<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Lekturki - blog Zofii Jurczak &#187; Czytadło</title>
	<atom:link href="http://lekturki.com/category/eskapistyczne/czytadlo/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://lekturki.com</link>
	<description>Zapis namiętności czytania - blog Zofii Jurczak</description>
	<lastBuildDate>Wed, 23 May 2012 14:19:26 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1</generator>
		<item>
		<title>Przygody z codziennością</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/10/44-scotland-street-alexander-mccall-smith/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/10/44-scotland-street-alexander-mccall-smith/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 19 Oct 2010 15:51:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura dowcipna]]></category>
		<category><![CDATA[Alexander McCall Smith]]></category>
		<category><![CDATA[Edynburg]]></category>
		<category><![CDATA[literatura popularna]]></category>
		<category><![CDATA[powieść obyczajowa]]></category>
		<category><![CDATA[Szkocja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1450</guid>
		<description><![CDATA[Strzeżcie się. Oto powieść zdradziecka, paskudnie bałamutna i to w najgorszym możliwym znaczeniu tych słów. Omamia od pierwszych stron. Nie stron. Omamia od pierwszych zdań. Obwija sobie nieświadomego czytelnika wokół małego palca, trzyma w ryzach i nie puszcza. I zanim &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/10/44-scotland-street-alexander-mccall-smith/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/10/44-Scotland-Street_Alexander-McCall-Smith.jpg" rel="lightbox[1450]"><img class="alignnone size-full wp-image-1451" title="44-Scotland-Street_Alexander-McCall-Smith" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/10/44-Scotland-Street_Alexander-McCall-Smith.jpg" alt="" width="198" height="280" /></a></p>
<p>Strzeżcie się. Oto powieść zdradziecka, paskudnie bałamutna i to w najgorszym możliwym znaczeniu tych słów. Omamia od pierwszych stron. Nie stron. Omamia od pierwszych zdań. Obwija sobie nieświadomego czytelnika wokół małego palca, trzyma w ryzach i nie puszcza. I zanim się obejrzysz już będzie przeczytana. Trzask, prask i po wszystkim, a kolejna część dopiero się pisze.</p>
<p>Nie znam wcześniejszych owoców literackiej działalności Alexandra McCalla Smitha, może to i lepiej, bo dzięki temu do <strong>„44 Scotland Street”</strong> podeszłam czysta i niewinna, nie skażona żadnymi opiniami, oczekiwaniami czy złudnymi nadziejami. Dzieło to, jak stoi we wstępie, powstało na zamówienie gazety, znaczy się jest przykładem powieści w odcinkach, formy cyklicznej rozrywki dziś właściwie zupełnie zanikłej, a niegdyś, myślę sobie, udatnie zastępującej telewizyjne tasiemce. Myślę sobie również, że gdyby te „Klany” i „Barwy (nie)szczęścia” miały choć jedną trzecią wdzięku i lekkości „44 Scotland Street” może bym skusiła się na marnowanie czasu przed telewizorem, bo książka McCall Smitha jako powieść – reset, dostarczająca rozrywki urokliwej, bezpretensjonalnej i przepojonej subtelnym humorem, sprawdza się i wedle tej miary i z takimi, niezbyt wygórowanymi oczekiwaniami, podejść do niej należy<strong> </strong>(wciąż pamiętając o specyficznej genezie książki)<strong>.</strong></p>
<p>Bo &#8222;44 Scotland Street&#8221; jako powieść ani nic nowego nie wnosi, ani nie głosi, ani nie zmienia czy neguje, a jej wartość poznawcza jest co najmniej dyskusyjna. Toteż jeśli ma się sprecyzowane oczekiwania wobec misji i funkcji literatury, można sobie lekturę McCalla Smitha darować. To powieść czysto eskapistyczna, gładka i neutralna, dotykająca bezpiecznych i wcześniej wypróbowanych tematów. Jednak podana sprawnie i z polotem codzienność edynburskich przeciętniaków, okazuje się być zdradziecko wciągająca, aż wstyd przyznać, że tak łatwo dałam się złapać na to proste rozwiązanie fabularne.</p>
<p>Mamy tu grupkę mniej lub bardziej udanych lokatorów i znajomych lokatorów tytułowej kamienicy w artystycznej dzielnicy Edynburga: narcystycznego samca alfa z branży nieruchomości, niewydarzonego właściciela galerii, nadopiekuńczą mamuśkę z przerostem ambicji i jej bystrego potomka i kilkoro innych, nie mniej ważnych, bohaterów. Ich ścieżki nieuchronnie się przecinają, śledzimy ich codzienne perypetie, błahostki, radości i zmartwienia – jak w telewizyjnym tasiemcu, tyle że McCall Smith ma więcej finezji od scenarzystów wzmiankowanych produkcji. Owszem, czerpie ze skarbczyka banalnych chwytów i wytartych schematów fabularnych, ale ubiera je w miłą dla oka i ducha frazę, innymi słowy udatnie odświeża. Opowieść toczy się tu w niewymuszony, nieco naiwny sposób. Jest grzecznie i bezpiecznie, żadnych melodramatycznych zwrotów akcji, po których czytelnik z wrażenia będzie zbierał zęby z podłogi. To ułatwia zaprzyjaźnienie się z bohaterami, a, podyktowane przez formułę powieści w odcinkach, krótkie rozdzialiki &#8211; każdy z haczykiem, suspensem lub elementem zaskoczenia &#8211; czyta się szybko. Za szybko.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 5 out of 6 stars</p>
<p>„44 Scotland Street” Alexander McCall Smith, przełożyła Elżbieta McIver, Muza, Warszawa 2010</p>
