Własne dzieci – koniecznie trzeba dodać.
Sophie Hannah jako kryminało- czy thrilleropisarka wciąż nie do końca mnie przekonuje, ALE ciekawość na równi z przekorą ciągnie mnie ku jej książkom*. „Na ratunek” okazało się wyjątkowo sprytnie wykoncypowanym i niekonwencjonalnie uformowanym czytadłem z dreszczykiem. Tak sprytnym i niekonwencjonalnym, że od grafomańskiego koszmarka (w wersji totalnej) powieść Hannah dzieli już tylko cienka czerwona linia, po której pisarka balansuje z wdziękiem dobrze wytresowanej, ups przepraszam, dobrze wytrenowanej bułgarskiej gimnastyczki. Tym razem udało się jej nie przekroczyć, choć nie obyło bez kilku irracjonalnych kawałków jakby żywcem wyjętych ze snu sfiksowanego erotomana. Czytało mi się „Na ratunek” nawet lepiej niż przesadnie melodramatyczne i niespójne „Przemów i przeżyj” (w którym, nawiasem mówiąc, taniej erotomanii było dużo więcej), choć nadal powieści Hannah nie mogę uznać za nic lepszego nad czasoumilacz do tramwaju, kolejki, pociągu, ewentualnie na leżak w ogrodzie (w dwóch ostatnich okolicznościach zresztą lekturę ostatnio uskuteczniałam).
Co mile zaskoczyło i potwierdziło słuszność mej czytelniczej intuicji, to konstrukcja powieści. Bowiem pani Hannah ma na thriller własny patent czy jak kto woli formułę**. Intryga „Na ratunek” ciągnie się niczym guma do żucia, to fakt, któremu zaprzeczyć niepodobna, ale ma to i swój urok i uzasadnienie. Akcja powieści toczy się w środowisku zamożnych matek kilkulatków, rozdartych między pracą, a (nazwijmy to) posługą wychowawczą i prowadzeniem domu. Autorka angażuje w fabułę szereg intrygujących postaci, wikłając je w śledztwo tylko na pierwszy rzut oka proste i oczywiste. Zmęczona znojem i udrękami macierzyństwa pełnoetatowa mama Geraldine popełnia samobójstwo, po uprzednim uśmierceniu swej jedynaczki. Na samobójstwo wskazuje dość lakoniczny list pożegnalny i dziennik denatki, z którego wynika, że od dawna cierpiała na depresję i szczerze nie znosiła córki. Sęk w tym, że nikt z jej rodziny nie wierzy w depresję Geraldine, ani tym bardziej samobójstwo. Kto w takim razie jej pomógł?
Finał – duże zaskoczenie, ale od meandrującego śledztwa, zabaw z tożsamością i paru innych wrzuconych do powieści dyrdymałów, mnie bardziej zainteresowała przemycona w „Na ratunek” ostra krytyka rodziny jako instytucji i macierzyństwa w ogóle. Hannah ujawnia mroczne strony rodzicielstwa, pokazując je jako niekończące się pasmo katuszy, udręk i mąk dla kobiet. Przekonuje, że nie każda kobieta na matkę się nadaję. Dla jej zamożnych bohaterek posiadanie dzieci nie jest dopustem bożym. To smutna przypadłość, obowiązek, który zmusza je do wyrzeczenia się siebie. Te kobiety kochają i nie cierpię swego potomstwa zarazem. Oddają im całą uwagę jednocześnie marząc o chwili świętego spokoju.
Ocena: 





„Na ratunek” Sophie Hannah, przełożył Piotr Kaliński, G+J, Warszawa 2009, 512 s.
* Nie można przemilczeć również czynnika ekonomicznego, bo „Na Ratunek” w Taniej Książce można kupić za jedną trzecią ceny z okładki, co nie jest kwotą znaczącą.
** To pachnie powtarzalnym schematem, ale przedwcześnie nie kraczmy. Poczytamy – zobaczymy
Może Cię również zainteresuje:
- „Przemów i przeżyj” Sophie Hannah 16/01/2010
- Darling 02/08/2010
- „Kot, który czytał wspak” Lilian Jackson Braun 21/04/2008
- ŻydoAlaska 24/01/2011
- Jak prosięta 07/07/2010
- Komisarz miał nosa 16/08/2010
- „Subtelny nos Lilli Steinbeck” Heinrich Steinfest 16/03/2010











zapraszam Cię do przyjecia Lovely Blog Award. Szczegóły u mnie :)
Książka zapowiada się ciekawie. Lubię pisarzy oscylujących na granicy kiczu, grafomaństwa i przyjemności czytelnika, czasem to przejaw geniuszu. Zaintrygował mnie szczególnie wątek macierzyństwa i braku powołania do niego, co nieustannie powtarzam podczas rozmów z różnymi ludźmi i niemal zawsze wtedy biorą mnie za wariatkę.
Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego popołudnia.