Ingmar Bergman wielkim poetą nie był. Wielkim reżyserem owszem. Ale czytając „Niedzielne dziecko” trudno nie oprzeć się wrażeniu, że mógłby i wielkim pisarzem być.
![]()
Tym bardziej, że na filmowej emeryturze, na którą oficjalnie przeszedł po ukończeniu „Fanny Alexander” spędził dwadzieścia pięć lat (inna sprawa, że w międzyczasie wziął udział w jeszcze kilku filmowych projektach, nie mniej jednak z kamerą oficjalnie pożegnał się w 1982 roku). Spłodził też trochę książek, ale literaturą stricte, z małymi wyjątkami, się nie parał.
„Niedzielne dziecko” – zmysłowa mini powieść oparta na autobiograficznych wątkach – jest właśnie takim małym wyjątkiem, niewielkim acz znaczącym literackim smakołykiem. Bergman cofa się do lat dwudziestych, swojego dzieciństwa, osadzając akcję w pewien upalny lipcowy weekend, który rodzina Bergmanów spędza z dala od Sztokholmu w wynajętym na lato domu. Ale nie dajcie się zwieść atmosferze idyllicznej beztroski, to tylko pozory, efektowne tło dla opowieści o skomplikowanych relacjach młodocianego Ingmara – wówczas przez wszystkich pieszczotliwie nazywanego Puniem – z ojcem, darzonym powszechnym szacunkiem protestanckim pastorem, w rzeczywistości oschłym i surowym tyranem. Konflikcie, który nieprzerwanie, z większym lub mniejszym natężeniem, trwał do śmierci pastora.
Punio, owo niedzielne dziecko, zdaje się żyć w zawieszeniu między światem realnym, a tym wyobrażonym. Jest dzieckiem niezwykle wrażliwym, wyczulonym na wszelkie niuanse w międzyludzkich relacjach. Zafascynowany tym co mroczne i tajemnicze, a zwłaszcza ciemnymi stronami ludzkiej duszy. Na z gruntu niewinne swary ze starszym bratem, rodzinne posiłki, zabawy czy spacery Bergman nakłada sceny żywo niepokojące i mroczne, nijak nie pasujące do tej sielskiej atmosfery. Stąd „Niedzielne dziecko” jest i w istocie swej opowieścią o lęku. Jego powodach, zarówno tych nadprzyrodzonych – jak wisielec z lasu, jak i niemalże namacalnych – rozpadające się na oczach chłopca małżeństwo rodziców czy właśnie ojciec na swój sposób terroryzujący go psychicznie.
Wielbiciele „Fanny i Alexander” tacy jak ja z radością odnotują punkty wspólne powieści i filmu. Jednym z nich bez wątpienia jest monstrualnie otyła ciotka Emma, której Bergman najpewniej bardzo nie lubił, bo uczynił z niej w filmie żywą pochodnię. Pojawia się też kochana i oddana pokojówka Maj, a i ojczym Fanny i Alexandra – biskup Edward ucieleśniający w filmie zło – żywo przypomina surowego patriarchę rodu Bergmanów.
Ocena: 





Niedzielne dziecko Ingmar Bergman, przełożyła Halina Thylwe, Prószyński i S-ka, Warszawa 1994, s. 101.
seria: Biblioteczka Konesera
literatura szwedzka
[z Rajskiej]
Może Cię również zainteresuje:
- „Magiczny sklep z zabawkami” Angela Carter 17/03/2008
- „Lato” Tove Jansson 28/04/2009
- Bez zaangażowania. Bez zanurzenia 10/04/2010
- Do zobaczenia za kilka lat 09/08/2010
- „Złuda” Carmen Laforet 09/06/2008
- „Moje drzewko pomarańczowe” José Mauro de Vasconcelos 22/11/2007
- Złoty medal w megalomanii 04/11/2010










Wstyd mi, że nie byłam świadoma istnienia tej książki. Też należę do wielkich wielbicieli tego filmu i czytając Twoją recenzję myślałam – toż to wypisz wymaluj Alexander! A pamiętam jak czytałam o samym filmie i o autobiograficznych w nim wątkach. Koniecznie muszę do tego dotrzeć, dziękuję.
Uwielbiam te książkę. Czytałam ją kilka razy, lubię do niej wracać. Za to Fanny i Alexander – wstyd się przyznać – nie oglądałam, ale niedawno weszłam w posiadanie i planuje obejrzeć.
Bergman to mój mistrz, jego filmy kocham miłością nieograniczoną w swym bezmiarze. „Niedzielne dziecko” leży na półce i czeka, podobnie jak inna książka, którą zaczęłam czytać i w końcu nie dokończyłam (nie wiem czemu), „Dobre chęci”, opowiadająca historię rodziców Bergmana. Pastor jest w niej odmalowany zupełnie inaczej i warto do tej powieści zajrzeć przekonać się o tej różnicy. Co do literatury, to jednak trochę tego jest: na polski było przetłumaczonych wiele scenariuszy jego filmów, między innymi „Fanny i Alexander” właśnie, a ich czytelnicy twierdzą, że momentami wersje do czytania są lepsze niż te do oglądania (nierzadko tekst i obraz trochę się różnią treścią). Sama jak do tej pory zaopatrzyłam się w „Przedstawienia” (świetne!), ale wiem, że wyszły też „Scenariusze” czy „Sceny z życia małżeńskiego”. Czytałam też „Trzy dzienniki”, czyli zestaw dzienników Bergmana, Ingrid i ich córki, ale nie porwały mnie, pewnie dlatego, że pierwotnie nie miały być opublikowane, a więc nie była to też literatura najlepszych lotów.
kornwalia a tam od razu wstyd. Ja też dopiero stosunkowo niedawno trafiłam na „Niedzielne dziecko”. Miło wiedzieć, że i Ty zaliczasz się do grona wielbicieli Fanny i Alexander!
lilybeth a tam od razu wstyd! :) Mam nadzieję, że film dostarczy Ci wielu wrażeń. Swoją drogą, w którą wersję się zaopatrzyłaś? Zwykłą czy reżyserską?
Tanki bardzo zaintrygowałaś mnie „Dobrymi chęciami”. Poszukam ich sobie i przeczytam przy najbliższej sprzyjającej okazji. Co do scenariuszy – mam problem. Nie mogę przełamać się i zacząć traktować je jako literaturę. Wiem, że są dobre, ale ot tak już mam.
Fanny i Alexander to jeden z moich ukochanych filmów, tych, co to wiecie – na bezludną wyspę (taką z prądem i odtwarzaczem DVD)… a książki, cóż, nie znam – ale może poznam :)
Jest na Rajskiej (tzn. jeszcze nie ma, bo jej nie oddałam, ale zrobię to w tym tygodniu)
Fanny i Alexander w wersji papierowej i skróconej, ale jeśli nawet, to pewnie i tak warto ;)
Warto, warto. Poza tym to tylko sto stron, więc ewentualna strata czasu niewielka.
„Wielki reżyserem owszem.” – dodanie „m” podkreśli przywołaną wielkość :).