<p>[egzemplarz recenzencki]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/10/44-scotland-street-alexander-mccall-smith/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>12</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Preethi good thing</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/08/gypsy-masala-preethi-nair/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/08/gypsy-masala-preethi-nair/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 24 Aug 2010 11:59:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiece]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[emigracja]]></category>
		<category><![CDATA[Hindusi]]></category>
		<category><![CDATA[multikulti]]></category>
		<category><![CDATA[Preethi Nair]]></category>
		<category><![CDATA[rodzina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1403</guid>
		<description><![CDATA[Powieści Preethi Nair czytam tylko latem. Co roku jedną. Dwa lata temu zachwyciły mnie „Kolory miłości”, w ubiegłym roku nieco rozczarowało „Sto odcieni bieli”, a teraz zupełnie przyjemną niespodziankę sprawiła mi debiutancka „Gypsy Masala”. Tym milszą, że powieść okazała się &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/08/gypsy-masala-preethi-nair/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/08/gypsy_masala.jpg" rel="lightbox[1403]"><img class="size-full wp-image-1404  aligncenter" title="gypsy_masala" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/08/gypsy_masala.jpg" alt="" width="190" height="290" /></a></p>
<p>Powieści Preethi Nair czytam tylko latem. Co roku jedną. Dwa lata temu zachwyciły mnie <a href="http://lekturki.com/2008/08/kolory-milosci-preethi-nair/" target="_blank">„Kolory miłości”</a>, w ubiegłym roku nieco rozczarowało <a href="http://lekturki.com/2009/07/sto-odcieni-bieli-preethi-nair/" target="_blank">„Sto odcieni bieli”</a>, a teraz zupełnie przyjemną niespodziankę sprawiła mi debiutancka <strong>„Gypsy Masala”</strong>. Tym milszą, że powieść okazała się być napisana w na tyle prosty sposób, że czytanie ani nie znużyło mnie, ani nie przysporzyło językowych trudności, bo właśnie, koniecznie dodać muszę, książka nie doczekała się (jeszcze?) polskiego wydania, a ja przeczytałam jej oryginalne wydanie dzięki uprzejmości Matali, która była tak miła i sprezentowała mi swój egzemplarz.</p>
<p>Czytanie w języku obcym, prócz rozlicznych wad typu ślimacze tempo lektury, ma również sporo zalet, przy czym bodaj tę najważniejszą, obok <em>practising language skills,</em> są obniżone wymagania względem lektury, a właśnie „Gypsy Masali” nie sposób nazwać powieścią w pełnym znaczeniu tego słowa. To raczej sprawnie napisane czytadło czy literacka wprawka, choć co Nair oddać trzeba, literacka wprawka zmyślnie skonstruowana: troje pierwszoosobowych opowiadaczy &#8211; Molu oraz jej przybrani rodzice &#8211; z własnymi historiami, które dopiero w połączeniu tworzą spójną całość wyjaśniającą wszystkie rodzinne „białe plamy.</p>
<p>Fabuła „Gypsy Masali” jest prosta jak konstrukcja cepu i do tego snuta na bazie typowych dla nurtu <em><a href="../../../../../tag/multikulti/">multikulti</a> </em>kontrastów. Rozdźwięk między nowoczesnością a tradycją czy kulturą Wschodu i Zachodu został pokazany na przykładzie relacji rodzinnych w środowisku indyjskich imigrantów z pierwszego i drugiego pokolenia. Postaci Nair uwikłane w obowiązki względem rodziny, opresyjnej kultury i tradycji, wtłoczone wbrew w woli w sztywne role, będą zmuszone niejednokrotnie dokonywać dramatycznych wyborów i przewartościowań w imię (jakkolwiek patetycznie i kiczowato to nie brzmi) realizacji siebie.</p>
<p>Właściwie każda z postaci mogłaby być bohaterem osobnej, bardziej złożonej powieści i poniekąd faktycznie tak się dzieje, bo wątki zaledwie pobieżnie zarysowane w „Gypsy Masala” znajdą swoje pełniejsze rozwinięcie w „Stu odcieniach bieli” i „Kolorach miłości”. A sam debiut? Przyjemna i bezpretensjonalna lektura. W porządku, może i odrobinę kiczowata i z naiwnym przesłaniem, ale i tak dobry z niej  przerywnik od poważniejszych spraw.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>„Gypsy Masala” Preethi Nair, Harper Collins Publishers, Londyn 2004</p>
<p><strong>Powieści z nurtu <a href="http://lekturki.com/tag/multikulti/" target="_blank">multikulti</a></strong></p>
<p>[zbiór własny]<strong><br />
</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/08/gypsy-masala-preethi-nair/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>19</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Udręki pewnej kasjerki&#8221; Anna Sam</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/02/udreki-pewnej-kasjerki-anna-sam/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/02/udreki-pewnej-kasjerki-anna-sam/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 21:22:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Non fiction]]></category>
		<category><![CDATA[Anna Sam]]></category>
		<category><![CDATA[literatura francuska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1151</guid>
		<description><![CDATA[Zabawny paradoks rodzi się z zestawienia czytanych przeze mnie zaledwie przed kilkoma dniami „Rzeczy” Georgesa Pereca z „Udrękami pewnej kasjerki” Anny Sam. Obie książki sytuują się bowiem niejako po przeciwnych stronach pokoleniowej barykady. Bohaterowie Pereca z lat sześćdziesiątych chcą mieć, &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/02/udreki-pewnej-kasjerki-anna-sam/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/02/Udreki-pewnej-kasjerki_Anna-Sam.jpg" rel="lightbox[1151]"><img class="alignleft size-full wp-image-1152" title="Udręki pewnej kasjerki - Anna Sam" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/02/Udreki-pewnej-kasjerki_Anna-Sam.jpg" alt="" width="184" height="280" /></a>Zabawny paradoks rodzi się z zestawienia czytanych przeze mnie zaledwie przed kilkoma dniami <a href="http://lekturki.com/2010/02/rzeczy-georges-perec/" target="_blank">„Rzeczy” Georgesa Pereca</a> z <strong>„Udrękami pewnej kasjerki”</strong> Anny Sam. Obie książki sytuują się bowiem niejako po przeciwnych stronach pokoleniowej barykady. Bohaterowie Pereca z lat sześćdziesiątych chcą mieć, ale nie chcą robić, bo praca w pewnym sensie duchowo ich hańbi, pożera czas i nie pozwala realizować tego na co mają ochotę. Inaczej rzeczy mają się autorką <strong>„Udręk pewnej kasjerki”</strong> &#8211; książki właściwie autobiograficznej, która pracować musi, aby zapewnić sobie byt, a w czasach tak zwanego kryzysu, brzydko mówiąc, bierze się co dają.</p>
