niemiłosiernie, ale na szczęście dla tej mimo wszystko udanej powieści udało się autorowi w sprytny sposób zatuszować swe pisarskie braki. Kluczem do sukcesu okazał się temat: eksplorowane od podszewki życie kolorowych handlarzy ze Stadionu X-lecia, sytuującego się gdzieś na peryferiach kultury miejsca i społecznego fenomenu zarazem. Państwa w państwie, które jednym dawało (nierzadko krociowe) zyski – innym tandetną namiastkę luksusu. Nwamana przeszedł przez wszystkie etapy wtajemniczenia i  szczęście, że po zamknięciu na dobre targowiska, zdecydował się odmalować jego wierny konterfekt, co już samo w sobie daje unikatową możliwość przyjrzenia się jarmarcznemu organizmowi od środka. I faktycznie najlepszy w <a href="http://www.pierwsze.pl/ksiazki/stadion-diabelskie-igrzyska.html" target="_blank"><strong>„Stadion. Diabelskie igrzyska”</strong></a> jest dokumentalny potencjał powieści. Pikanterii dodaje kokieteryjne stwierdzenie Nwamana jakoby w literackie szatki ubrał tylko autentyczne wydarzenia. Zaowocowało to zlepkiem anegdot, wspomnień, relacji, przekrętów. Podręcznikiem wiedzy z emigracyjnego survivalu. To co absurdalne i nieprawdopodobne miesza się tu z wydarzeniami znanymi z pierwszych stron gazet (Nwamana między innymi odnosi się do sprawy <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Simon_Mol" target="_blank">Simona Mola</a>) co w parze z pisarską indolencją i rubaszno – tragicznym klimatem daje zaskakujące rezultaty.</p>
<p>Nie wdając się zbytnio w szczegóły, jako że odkrywanie kolejnych metod okpiwania naiwnej klienteli to niewyczerpane źródło frajdy, napiszę tylko tyle: nie sądzę, aby podobnie demaskatorska powieść mogła ujrzeć światło dzienne w czasach świetności stadionu, bo Nwaman bez ogródek, niczym na spowiedzi, zdradza kupieckie sekrety, opowiada o  sztuczkach, jakich dokonywano na trefnym towarze, korupcji służb mundurowych, a także specyficznym życiu toczącym się wokół stadionu. Całej historii patronuje natomiast archetyp czarnoskórego samca z gigantycznym przyrodzeniem i wciąż niespożytkowaną seksualną energią.</p>
<p>Zakulisowe życie Jarmarku Europa byłoby świetnym materiałem na porządny reportaż, ale jak widać również na całkiem przyzwoitą powieść. Siłą „Stadionu…” jest bowiem temat i zasadniczo tylko temat. Myśląc przyszłościowo lepiej byłoby dla wszystkich z panem Nwamana włącznie, aby powściągał swe ewentualne dalsze pretensje względem literatury. Wolałabym bowiem zapamiętać go jako autora jednej interesującej książki niż szeregu niewiele wartych, a &#8222;Stadion. Diabelskie igrzyska&#8221; bez wątpienia interesującą pozycją jest, choć literaturą sensu stricte już niekoniecznie.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/06/stadion-diabelskie-igrzyska-ify-nwamana/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Filmy mojego życia&#8221; Alberto Fuguet</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/03/filmy-mojego-zycia-alberto-fuguet/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/03/filmy-mojego-zycia-alberto-fuguet/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 13 Mar 2009 21:00:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Alberto Fuguet]]></category>
		<category><![CDATA[Chile]]></category>
		<category><![CDATA[postm@condo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=666</guid>
