Czytelnicze doświadczenie z gatunku dziwnych, a nawet do szczętu wariackich. Tych dziwnych i wariackich od początku do końca. Do ostatniej kropki. „Związek żydowskich policjantów”, bo o nim mowa, to ubrane w kostium amerykańskiego czarnego kryminału igrzyska kreacji. Święto nieskrępowanej niczym żydowskiej fantazji. I do tego ten język – błyskotliwy, ostry jak szpada. I ten humor – podszyty gorzką ironią.
Zacząć chyba trzeba od głównego bohatera – śledczego Mejera Landsmana. Choć nie, zacząć jednak trzeba od Alaski. Bo to na Alasce właśnie rozgrywa się cała intryga i to właśnie w alaskańskiej alternatywnej rzeczywistości Michale Chambon osadził akcję swej błyskotliwej powieści. Oto bowiem po zakończeniu drugiej wojny światowej żydowscy emigranci z Europy zasiedlili fragment Alaski, czyniąc zeń niemalże własne państwo. Państwo w państwie. Nie mającą nic wspólnego z mityczną ziemią obiecaną, mroczną, brudną i nieprzewidywalną żydowską enklawę pod jurysdykcją Waszyngtonu, którym dotąd nikt jakoś szczególnie nie zawraca sobie głowy. Ale to wkrótce ma się zmienić.
Wróćmy do inspektora Landsmana –zgorzkniałego detektywa ze skłonnością do wysokoprocentowych napoi. Bohatera, któremu nie wiedzie się na żadnej płaszczyźnie istnienia – ani w pracy, ani tym bardziej w tak zwanym życiu prywatnym. Mieszka samotnie w zapyziałym pokoju hotelu Zamenhoff, jego skuteczność jako śledczego, w duecie ze swym partnerem i najbliższym przyjacielem Miśkiem – indiańskim Żydem czy może raczej Indianinem wyznania Judeochrześcijańskiego, bliska jest zeru, a gdyby tego było mało, od teraz jego przełożonym zostaje jego była żona – Bina – do której, o losu ironio, wciąż czuje miętkę. Niezidentyfikowany martwy szachista z hotelu Zamenhoff jest doprawdy ostatnią sprawą, którą w swej obecnej sytuacji Landsman powinien zaprzątać sobie uwagę, a jednak zaczyna śledztwo na własną rękę, wiedziony, danym wszystkim literackim detektywom, szóstym zmysłem, który mu podpowiada, że martwy szachista nie jest samobójcą, ba, mało tego, jego śmierć bynajmniej nie jest przypadkowa. I oczywiście szybko się przekona, że miał rację, a trup z hotelu Zamenhoff to tylko czubek góry lodowej. Innymi słowy Landsman odkryje grubszą aferę.
Jest zatem „Związek żydowskich policjantów” powieścią sensacyjną i detektywistyczną o wyjątkowo zawiłej intrydze, a nade wszystko pięknym hołdem złożonym czarnemu kryminałowi spod znaku Dashiella Hammetta czy Raymonda Chandlera. Jest też jednym z najbardziej brawurowych i błyskotliwych judaica jakie kiedykolwiek czytałam. Połączenie konwencji klasycznej powieści noir z egzotyczną, wykreowaną z dowcipem i ogromną ilością autoironii żydowską alternatywną rzeczywistością, jest przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym, a jednak Chabon wychodzi z tej próby obronną ręką. Pomimo tego, że intryga miejscami jest makabrycznie zawiła, a język gęsty jak smoła, powieść broni się nawet w cięższych momentach, a to dzięki dopracowanemu do perfekcji światu przedstawionemu i znakomicie skonstruowanym bohaterom – również tym o trzeciorzędnym znaczeniu.