<p style="text-align: justify;">Anna Sam nie jest pisarką, choć ma dyplom studiów uniwersyteckich z literatury, była za to przez 8 lat kasjerką w supermarkecie. Jej przypadek, nieodosobniony niestety, jest świetnym przykładem ironii losu. Po sytych latach dobrobytu nadchodzą te, powiedzmy, chudsze, gdy z pokorą rezygnuje się z własnych ambicji i podejmuje pracę zdecydowanie poniżej kwalifikacji. Dyplom ukończenia wyższej uczelni nie jest gwarantem ani przepustką ku wrotom świetlanej kariery, a gdy nie ma co się lubi trzeba zakasać rękawy i zabrać się do pracy, nawet tej podłej i niemiłej. Anna Sam pokazuje, że najniżej opłacanych stanowisk, wbrew myślowym kliszom, nie zajmuje margines społeczny, a grożenie dzieciom, że jeśli nie będą się uczyć to spotka je podobny los jest co najmniej nie na miejscu.</p>
<p style="text-align: justify;">Oto bowiem pani za kasą, milcząca istota, ta która powinna zawsze „być otwarta”, miło się uśmiechać, sprawnie skanować ceny produktów i wydawać resztę, myśli, bacznie obserwuje i do tego jeszcze śmie w dowcipny sposób komentować groteskowe poczynania klientów i swój (nie bójmy się tego słowa!) pożałowania godny los. Nie głośno, niestety, choć czasem Annie Sam z trudem przychodziło powstrzymać się  od rzucenia na głos kąśliwej uwagi pod adresem tych bardziej upierdliwych. W chwili wytchnienia wszystkie to co ją oburzało lub bawiło wyrzucała z siebie i skrzętnie spisywała na blogu, którego lekka i niezobowiązująca forma determinuje charakter „Udręk pewnej kasjerki”. Dla Anny internetowy dziennik był odskocznią od monotonnej i do cna odmóżdżającej pracy, dla czytelnika – okazją do podejrzenia kuluarów supermarketu, ale i pretekstem do krytycznej rewizji siebie w roli klienta. Przyznać się ile razy zawracaliście czapę kasjerce już po godzinach jej pracy, albo krzywiliście się z innego, niezależnego od niej, powodu?</p>
<p style="text-align: justify;">„Udręki pewnej kasjerki” czyta się wyśmienicie. Sam pisze dowcipnie i lekko, jest bystrą obserwatorką i krytyczką. Bywa nieprzyzwoicie zabawna, ale spod jej błyskotliwych anegdot spoziera gorzki obraz pracy niedowartościowanej, frustrującej i w dodatku fatalnie opłacanej. Pouczająca lektura nie tylko dla tych, dla których osiem godzin przy kasie jest chlebem powszednim.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>[„Udręki pewnej kasjerki” Anna Sam, tłumaczenie Wanda Jelonkiewicz, Poradnia K, Warszawa 2010]</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/02/udreki-pewnej-kasjerki-anna-sam/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Przemów i przeżyj&#8221; Sophie Hannah</title>
		<link>http://lekturki.com/2010/01/przemow-i-przezyj-sophie-hannah/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2010/01/przemow-i-przezyj-sophie-hannah/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 15 Jan 2010 22:59:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Sensacyjne]]></category>
		<category><![CDATA[Sophie Hannah]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=1126</guid>
		<description><![CDATA[Czuję się niemalże zobligowana do przemówienia, bo jeśli nie przemówię to nie przeżyję. Starczy, żarty w kąt. Sophie Hannah, brytyjska poetka i pisarka, była moją cichą acz wierną towarzyszką umilającą codzienny znój na trasie dom-praca-dom, a że ostatnio sporo drogowych &#8230; <a href="http://lekturki.com/2010/01/przemow-i-przezyj-sophie-hannah/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/01/przemow.jpg" rel="lightbox[1126]"><img class="alignleft size-full wp-image-1127" title="Przemów i przeżyj" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2010/01/przemow.jpg" alt="" width="181" height="275" /></a>Czuję się niemalże zobligowana do przemówienia, bo jeśli nie przemówię to nie przeżyję. Starczy, żarty w kąt.</p>
<p style="text-align: justify;">Sophie Hannah, brytyjska poetka i pisarka, była moją cichą acz wierną towarzyszką umilającą codzienny znój na trasie dom-praca-dom, a że ostatnio sporo <a href="http://imedia.fantazyjnie.pl/index.php?rok=2009&amp;miesiac=12&amp;plik=71">drogowych utrudnień</a>, więc dość szybko się z grubaśnym „Przemów i przeżyj” uwinęłam. Od razu poczuwam się do obowiązku zaznaczyć, a nawet podkreślić, że to taka typowa literatura tramwajowa, nic wybitnego ani wiekopomnego, ot klasyczny <em>page turner</em> czy tam <em>stronosamoprzerzucacz, </em>całkiem niezły w zabijaniu czasu w korkach.</p>