		<description><![CDATA[Świetnie skonstruowane „Filmy mojego życia” dowodzą namiętnych relacji łączących Fugueta nie tylko z X muzą, ale i literaturą. Alberto Fuguet, chilijski reżyser, scenarzysta oraz prozaik uchodzi za czołowego przedstawiciela generacji McOndo*, łączącej iberoamerykańskich literatów &#8211; buntowników wierzących w realizm w &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/03/filmy-mojego-zycia-alberto-fuguet/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.muchaniesiada.com/nowosci.php"><img class="alignleft size-full wp-image-667" title="Filmy mojego życia - Alberto Fuguet" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/03/filmy-mojego-zycia_alberto-fuguetimages_product25978-83-924645-3-2.jpg" alt="Filmy mojego życia - Alberto Fuguet" width="163" height="280" /></a>Świetnie skonstruowane <a href="http://www.muchaniesiada.com/nowosci.php" target="_blank"><strong>„Filmy mojego życia”</strong></a> dowodzą namiętnych relacji łączących Fugueta nie tylko z X muzą, ale i literaturą.</p>
<p>Alberto Fuguet, chilijski reżyser, scenarzysta oraz prozaik uchodzi za czołowego przedstawiciela generacji <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/McOndo" target="_blank">McOndo</a>*, łączącej iberoamerykańskich literatów &#8211; buntowników wierzących w realizm w wersji pop, ostentacyjnie odrzucających baśniowy entourage i folklorystyczne inklinacje realizmu magicznego, miast tego wyznających literaturę, która ma być zwierciadłem wiernie odbijającym rzeczywistość. McOndystów interesuje życie w krajobrazie wielkomiejskim z całym dobrodziejstwem, a raczej przekleństwem inwentarza: przestępczością, biedą, płciowymi podziałami. Fuguet na tej kanwie stworzył powieść co najmniej interesującą. Gładko przyswajalną, dynamiczną, zabawną, ale i wzruszającą.</p>
<p>Tak jak smak magdalenki zanurzonej w lipowej herbacie dla narratora „W poszukiwaniu straconego czasu” stał się prowodyrem szeregu wspomnień i wzruszeń, tak i w Beltranie Soler, wizyta w przybytku handlu filmami, zainicjowała serię reminiscencji z czasów dzieciństwa. Nie uprzedzając jednak wydarzeń, warto przez chwilę bliżej przyjrzeć się postaci Solera, z jednej strony wspieranego motywami zaczerpniętymi wprost z biografii samego autora, z drugiej zaś żywo przypominającego… męskich bohaterów z powieści Harukiego Murakami: osobliwych samotników, na własne życzenie wiodących żywot wagabundy, bo tylko to jest gwarantem ich niezależności. Na podobieństwo swych japońskich kolegów, Beltran Soler sejsmolog z powołania i wyboru, latający Holender przemieszczający się od trzęsienia do trzęsienia ziemi, zainspirowany przez poznaną w samolocie Amerykankę, zaczyna spisywać listę filmów swego życia. Oddaje się tej z pozoru bezsensownej, w żaden sposób nie pasującej do jego uporządkowanej egzystencji, czynność z zapałem, o który nikt by go nie posądzał. Każdy kolejny przywołany w pamięci film uruchamia lawinę wspomnień z dzieciństwa, które bohater spędził w, rzec by można, duchowym i społecznym rozkroku: najpierw w dostatniej Kalifornii kin samochodowych i kolacji z gwiazdami Hollywoodu, później w surowym i zacofanym Chile doby dyktatury Augusto Pinocheta, tym bardziej upiornym, bo dodatkowo obwarowanym językową barierą. A jednak, przy okazji kompilowania listy, Soler w końcu może zmierzyć się z demonami przeszłości: traumami dzieciństwa, dziwnymi relacjami rodziców, koszmarem samotności w chilijskim ogólniaku. Fuguet pisze o dramatach Beltrana nie bez zadumy, ale i z przyjemną „pop” lekkością. W jego powieści filmy są lekarstwem na wszelkie nieszczęścia i smutki. Niosą ukojenie i radość nawet w najbardziej dojmujących okolicznościach, a później, po latach stają się kluczem do pamięci.</p>