Ocena: 





„Związek żydowskich policjantów” Michael Chabon, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska, W.A.B., Warszawa 2009, s. 452
[z Biblioteki Jagiellońskiej]
Może Cię również zainteresuje:
- Romantyczność 28/05/2010
- „Uwikłanie” Zygmunt Miłoszewski 02/06/2008
- „America Dream. Niedopowieść” Natalia Bielawska 24/03/2010
- Ojciec narodu i gwiazda 30/12/2010
- Bezręki i bandyta 25/04/2010
- O włos 17/08/2010
- „Biała lwica” Henning Mankell 08/05/2008











Ja też dobrnęłam do końca, było ciężko, ale faktycznie to kwestia gęstości tego języka. Jazda bez trzymanki była to :) Żałuję, że Chabona praktycznie nie ma na polskim rynku, wstyd, ale zaopatrzyłam się sama w „The amazing adventures of Kavalier&Caly” zobaczymy, jak mi pójdzie w orginale :)
Pingback: Gazeta literacka | ŻydoAlaska
Zosiu, nie mogę wyjść z podziwu, że (zresztą już nie pierwszy raz) wyszukujesz i wyciągasz na światło dzienne takie książki. W życiu nie słyszałam o tej pozycji, a i pewnie podczas przeszukiwania katalogów księgarnianych nie zwróciłabym na nią uwagi, bo jest dosyć niepozorna.
A jednak zaintrygowała mnie, właśnie dzięki Twojej recenzji :)
Pozdrawiam :)
Słyszałam o tej książce i dwóch innych z tej serii, ale mialam ją w ręku tylko w księgarni polskiej w Dublinie, a tam ceny zaporowe. Mam nadzieję je wszystkie kupić i przeczytać, bo od pierwszego macania wydały mi się interesujące
Seso będę trzymać kciuki i liczę po cichu, że podzielisz się tutaj swoimi refleksjami z czytania. Ja i mój angielski nie odważymy się na czytanie Chabona w oryginale ;-)
Claudette cała przyjemność po mojej stronie. Na powieść trafiłam przez przypadek właściwie. Albo inaczej. O tym, że po nią sięgnęłam zadecydował impuls. Tuż po polskiej premierze wpadła mi w oko, ale oczywiście o niej zapomniałam. Pod koniec roku stałam w kolejce do odbioru książek i zobaczyłam dziewczynę, która właśnie wypożyczyła „Związek żydowskich policjantów”. Decyzja była błyskawiczna – natychmiast ją sobie zamówiłam.
Kasia.eire to są inne w serii? O masz, a ja myślałam, że „Związek żydowskich policjantów” nie ma kontynuacji.
A wiesz, że mi się kojarzyło, że Ty nie przepadasz na kryminałami noir – chyba kiedyś rozmawiałyśmy o tym na Twoim blogu, prawda? Czyżby współczesny autor nawrócił Cię na ten gatunek sprzed ponad pół wieku? ;)
Do samej książki oczywiście mnie przekonałaś, choć najpierw wolałabym przeczytać stojące już na półce „Wieczory kaluki”, również z obszaru „judaica” (zgrabnie ujęte, więc z góry proszę o wyrozumiałość, jeśli zapożyczę sobie ten tag i do mnie :) ) z tego co piszą.
Maiooffko masz rację. Dyskutowałyśmy z tego co pamiętam chyba przy okazji J.C. izzo. Za czarnym kryminałem nie przepadam, ale w ramach rozszerzenia horyzontów czynię w jego łonie, powiedzmy, niezobowiązujący research. Nie powiem, żeby Chabon mnie do niego ostatecznie przekonał, bo po „Związek żydowskich policjantów” sięgnęłam raczej jako judaica niż powieść noir nie mniej jednak było warto, choćby po to, aby zrewidować swoje poglądy. Może i ja sięgnę po „Wieczory Kaluki”?
A to mi dałaś do myślenia, byłam przekonana, ze miałam w ręku dwie, jak nie trzy, ale moge się mylić, bo to było ze 3 lata temu, pamiętam, że byłam zalamana ceną, bo wywalili chyba z 15 euro za jedną. Muszę go koniecznie poszukać.
Kasiu to teraz Ty dałaś mi do myślenia…
Powieść była świetna – smakowita i w ogóle. Wreszcie książka mająca w temacie Żydów, a nie będąca zapisem martyrologii.
Lisie święte słowa. Oby takich więcej
Ja Chabona jeszcze nigdy, nic, ale teraz mnie dopadł. Muszę przeczytać „Gentelmen of the road” do magisterki. Oczywiście, nieprzetłumaczone. Wpisałam sobie nazwisko tego pana w google i nie zdziwiłam się nawet, że od razu przywiodło mnie na Twojego bloga.