<p style="text-align: justify;">Fabuła „Przeżyj i przemów” jest zupełnie nieprawdopodobna, powiedziałabym, że nawet dość wydumana, ale paradoksalnie właśnie to jest jej największym atutem. Owa niewiarygodność w połączeniu z ciągłym „dzianiem się” czyni z powieści Sophie Hannah zgrabne i wciągające czytadło, często zaskakujące nagłymi zwrotami akcji, które są właściwie nie do przewidzenia. Przypadek to słowo klucz, nic tu nie dzieje się bez przyczyny i każdy, nawet najdrobniejszy incydent będzie miał realny wpływ na tok historii. Ciekawie poprowadzona jest również intryga, początkowo zataczająca szerokie kręgi, z biegiem czasu łącząca z sobą z coraz więcej z pozoru nieprzystających wątków aż po nieoczekiwaną kulminację w finale.</p>
<p style="text-align: justify;">Główną, acz nie jedyną ważną, postacią „Przemów i przeżyj” jest Naomi, zgwałcona przed kilku laty trzydziestokilkuletnia kobieta sukcesu. Z traumatycznymi doświadczeniami poradziła sobie dzięki romansowi z rycerskim, ale i apodyktyczny Robertem, z którym spotykała się raz w tygodniu w tym samym miejscu i o tej samej porze. Gdy któregoś czwartku mężczyzna nie zjawia się o umówionej porze Naomi, wiedziona złymi przeczuciami, zawiadamia policje. Ta jednak nieszczególnie przejmuje się wyznaniem emocjonalnie chwiejnej kochanki. Kobieta wpada więc na okrutny w swej prostocie plan – postanawia wmówić organom ścigania, że Robert stanowi zagrożenie dla innych, że to on przed laty ją zgwałcił. Jej przewrotny plan doprowadza do odnalezienia ukochanego, ale i do odkrycia tajemnic sprzed lat, z którą Naomi będzie musiała się znów zmierzyć.</p>
<p style="text-align: justify;">„Przemów i przeżyj” to bardzo kobieca książka. Nie tylko ze względu na pełnokrwiste, dynamiczne bohaterki, ale sam sposób jej napisania. Hannah popełniła powieść, rzekłabym, bardzo uczuciową. Mniejszą uwagę przywiązuje do detali śledztwa, ciekawsze są targające postaciami emocje. Jej bohaterki wciąż coś przeżywają, czymś się emocjonują, drobiazgowo analizują sytuacje, czasem są niekonsekwentne, ale zawsze dokładne i metodyczne w działaniu. Niekonsekwentna bywa też autorka. Nieszczególnie umysłowo lotna i rozgarnięta Naomi w kulminacyjnym momencie powieści będzie dedukować niczym Turbodymomen zawstydzający Sherlocka Holmesa, ale takie małe niespójności są niczym przy obrzydliwym lapsusie polskiego wydawcy, który z Branwella Bronte uczynił czwartą siostrę*.</p>
<p style="text-align: justify;">Powieść chwalono całkiem zasłużenie. Można przeczytać w chwili słabości.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p style="text-align: justify;">[„Przemów i przeżyj” Sophie Hannah, G+J Gruner + Jahr Polska, Warszawa 2008]</p>
<p style="text-align: justify;">*<em>On uważa, że prawdziwy talent miała Branwell. Robert zawsze kibicuje słabszym. W dzieciństwie miał plakat z reprodukcją portretu Branwell Bronte, starej pijaczki i obiboka.</em> [s. 318]<em><br />
</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2010/01/przemow-i-przezyj-sophie-hannah/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Książka poniekąd kucharska&#8221; Joanna Chmielewska</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/07/ksiazka-poniekad-kucharska-joanna-chmielewska/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/07/ksiazka-poniekad-kucharska-joanna-chmielewska/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Jul 2009 10:26:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiece]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Joanna Chmielewska]]></category>
		<category><![CDATA[kuchnia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=916</guid>
		<description><![CDATA[Nie czytałam jeszcze tak fajnie napisanej i niepraktycznej zarazem książki kucharskiej, ale po kolei. Bez obwijania w bawełnę, mówiąc wprost kuchnia a’la Joanna Chmielewska to kuchnia rzekłabym niezbyt wyrafinowana, raczej dość toporna. Prosta acz niekoniecznie zdrowa, bo jak usilnie przekonuje &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/07/ksiazka-poniekad-kucharska-joanna-chmielewska/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-917" title="Książka poniekąd kucharska" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/07/kucharska.JPG" alt="Książka poniekąd kucharska" width="144" height="200" />Nie czytałam jeszcze tak fajnie napisanej i niepraktycznej zarazem książki kucharskiej, ale po kolei.</p>
<p>Bez obwijania w bawełnę, mówiąc wprost kuchnia a’la Joanna Chmielewska to kuchnia rzekłabym niezbyt wyrafinowana, raczej dość toporna. Prosta acz niekoniecznie zdrowa, bo jak usilnie przekonuje Chmielewska to co zdrowe nie jest smaczne, a to co smaczne jest niezdrowe i faktycznie trudno się z nią nie zgodzić…<strong> &#8222;Książka poniekąd kucharska&#8221;</strong> jako hołd dla kulinarnych bachanaliów i żarcia zdrowego inaczej przy okazji ma być przewodnikiem po kulinarnych meandrach dla dyletantów tej dziedziny. Tylko czy faktycznie profanowi mętne opisy Chmielewskiej choć trochę rozjaśnią w głowie?</p>
<p>I tak przepisy na potrawy, których w większości do ust jednak wziąć bym nie chciała (Chmielewska kocha między innymi śmietanę, którą najchętniej dodawałaby do wszystkiego :-) ułożone w formie hasłowego leksykonu upstrzonego dużą ilością dobrych rad, z których płynie tylko jeden wniosek: gotowanie jest dziecinnie proste pod warunkiem, że się opanuje tą sztukę samodzielnie metodą prób i błędów stosując w gruncie rzeczy dość zawodną metodę gotowania na oko. A te przepisy „na oko” Chmielewska okrasza mnóstwem uroczych anegdotek, a to jak gotowała gęś w glinie na ognisku, a to jak wężówkę zdobywała dla swego syna, a to jak usiłowała zdobyć curry w latach świetności poprzedniego ustroju. Ot takie czytadło.</p>