<p>Miłe zaskoczenie. Przyznaję, że pomimo mej niechęci wobec pisarzy latynoamerykańskich, „Filmy mojego życia”, powieść w gruncie rzeczy dość nietypową, przeczytałam (a właściwie połknęłam w jedno popołudnie) ze sporą dozą przyjemności. Taką literaturę iberoamerykańską mogłabym czytać częściej!</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>* Nazwa ukuta przez samego zainteresowanego ze zbitki słów: Macondo (wieś ze „Stu lat samotności” G.G. Marqueza) oraz McDonalds</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/03/filmy-mojego-zycia-alberto-fuguet/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Kielonek” Alain Mabanckou</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/11/kielonek-alain-mabanckou/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/11/kielonek-alain-mabanckou/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 02 Nov 2008 17:39:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czarny Ląd]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura dowcipna]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Alain Mabanckou]]></category>
		<category><![CDATA[Kongo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=504</guid>
		<description><![CDATA[Czegoś takiego jeszcze nie czytałam! „Kielonek” kongijski pisarz Alaina Mabanckou to powieść, która zachwyca świeżością, buńczucznością i żywiołową narracji, a przy okazji jest niezwykłym dowodem ogromnej erudycji autora, który bawi się rozmaitymi literackimi odniesieniami. To powieść przezabawna i mądra. Myślę, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/11/kielonek-alain-mabanckou/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/11/kielonek.jpg" rel="lightbox[504]"><img class="alignleft size-full wp-image-505" title="Kielonek" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/11/kielonek.jpg" alt="" width="135" height="220" /></a>Czegoś takiego jeszcze nie czytałam! <a href="http://www.karakter.pl/archives/1" target="_blank"><strong>„Kielonek”</strong></a> kongijski pisarz <a href="http://www.alainmabanckou.net/" target="_blank">Alaina Mabanckou</a> to powieść, która zachwyca świeżością, buńczucznością i żywiołową narracji, a przy okazji jest niezwykłym dowodem ogromnej erudycji autora, który bawi się rozmaitymi literackimi odniesieniami.</p>
<p>To powieść przezabawna i mądra. Myślę, że jedna z najciekawszych jakie miałam okazję przeczytać w tym roku. Komediodramat z udziałem bywalców wyszynku o wdzięcznej nazwie „Śmierć kredytom”, którego dzieje w specjalnym kajeciku spisuje tytułowy Kielonek, były nauczyciel obecnie stały gość spelunki i pożeracz wyścigowych kurczaków. Nie jest on zresztą jedynym ekscentrykiem, bo Mabanckou zaludnił powieść całą galerią dziwolągów wszelakiej maści. Ludzi wykorzystanych, oszukanych i przegranych. Degeneratów, wioskowych głupków, pijaków i temu podobnych dziwów. Ludzi z marginesu z całym bogactwem ich wykolejonych żywotów. Te specyficzne ludyczne igrzyska jako żywo przypominają mi rozmaitych ekscentryków z wczesnych filmów Federico Felliniego, a już zwłaszcza mój ukochany <a href="http://www.filmweb.pl/f30824/Amarcord,1973" target="_blank">„Amarcord”</a> – film, w którym to co cielesne i śmieszne sytuowało się w kontrze do mrożącej krew żyłach powagi (czyli powoluteńku kiełkującego faszyzmu). W „Kielonku” jest też sporo z „Gargantui i Pantagruela” Franciszka Rabelais, ale na tym nie kończą się literackie aluzje, jako że powieść Mabanckou jest cała upstrzona mnóstwem takich smaczków, a których odkrywanie tylko potęguje przyjemność płynącą z tej niezwykłej lektury. Bo w „Kielonku” jest i coś z Houllebecqa (obśmiałam się, jak norka, bo tytułem jego najbardziej znanej powieści Mabanckou zwykł określać pewną część męskiego ciała ;) i Marqueza i Prousta i Geneta i Llosy i Zoli i wielu, wielu innych.</p>
