Dobry horror to dobre „momenty”. Ale czyje nerwy zniosłyby takie natężenie emocji, gdyby horror składał się z samych „momentów”? Osobną kwestią byłaby literacka wartość takiego dzieła, stworzonego li tylko po to, aby podnosić poziom adrenaliny. Toteż „momenty” trzeba połączyć jakąś fabułą, która zrobi pod nie podkład, a gdy trzeba ostudzi temperaturę. Wbrew pozorom dobre spoiwo jest równie istotne jak sceny programowo mrożące krew w żyłach.
Jakub Żulczyk (podobno) został pasowany na polskiego Stephena Kinga. Podobno, bo między nami mówiąc w tym określeniu więcej jest dobrych chęci marketingowców niż rzeczywistych przesłanek. Zresztą mam wrażenie, że taka stygmatyzacja nie do końca jest tym czego życzy sobie sam zainteresowany, który owszem wyrasta i czerpie z kultury popularnej i to nawet nie pełnymi garściami, a wiadrami, ale niekoniecznie po to, aby zostać zamkniętym w szufladce autorów pop-literatury pisanej ku uciesze mniej wybrednych i wymagających. Nie było mi dotąd dane zapoznać się z poprzednimi powieściami Żulczyka, ale od czasu do czasu zaglądam na jego blog, na którym konsekwentnie kreuje się na, owszem – znawcę popkultury, ale i pisarza celującego do czytelników o potrzebach estetycznych i intelektualnych nieco bardziej wygórowanych niż nieśmiertelna trójca: seks+krew+emocje. Żulczyk chciałby powiedzieć coś frapującego i świeżego o polskim tu i teraz, ale de facto w przypadku „Instytutu” na chęciach się kończy, choć nie jest to powieść pozbawiona pewnych zalet.
Jakich? Bez wątpienia „Instytut” jest sprawnie nakreślonym horrorem z krakowskim kluczem. Zaprojektowanym na bazie pierwotnych lęków, trochę manierycznie napisanym czytadłem z dreszczykiem. Literacką próbą zdiagnozowania i dookreślenia zła. Żulczyk, podobnie jak Zygmunt Miłoszewski w „Domofonie”, wykorzystuje motyw odcięcia od świata zewnętrznego, zamknięcia we własnym domu, który przestaje pełnić funkcję ostoi spokoju i bezpieczeństwa. Zamienia się w więzienie. Może nie klaustrofobiczne, bo tytułowy Instytut ma ponad sto metrów kwadratowych, ale bez wątpienia więzienie i to w sensie bardzo dosłownym.
Grupa sublokatorów mieszkania przy alei Mickiewicza pewnej niedzieli zostaje całkowicie odcięta od świata zewnętrznego. Nie działają telefony i winda, nie ma Internetu, krata na klatce schodowej wydaje się być zatrzaśnięta na amen. Później będzie już tylko gorzej, a początkowa dezorientacja i niepokój bohaterów stopniowo przerodzi się w panikę połączoną z coraz bardziej dojmującym poczuciem osaczenia i… pogrzebania żywcem. Równolegle toczy się opowieść Agnieszki, głównej bohaterki – trzydziestokilkuletniej właścicielki Instytutu, barmanki w Brzydkim Kocie (ukłon w stronę Pięknego Psa), matki dziecku i niespełnionej artystki, która po ucieczce od męża najwyraźniej przeżywa w Krakowie drugą młodość. Jej wyznania są właśnie tym spoiwem, kontrapunktem dla „momentów”, który pozwala uspokoić oddech, a to cenne, bo sceny w mieszkaniu są nakreślone sugestywnie i z dużą dozą makabry. Innymi słowy – trzymają w napięciu.
Opowieść Agnieszki pełni tu jeszcze jedną rolę. To właśnie w nią Żulczyk wtłacza swoje trzy grosze na temat współczesności, czyli to co decyduje o „nierozrywkowych” walorach „Instytutu”. Niewątpliwie pisarz jest bacznym obserwatorem i wyłapuje społeczne niuanse, ale jego refleksja na temat polskiej rzeczywistości, prócz kilku udanych stwierdzeń, nie przynosi ani nic nowego, ani świeżego. Jego powieść sprawia wrażenie kompilacji modnych tematów z pierwszych stron gazet. Czegóż tu nie ma? Trzydziestolatków życie na kredyt, niespełniony artysta realizujący się w telenowelach, przemoc psychiczna wśród uczniów, kibolskie ustawki, religia sukcesu, społeczna znieczulica, upadek rodziny – wszystko pobieżnie zasygnalizowane, jak przystało na powieść wyrosłą z popkultury – zaledwie liźnięte, wykorzystane w roli tła, tym bardziej efektownego, bo osadzonego w mieście knajp i kościołów.