<p>Przyjemne lekturka na upalne popołudnia. Zasadniczo i bez przykrości można rozprawić się z nią w ciągu jednego posiedzenia. Joanna Chmielewska ma świetne pióro, jest dowcipna i buńczuczna, a „Książka poniekąd kucharska” to taki nawet dość użyteczny przewodnik po kuchennych meandrach.</p>
<p>Dobre! Znaczy, że można przeczytać w chwilach słabości.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>Ach i jeszcze jedno – to moja pierwsza powieść Chmielewskiej, więc nie mam porównania do słynnych &#8222;Lesiów&#8221; i krytykowanych &#8222;Krętek bladych&#8221; :)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/07/ksiazka-poniekad-kucharska-joanna-chmielewska/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>20</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Wpadka&#8221; Rebecca Eckler</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/06/wpadka-rebecca-eckler/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/06/wpadka-rebecca-eckler/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 24 Jun 2009 15:57:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Kanada]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiece]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[chick lit]]></category>
		<category><![CDATA[Rebecca Eckler]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=890</guid>
		<description><![CDATA[Na myśl o czytaniu Pielewina boli mnie głowa.  Na myśl o napisaniu czegokolwiek na temat „Katonieli” również. Na myśl o „Wpadce” Rebecki Eckler może i głowa mnie nie boli, ale za to zęby i owszem, jako że już dawno nie &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/06/wpadka-rebecca-eckler/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-891" title="Wpadka - Rebecca Eckler" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/06/wpadka.jpg" alt="Wpadka - Rebecca Eckler" width="189" height="280" />Na myśl o czytaniu Pielewina boli mnie głowa.  Na myśl o napisaniu czegokolwiek na temat „Katonieli” również. Na myśl o <strong>„Wpadce” Rebecki Eckler</strong> może i głowa mnie nie boli, ale za to zęby i owszem, jako że już dawno nie miałam do czynienia z aż takimi dyrdymałami…</p>
<p>Swoją drogą czy i Wy też zauważyliście ten trend? Od pewnego czasu na książkowych blogach powiało literaturą, nazwijmy ją, „ambitną inaczej” &#8211; czytadłami i tak zwaną „babszczyzną”. I ja nie będę tu wyjątkiem i mnie proza życia zmogła na tyle, że poddałam się i połknęłam w dwa wieczory „Wpadkę” Rebecki Eckler – chick lita i to w dodatku z tych gorszych (czytaj: jeszcze głupszych niż przeciętna).</p>
<p>Treścią tej błahej powiastki stanowią przygotowania do narodzin pierworodnego potomka &#8211; efektu, co łatwo odgadnąć, spektakularnej wpadki. W relacji Rebecki Eckler, do bólu szczerej w swych wyznaniach kanadyjskiej dziennikarki, znajdą pożywkę i feministki i szowiniści. Te pierwsze będą miały się nad czym zżymać,  ci drudzy mają podany pod nos dowód na rzekomą intelektualną ułomności kobiet. Czytając „Wpadkę” trudno bowiem posądzać autorkę o wysokie IQ, a jej wypociny składają się na nieszczególnie korzystny wizerunek kobiety – próżnej egoistki i idiotki, którą nie obchodzi nic poza czubkiem własnego nosa i rozmiarem czterech liter. Serio, serio.</p>
<p>Nie wiem za bardzo jak ugryźć tą nieszczęsną „Wpadkę”, bo z tak trywialną historyjką nie miałam do czynienia od bardzo, bardzo dawna. Nawet jeśli na chwilę zapomni się o językowej i stylistycznej nieporadności oraz wymuszonych dowcipach, dość żenujących chwilami. Ostatecznie to tylko chick lit, ale jeszcze gorzej sprawy się mają z samą fabułą. Nawet jeśli „Wpadka” nie jest zbeletryzowaną autobiografią, to  z pewnością jest powieścią na motywach, rzec by można, autentycznych zdarzeń z życia Eckler, co stawia ją w co najmniej interesującym świetle. Jej powieść bowiem ani nie jest apoteozą macierzyństwa, ani tym bardziej opisem słodkiego znoju czekania na bobaska. To znaczy słodki znój oczekiwania jest, ale bobasek jest tu właściwie produktem ubocznym, a nie celem samym w sobie, a jedyne czym narratorka  kłopocze swoją ciężarną głowę to: a/ ile jeszcze przytyje do końca ciąży? b/ ile czasu zajmie jej zrzucenie nadwagi po ciąży? c/ co na jej nadwagę powie Narzeczony? I to zasadniczo wyczerpuje najważniejsze kwestie podjęte na  blisko 400 stronach. Dziecko dla Eckler jest tylko pretekstem do tego, aby jeszcze pieczołowiciej niż zwykle przyjrzeć się samej sobie. Stworzyć wokół siebie – niezależnej i życiowo ustawionej imprezowicz ki – kokon samouwielbienia, misterium samej siebie w stanie błogosławionym. Narcyzm do potęgi n-tej.</p>
<p>Jeśli to są, tak jak chce wydawca, <em>wyznania współczesnej przyszłej matki</em>, to ja już teraz z obawą spoglądałabym ku temu co wyrośnie z przyszłych dzieci ;-) Jednakowoż, jakby nie zżymać się nad tym literackim koszmarkiem, jedno Rebece Eckler przyznać trzeba – jej „Wpadkę” czyta się szybko i przyjemnie, a to dwa konieczne warunki wakacyjnego resetu z książką w ręku.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3.5 out of 6 stars</p>
<p>Swoją drogą czuję, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z lekkostrawną literaturą w najbliższym czasie…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/06/wpadka-rebecca-eckler/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>26</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>„Żona biznesmena” Sujata Massey</title>
		<link>http://lekturki.com/2009/03/zona-biznesmena-sujata-massey/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2009/03/zona-biznesmena-sujata-massey/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 28 Mar 2009 16:53:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Kryminalni]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>