<p>Jednak niezwykłość tej powieści nie kończy się na dowcipnym opisie bandy sympatycznych wykolejeńców (odrobinę podobnych do tych z „Tortilla Flat” Johna Steinbecka) i literackich gierkach. Paradoksalnie to o czym teraz napiszę mogłoby być największą wadą „Kielonka”, a jest dokładnie odwrotnie. Mowa o braku kropek. I dużych liter na początku akapitów (bo o osobnych zdaniach nie ma mowy). Taki z Mabanckou łobuziak, a że jest on utalentowanym oratorem, wiedział, jak nadać powieści odpowiedni rytm. Co to oznacza w praktyce? Że „Kielonka” czyta się dosłownie jednym tchem, bo skoro nie ma kropek nie ma się na czym zatrzymać, nie ma chwili na oddech, przerwę, od pierwszych słów wciąga głęboko, bawi i rozśmiesza, rozśmiesza i bawi, zaskakuje, a czasem nawet zasmuca i co ciekawe – ani na chwilę w tym najdłuższym zdaniu świata, swoją drogą pełnym dygresji, nie gubi się wątku, ani rytmu, bo rytm sprawia, że się czyta, czyta i czyta, a słowo umykają, niepostrzeżenie doprowadzając do końca, a wtedy nachodzi czytelnika bolesna refleksja, bo jak to możliwe, że już koniec, że nie ma, że co, że jak? Mówię (piszę?) wam – rytm to jest to. Tłumacza powieści, Jacka Giszczaka powinno się żywcem ozłocić i wystawić w gablotce z napisem – oto wybitny translator, który nie pogubił się w językowych zawiłościach i, mówiąc krótko, dał radę (a łatwo z pewnością nie było). I niecierpliwie czekam, aż jakiś teatr pokusi się o sceniczną adaptację „Kielonka”, bo jest to gotowy materiał na świetny monodram.</p>
<p>Rewelacja! Pyszna zabawa z literaturą. Powieść, po którą mam zamiar sięgnąć jeszcze nie raz i Wam również gorąco ją polecam.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 6 out of 6 stars</p>
<p>A jako bonus próbka swawolnej narracji Alaina Mabanckou:<br />
<em>poznałem Drukarza, jak poznaje się większość nowych osób w tym barze, zjawiają się nie wiadomo skąd i oto stają przede mną ze łzami w oczach, przemawiają drżącym głosem, a ten typ, mam na myśli Drukarza, chciał ze mną rozmawiać od pierwszego dnia, w którym postawił platfusy w barze „Śmierć kredytom”, naprawdę miał chęć rozmawiać, rozmawiać ze mną, z nikim innym, i krzyczał „chce z tobą pogadać, chcę z tobą pogadać, to ciebie zwą Kielonek, co, chcę z tobą porozmawiać, mam ci wiele do powiedzenia, pozwolisz, że się dosiądę i zamówię flaszkę”</em> (…)</p>
<p>Obszerniejszy fragment można przeczytać <a href="http://www.karakter.pl/files/kielonekfragment.pdf" target="_blank"><strong>tutaj</strong></a>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/11/kielonek-alain-mabanckou/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>18</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Llosa</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/10/pantaleon-i-wizytantki-mario-vargas-llosa/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/10/pantaleon-i-wizytantki-mario-vargas-llosa/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 09 Oct 2008 09:19:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Ameryka Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura dowcipna]]></category>
		<category><![CDATA[Piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Mario Vargas Llosa]]></category>
		<category><![CDATA[Nobel]]></category>
		<category><![CDATA[wojsko]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=472</guid>
		<description><![CDATA[Ależ z tego Mario świntuszek, jednak nie o tym pisać miałam. Miałam natomiast o  mieszanych uczuciach towarzyszących lekturze „Pantaleona i wizytantek” – zupełnie zgrabnej, zabawnej i po swojemu mądrej powieści, która ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że latynoamerykańskie klimaty to &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/10/pantaleon-i-wizytantki-mario-vargas-llosa/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/pantaleon.jpg" rel="lightbox[472]"><img class="alignleft size-medium wp-image-474" title="Pantaleon i wizytantki - Mario Vargas Llosa" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/10/247695_pantaleon_i_wizytantki.jpg" alt="" width="120" height="174" /></a>Ależ z tego <a