Ignacy Karpowicz – pisarz, który ożywił białostocki pomnik księdza Popiełuszki, nazwał Wertera (co wrażliwsi zamykają oczy) głupim chujem (co wrażliwsi mogą już oczy otworzyć) i co miesiąc wprawia mnie w stan wielkiego ukontentowania felietonami pisanymi dla Bluszcza. A teraz, choć nie, właściwie już jakiś czas temu, popełnił obrzydliwie opasłą powieść pod tytułem „Balladyny i romanse”, za którą dostał Paszport Polityki i którą ja szczęśliwie mam.

Szczęśliwie, bo „Balladyny i romanse” przydały się wczoraj – 21 marca 2011 – jak kto woli Pierwszego Dnia Wiosny ewentualnie Światowego Dnia Poezji. Zamiast topić/ palić Marzannę lub czytać poezję (co dotąd miałam w zwyczaju) udałam się na literackie spotkanie z wyżej wymienionym pisarzem.
Karpowicz, specjalista od udzielania wykluczających się wzajemnie odpowiedzi na te same pytania, nie miał ochoty za dużo gadać, bo był zmęczony i wymięty. Był zmęczony i wymięty, bo wrócił z targów w Niemczech. O dziwo (a może nie?) w rozmowie dominowała religia i trochę też popkultura. Zwłaszcza ten drugi temat okazał się wybitnie intrygujący.

Lubię maltretować się rzeczami na wskroś okropnymi – wyznał pisarz, tym samym ujawniając się jako fan popkultury i to tej w wydaniu najpodlejszym z możliwych. Z poczuciem zażenowania konsumuje jej najgorsze produkty, zwłaszcza bardzo złą literaturę, w której bezkonkurencyjny pozostaje Paulo Cohelo. Z podobnych powodów słucha czołowej polskiej stacji popkulturowej – Radia Maryja. Nie obca jest mu twórczość Gosi Andrzejewicz. Wyjątkowo nie lubi natomiast produktów średnich.
Dzięki popkulturze ludzie rzadziej się mordują – ta karpowiczowska teoria padała kilkukrotnie podczas wieczoru. To że mniej się mordują to jedyna zaleta i jedyny punkt, w którym kultura pop się broni. Innymi słowy - może i ogłupia, a nawet odmóżdża, ale jej odbiorcy, zamiast biegać po ulicach z maczetami, spędzają czas w domowym zaciszu bezkrytycznie zasysając jej dobra. Sam Karpowicz ponad wszystko ceni sobie cisze, spokój i samotność. Z natury jest eremitą, mieszka na wsi, aby nie musieć widywać ludzi. Zapewne dlatego był tak zmęczony i wymięty.

Spotkanie odbyło się w Księgarni pod Globusem. Prowadziła Małgorzata Niemczyńska.
Więcej zdjęć w Flickrze (klik)
Może Cię również zainteresuje:
- Wieczór z Krzysztofem Vargą i Edwardem Pasewiczem 03/10/2010
- Michel Houellebecq w Polsce 13/06/2008
- Pocałuj mnie w dupkę, czyli Jacek Dehnel z Cafe Szafe 09/11/2009
- Sztuka wyboru 05/07/2010
- Z kubańskim pozdrowieniem 11/10/2009
- Pan Kielonek w Lokatorze 16/09/2009
- Tako rzecze Mariusz Szczygieł 26/11/2009










Jak powieść masz, to czytaj kochana! ;) Czytaj, bo warto. Ja jestem w połowie lektury i te 575 stron wydają mi się niczym w porównanie z satysfakcją i literackim zaspokojeniem, jakie ta powieść mi daje. ;) Poważnie. Książka jest znakomita!