		<category><![CDATA[Japonia]]></category>
		<category><![CDATA[Sujata Massey]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=687</guid>
		<description><![CDATA[Pod tym banalnym tytułem (i okładką, której kiczowatość przyprawia o ból zębów) ukrywa się klasyczny, żeby nie powiedzieć nieco sztampowy, kryminał pióra wychowanej w USA Hindusko – Niemki, która, tak dla urozmaicenia, główną postacią swego powieściowego cyklu uczyniła… pół Japonkę. &#8230; <a href="http://lekturki.com/2009/03/zona-biznesmena-sujata-massey/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/03/zona_biznesmena.jpg" rel="lightbox[687]"><img class="alignleft size-full wp-image-1138" title="zona_biznesmena" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2009/03/zona_biznesmena.jpg" alt="" width="144" height="240" /></a>Pod tym banalnym tytułem (i okładką, której kiczowatość przyprawia o ból zębów) ukrywa się klasyczny, żeby nie powiedzieć nieco sztampowy, kryminał pióra wychowanej w USA Hindusko – Niemki, która, tak dla urozmaicenia, główną postacią swego powieściowego cyklu uczyniła… pół Japonkę.</p>
<p>Brzmi jak wielki multikulturowy mętlik, na szczęście to tylko pozory, bo <a href="http://www.interbridge.com/sujata/" target="_blank">Sujacie Massey</a>, podówczas literackiemu żółtodziobowi, udało się w bardzo zgrabny sposób wybrnąć w pułapki, którą sama na siebie zastawiła. Owszem, „Córkę biznesmena” trudno nawet porównać do powieści tworzonych przez takich tuzów kryminału jak Skandynawowie, ale dzięki osadzeniu akcji we współczesnej Japonii powieść Massey zyskała zupełnie nowy wymiar i ze znośnej przemieniła się w co najmniej intrygującą, zwłaszcza dla wielbicieli dalekowschodnich klimatów.</p>
<p>Fabuła jest wiernym odbiciem schematu o bogu ducha winnej bohaterce, która poprzez nieszczęśliwy zbieg okoliczności zostaje wkręcona w morderstwo. Tą „bogu ducha winną” w „Żonie biznesmena” jest rezolutna i wyemancypowana Rei Shimura, kiepsko opłacana nauczycielka angielskiego w tokijskiej korporacji, która w podczas spaceru na swe nieszczęście znalazła ciało martwej współurlopowiczki, a jako że za grosz nie dowierzała wynikom sekcji zwłok, postanawia na własną rękę rozwiązać tą zagadkę, niechcący narażając się przynajmniej tuzinowi Japończyków i robiąc wokół swej osoby mnóstwo zamieszania.</p>
<p>Intryga nie odznacza się jakimiś szczególnymi walorami, choć kilka zwrotów akcji przyjemnie podtrzymuje napięcie. Inaczej rzecz się ma z Japonią w charakterze barwnego tła. Sujata Massey w odróżnieniu od literackich kolegów ze Skandynawii (do których tak chętnie się odwołuję, bo ich najwięcej czytam, więc wybaczcie&#8230;) nie bawi się w socjologiczne analizy, nie jest też zbyt wnikliwą portrecistką, skupia się na tym co najbardziej widoczne, przy okazji przetykając tekst ogromem kulturowych ciekawostek, z których część jednak bardziej pasowałaby do przypisów…</p>
<p>W każdym razie czytało mi się szybko i przyjemnie, a połączenie kryminalnej intrygi z japońskim anturażem jest co najmniej obiecujące. Znacie jakieś inne tytuły łączące jedno z drugim?</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4.5 out of 6 stars</p>
<p>&#8222;Żona biznesmena&#8221; to pierwsza część wciąż pisanego przez Sujatę Massey cyklu kryminalnego z Rei Shimurą w roli głównej i, jak łatwo można odgadnąć, również jedyna część wydana w Polsce i powiem tylko tyle &#8211; szkoda.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2009/03/zona-biznesmena-sujata-massey/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>11</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Święta, święta&#8230;&#8221; Annie Sanders</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/12/swieta-swieta-annie-sanders/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/12/swieta-swieta-annie-sanders/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 30 Dec 2008 19:16:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Brytyjskie]]></category>
		<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Kobiece]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Annie Sanders]]></category>
		<category><![CDATA[chick lit]]></category>
		<category><![CDATA[kobieca]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=589</guid>
		<description><![CDATA[Annie Sanders nie istnieje. Pod tym pseudonimem ukryły się dwie angielskie dziennikarki: Annie Ashworth oraz Meg Sanders, znane głównie z nadawanego przez BBC babskiego programu z dobrymi radami, a także wcześniejszej powieści z gatunku chick lit pod, jakże znamiennym, tytułem &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/12/swieta-swieta-annie-sanders/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-590" title="Swięta, święta... Annie Sanders" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/12/sanders.jpg" alt="Swięta, święta... Annie Sanders" width="175" height="280" />Annie Sanders nie istnieje. Pod tym pseudonimem ukryły się dwie angielskie dziennikarki: Annie Ashworth oraz Meg Sanders, znane głównie z nadawanego przez BBC babskiego programu z dobrymi radami, a także wcześniejszej powieści z gatunku <em>chick lit</em> pod, jakże znamiennym, tytułem „Goodbye Jimmy Choo”. Ich bożonarodzeniowy wypot pewnie nie miałby większej racji bytu, gdyby nie to, że co roku wszyscy (WSZYSCY, więc i ja) w mniej lub bardziej uświadomiony sposób poszukują tego osławionego ducha świąt. Dla niektórych kryje się pod choinką, dla innych w <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Kevin_sam_w_domu" target="_blank">„Kevinie samym w domu”</a>, albo (samokrytyka) w takiej miernocie literackiej, jak <strong>„Święta, święta…”</strong>. Wiedziały gały co brały, ale na litość boską, po dwóch Angielkach można spodziewać się choć odrobiny ironii! A tu nic. Zero. Za to mdlącego lukru aż w nadmiarze.</p>