href="http://www.mariovargasllosa.pl/" target="_blank">Mario</a> świntuszek, jednak nie o tym pisać miałam. Miałam natomiast o  mieszanych uczuciach towarzyszących lekturze <a href="http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,324,tutul,Pantaleon%20i%20wizytantki" target="_blank"><strong>„Pantaleona i wizytantek”</strong></a> – zupełnie zgrabnej, zabawnej i po swojemu mądrej powieści, która ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że latynoamerykańskie klimaty to nie do końca to czego szukam w literaturze. Nie bardzo interesuje mnie to co mają mi do zaoferowania pisarze z Ameryki Południowej<strong>*</strong>. To nie mój świat, nie moje dowcipy, dylematy i dramaty. Wychowałam się w zimnej Polsce, dlatego zdecydowanie bliższa jest mi literatura starego kontynentu. Z kolei dalekowschodnie czytanki pozostają dla mnie wciąż niewyczerpalnym źródłem inspiracji, zachwytu i niedowierzania. Dla odmiany proza latynoamerykańska interesuje mnie, jak ubiegłoroczne opady śniegu na Kamczatce. Zupełnie nie moje klimaty, ale żeby móc sobie to w pełni uświadomić potrzebny mi był Llosa. Właściwie to jestem mu za to wdzięczna.</p>
<p>Do rzeczy. Llosa od zawsze czuł pociąg ku tematom militarnym (czego bezpośrednich powodów można doszukiwać się w traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, o których pisał w debiutanckim <a href="http://lekturki.com/2008/04/miasto-i-psy-mario-vargas-llosa/" target="_blank">„Mieście i psy”</a>). Tym razem jednak dobrze znany temat ubrał w rubaszne szatki, czyniąc z „Pantaleona i wizytantek” gorzką satyrę na wojsko jako instytucję oraz kult macho w ogóle. Niech jednak lekki ton opowieści was nie zwiedzie, bo niewiele tu do śmiechu. Pośród peruwiańskich żołnierzy masowo szerzą się gwałty dokonywane na niewieścich cywilach. <em>Jak dotąd ani areszty, ani kary nie zmieniły stanu rzeczy: żołnierz, który przyjeżdża na służbę do puszczy, staje się z miejsca szalejącym jebusem</em> [s. 15]. By przywrócić armii dobre imię generalicja wpada na genialny w swej prostocie plan – skoro z chucią walczyć nie można należy ją odgórnie zaspokoić. W tym celu powołują do życia ściśle tajny oddział wizytantek (= panienek lekkich obyczajów). Taki mobilny zamtuz pod opieką Pantaleona, który ze świeżo upieczonego kapitana przeistacza się w zakamuflowanego sutenera i zarządcę tego całego interesu. A włada nim z zaangażowaniem godnym podziwu, tym bardziej, że materia delikatna, tajemnice przed rodziną utrzymywać trzeba, a i biedny Pantaleonek dotąd nie mógł poszczycić się jakimkolwiek doświadczeniem w branży erotycznej.</p>
<p>Ta powieść nie jest wulgarna, raczej lekko frywolna, a frywolność ta wynika tylko i wyłącznie z różowej tematyki „Pantaleona i wizytantek”. W zasadzie Llosa o świntuszeniu pisze w sposób tak bezceremonialnie obojętny, jakby rzecz tyczyła mycia zębów, a nie usług erotycznych na skalę masową. Obiektywnie rzecz ujmując to naprawdę dobra i niegłupia książka. Świetnie skonstruowana (ostatnio zresztą mam szczęście do powieści z oryginalną konstrukcją), napisana dowcipnie i ze swadą. Pomimo narracyjnych wygibasów (słynna llosowska narracja polifoniczna) czyta się ją błyskawicznie. Tylko co z tego. To nie wina Mario, że literatura latynoamerykańska to zdecydowanie nie to, co tacy jak ja lubią najbardziej.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>&#8212;&#8212;<br />
<strong>*</strong>Życie bez wyjątków jest nudne, więc i od tej reguły znajduję bez trudu kilka chwalebnych odstępstw, ot choćby „Sto lat samotności” Marqueza (ale pozostałe książki to już zdecydowanie nie to) albo przepiękną „Księgę istot zmyślonych” Borgesa.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/10/pantaleon-i-wizytantki-mario-vargas-llosa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