<p>Rzecz tyczy dwóch niewiast – tej zapracowanej karierowiczki i świeżo upieczonej małżonki, która musi się zmierzyć z duchem poprzedniej żony (nawet nie subtelne nawiązanie do <a href="http://lekturki.com/2008/01/%E2%80%9Erebeka%E2%80%9D-daphne-du-maurier/" target="_blank">„Rebeki” Daphne du Maurier</a> i choć Bezimienna biła rekordy naiwności to i bohaterce „Święta, święta…”, z założenia uniwersyteckiej nauczycielce, autorki poskąpiły życiowej zaradności). Bohaterki zostały skonstruowane w sposób, który ma być symbolicznym odzwierciedleniem dwóch skrajnych postaw względem świątecznych przygotowań: neofickiej pieczołowitości spod znaku ‘zastaw się a postaw się’ i (kolokwialnie rzecz ujmując) – odwalania wszystkiego na wariata. Oczywiście w przypadku i jednej i drugiej pani wszystko zmierza ku łatwemu do przewidzenia szczęśliwemu finałowi. Unurzanemu w gęstym jak smoła rodzinnym ciepełku i ogromnych śnieżnych zaspach.</p>
<p>I miało być krzepiąco i zabawnie, a wyszło nudno i schematycznie. Właściwie nie ma tu zbytnio nad czym dywagować. Powieści pań Ashworth i Sanders nie można zarzucić niedostatków kompozycyjnych ani tym bardziej warsztatowych. Czyta się ją nawet jako tako, ale to trochę za mało. Zabrakło świeżości. Nieszablonowego punktu widzenia. Szczypty ironii i odwagi. Bez tego „Święta, święta…” to kolejna bożonarodzeniowa opowiastka pisana pod dyktando masowych gustów.</p>
<p>Nie warto.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 3 out of 6 stars</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/12/swieta-swieta-annie-sanders/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>9</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Zegar słoneczny&#8221; Maarten&#8217;t Hart</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/12/zegar-sloneczny-maartent-hart/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/12/zegar-sloneczny-maartent-hart/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Dec 2008 17:15:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Kryminalni]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Holandia]]></category>
		<category><![CDATA[Maarten't Hart]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=560</guid>
		<description><![CDATA[Jak zwykle wydawca trochę przesadził w wyrażaniu okładkowego entuzjazmu, a ja naiwna dałam się zwieść. Nie było jednak, aż tak źle. Właściwie było całkiem przyjemnie. „Zegar słoneczny” to dobry wybór na pochmurne popołudnie, bo jak okazuje się słońce swym nadmiarem &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/12/zegar-sloneczny-maartent-hart/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/12/zegar.jpg" rel="lightbox[560]"><img class="alignleft size-full wp-image-553" title="Zegar słoneczny" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/12/zegar.jpg" alt="" width="158" height="243" /></a>Jak zwykle wydawca trochę przesadził w wyrażaniu okładkowego entuzjazmu, a ja naiwna dałam się zwieść. Nie było jednak, aż tak źle. Właściwie było całkiem przyjemnie. „Zegar słoneczny” to dobry wybór na pochmurne popołudnie, bo jak okazuje się słońce swym nadmiarem nie rozpieszcza również Holendrów.</p>
<p>„Zegar słoneczny” to kryminał i poruszająca kwestię tożsamości powieść psychologiczna w jednym. Zamiar ambitny i literacko kuszący, ale autor chyba do końca mu nie podołał. Zresztą wiele zależy od perspektywy z jakiej spojrzymy na powieść Maarten&#8217; t Harta. Jeśli chciałabym zabawić się w mądrale z gatunku tych co zjadły wszystkie rozumy (i tego się nie wstydzą) napisałaby wówczas, że „Zegar słoneczny” jest płytki i pisany na siłę, ale ponieważ jest to zdecydowanie literatura popularna (a nie piękna), czyli taka która nie rości sobie pretensji do potrząsania czytelnikiem ani grożenia mu paluchem przed nosem „a masz i myśl”, tego nie zrobię. Zresztą „Zegar słoneczny” nie zasłużył sobie na takie traktowanie. Powieść nie najwyższych lotów, ale sympatyczna i rzec można„gładka”.  Główna bohaterka jest postacią ujmującą i ciepłą, byłby z niej dobry materiał co najmniej na koleżankę. Właśnie odziedziczyła pokaźny spadek po Róży &#8211; swej ekscentrycznej przyjaciółce (nawiasem mówiąc ostatnio sporo tych ekscentryków się tu pojawiło). Jedyny warunek postawiony przez nieboszczkę – Leonie ma zająć się jej kotami i… wcielić się w Różę, co wiąże się nie tylko z zaanektowaniem garderoby przyjaciółki, ale i koniecznością przyprawienia sobie sztucznych szponów (czyli tipsów). Im głębiej skromna Leonie wchodzi w rolę jaskrawej Różę tym coraz więcej znaków zapytania pojawia się wokół martwej przyjaciółki. Zaczynając od kwestii pochodzenia jej sporego majątku, a kończąc na przyczynie tajemniczego zgonu, bo w bajeczkę o udarze słonecznym nikt nie chce wierzyć.</p>
<p>I o tym mniej więcej jest „Zegar słoneczny”. Kryminalna intryga nadaje tempo pseudo psychologicznej fabule. Może i postać Leonie nie została skonstruowana w sposób szczególnie wyszukany, ale wyraźnie ewoluuje w toku akcji i to chyba w powieści Harta jest najlepsze. Przez moment nie ma jednej Leonie, ale dwie skrajnie różne osobowości zamknięte w jednym opakowaniu. Aż dziw, że biedaczka nie dostała pomieszania zmysłów. Na plus zaliczę również zastęp nietuzinkowych postaci drugoplanowych, choć określenie ich mianem <em>mistrzowsko i komicznie nakreślonych</em> (patrz nota wydawcy) to mimo wszystko grubsza przesada. Jest również w „Zegarze słonecznym” coś co mnie szczerze zdziwiło. Leonie lubuję się w biblijnych cytatach, przywołuje je niemal przy każdej okazji co bynajmniej nie przeszkadza jej stroić się w wyzywające fatałaszki i złożyć wizytę w klubie SM (i żeby wszyscy mieli jasność, bynajmniej nie mam na myśli klubu, w którym słucha się <a href="http://merlin.pl/S-M_Metallica/browse/product/4,588252.html" target="_blank">tej płyt Metallici</a>). Może i się trochę czepiam, może i się nie znam, ale przyznajcie sami – jest jakiś dysonans w połączeniu jednego z drugim.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>Z Kimurą urządziłyśmy sobie nieświadome czytanie synchroniczne. Co myśli o &#8222;Zegarze słonecznym&#8221; możecie przeczytać <a href="http://kimuraczyta.blox.pl/2008/12/Zegar-sloneczny.html" target="_blank"><strong>TUTAJ</strong></a>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/12/zegar-sloneczny-maartent-hart/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8222;Dziennik ciężarowca&#8221; Tomasz Kwaśniewski</title>
		<link>http://lekturki.com/2008/11/dziennik-ciezarowca-tomasz-kwasniewski/</link>
		<comments>http://lekturki.com/2008/11/dziennik-ciezarowca-tomasz-kwasniewski/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 Nov 2008 21:01:59 +0000</pubDate>
		<dc:creator>zosik</dc:creator>
				<category><![CDATA[Czytadło]]></category>
		<category><![CDATA[Lekturki]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[na podstawie blogu]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://lekturki.com/?p=514</guid>
		<description><![CDATA[Pisać? Nie pisać? Eeee, co mi tam. Napiszę. W końcu słynę ze swojego rozstrzału literackich upodobań, a książki pisane na podstawie blogów szykują się na mojego nowego konika. Tak, bo „Dziennik ciężarowca” to kolejna (trzecia gwoli ścisłości) blogo-książka, którą łyknęłam &#8230; <a href="http://lekturki.com/2008/11/dziennik-ciezarowca-tomasz-kwasniewski/">Czytaj dalej <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-1050" title="dziennik" src="http://lekturki.com/wp-content/uploads/2008/11/dziennik.jpg" alt="dziennik" width="200" height="318" />Pisać? Nie pisać? Eeee, co mi tam. Napiszę. W końcu słynę ze swojego rozstrzału literackich upodobań, a książki pisane na podstawie blogów szykują się na mojego nowego konika. Tak, bo <a href="http://www.wab.com.pl/index.php?id=7&amp;bid=542" target="_blank"><strong>„Dziennik ciężarowca”</strong></a> to kolejna (trzecia gwoli ścisłości) blogo-książka, którą łyknęłam w tym roku (o poprzednich dwóch pisałam <a href="http://lekturki.com/2008/01/dziewczyna-ktorej-jedno-w-glowie-abby-lee/" target="_blank"><strong>TU</strong></a> oraz <strong><a href="http://lekturki.com/2008/04/nowy-jork-przewodnik-niepraktyczny-kamila-slawinska/" target="_blank">TUTAJ</a></strong>). Całkiem zacna weekendowa lektura, bez przerostu ambicji i nadmiaru pretensji.</p>
<p>To, że sięgnęłam po książkę Kwaśniewskiego nie było oczywiście przypadkowym wyborem. Kiedyś tam czytałam fragmenty jego dziennika (bloga właściwie) na łamach „Wysokich obcasów” i sobie zapamiętałam, że jest ktoś taki i pisze nawet sympatycznie. Później doczytałam, że ów Pan jest etatowym reporterem Dużego Formatu, co samo w sobie jest dla mnie dobrą rekomendacją pisarskich umiejętności. Znalazłam w bibliotece, przyniosłam do domu i połknęłam w ciągu weekendu, bo to taka lektura na koniec tygodnia (albo do autobusu), gdy przeterana głowa domaga się odrobiny odpoczynku. W „Dzienniku ciężarowca” zdecydowanie nie ma nad czym dumać, ani czego roztrząsać, a gładkie pióro autora sprzyja szybkiej konsumpcji. Rzecz tyczy się ciąży widzianej z męskiej perspektywy. Od bladoniebieskiej kreski na teście po krwawy finał. I tak sobie myślę (bardziej doświadczone w tej materii koleżanki poproszę o ewentualne naprostowanie), że choć to kobieta nosi ten słodki ciężar to i mężczyzna potrafi się w całą operację mocno zaangażować. Zatroskany, ale i nerwowy, ba czasem wręcz przejawiający skłonność do histerii, przyszły tata Kwaśniewski relacjonuje z podziwu godną skrupulatnością to wielkie 9 miesięcy czekania. Choć chwilami oprzeć się nie mogłam wrażeniu, że za głęboko wpycham nos w sekrety alkowy, nie mniej jednak czyta się te zapiski bez zażenowania a z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kwaśniewski potrafi zajmująco opowiadać, a czasem nawet przerażać i zirytować.  Ładnie pisze o emocjach, o swych wątpliwościach i lękach, ale co najważniejsze z ogromną szczerością opowiada o walce ze swoją przeszłością nałogowego hazardzisty. „Dziennikowi ciężarowca” zresztą również pod innymi względami daleko do cukierkowej sielanki a’la <em>chick lit</em>.</p>
<p>Dobrze mi się czytało i cieszę się, że na blogo-książkę Tomasza Kwaśniewskiego się skusiłam. Niezła rzecz do szybkiej lektury.</p>
<p><strong>Ocena:</strong> 4 out of 6 stars</p>
<p>A gdyby ktoś miał ochotę, to oryginalną wersję można poczytać <strong><a href="http://dziennikciezarowca.blox.pl/2006/01/Dzien-pierwszy-czyli-2-stycznia-poniedzialek.html" target="_blank">o tutaj</a></strong>.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://lekturki.com/2008/11/dziennik-ciezarowca-tomasz-kwasniewski/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