Bohaterowie Żulczyka to stereotypowi hedoniści (jak osiłek to tępy, jak weganka to wyluzowana), żyjący od imprezy do imprezy, balansujący na skraju alkoholizmu. Postawieni wobec sytuacji tyleż niedorzecznej, co przerażającej zmieniają się w bezradnych i agresywnych histeryków. Ba, ta ich skłonność do histerii jest wręcz nieznośna. Jest jeszcze zakończenie, choć na te wolałabym miłosiernie spuścić zasłonę milczenia. Nie spuszczę jednak, bo rozwiązanie jest okrutną kpiną z czytelnika, tak jakby polskiego Stephena Kinga nie stać było na zaproponowanie czegoś mniej oczywistego i banalnego. Ja rozumiem, że popkultura rządzi się pewnymi prawami, ale come on! Nie mniej jednak, za „momenty” i towarzyszący lekturze dreszczyk emocji niech będzie cztery.
Ocena: 





„Instytut” Jakub Żulczyk, Znak, Kraków 2010
[egzemplarz recenzencki]
W powieści jest mały acz uroczy lokalizacyjny błąd. Otóż widok z budynku numer 20 przy alei Adama Mickiewicza nie jest na Plac Inwalidów, jak twierdzi autor, a na AGH.
Może Cię również zainteresuje:
- Najśmieszniejszy przewodnik po Krakowie 14/05/2010
- Nie tylko zdjęcia 04/08/2010
- „Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła” Andrzej Kozioł 04/12/2009
- Okrucieństwa nie do przyjęcia 21/08/2010
- „Wampir z Ropraz” Jacques Chessex 08/02/2009
- „Dom na pustkowiu” Andrea Maria Schenkel 10/07/2009
- „Obcy” Taichi Yamada 23/02/2010











dobrze napisane. mnie sie generalnie podobało jedynie zakończenie było takie nijakie. jakby sie autor matrixa naooglądał. nie wiem, moze brakło mu pomysłu.
w kazdym razie po tej ksiazce nabralam ochoty na DOmofon, który chyba jest lepszą książką
Zakończenie – zdecydowanie brak pomysłu. Żulczyk poszedł na łatwiznę, bo w taki sposób można wszystko wyjaśnić. W „Domofonie” zakończenie też siada, ale chyba faktycznie jest lepszy. Zresztą przekonaj się sama :)
Pingback: Gazeta literacka | Na Mickiewicza w Krakowie mordują
Widzę, że mamy dużo tych „polskich Stephenów Kingów”, bo niedawno czytałam, iż podobnie określa się Miłoszewskiego.
I nawet, myślę, wybaczyłabym Żulczykowi takie lekkie zapożyczenie fabuły nie tylko z „Domofonu”, ale przy okazji też z filmu „Rec”, gdyby nie zakończenie.
Ale jak piszesz, że siada, to siada i nie mam więcej pytań. A po „Instytut” może i sięgnę, ale z ciekawości.
I widzę, że mamy podobne odczucia jeśli chodzi o „Domofon”. Książka, jak dla mnie świetna, praktycznie niczego jej nie brakowało, aż do czasu gdy przeczytałam do końca. Zakończenie jest tak irytująco dziwne i wygląda tak, jakby książka po mocnym marszu upadła i przeczołgała się ostatnie parę metrów.
Pozdrawiam :)
bo chyba najtrudniej est wymyśleć pisarzowi dobre zakończenie.
Mnie tam oprócz zakończenia kulała także logika, ale ja jestem czepialskim czytelnikiem:-) Choć ogólnie „Instytut” mi się podobał.
Zosiu, ale czy w życiu nie liczą się właśnie „momenty” :) Zdecydowanie zakończenie można by rozegrać inaczej. Ale „Instytut” i tak polubiłam :)
Claudette ha! A Miłoszewski (z tego co wiem) horrorów już pisać nie ma zamiaru! I tu nawet nie chodzi o lekkie zapożyczenie fabuły, bo motyw uwięzienia wbrew woli we własnym domu nie jest niczym nowym. Nie mniej jednak położył zakończenie. Miłoszewski zresztą też. Oboje położyli zakończenie.
Mary true i po tym poznasz pomysłowego pisarza, który wymyśli coś nowego, a Żulczyk poszedł na skróty no, przyznaj mi rację ;)
Rosemary logika swoją drogą, nie chciało mi się już o wszystkim pisać, bo i tak napisałam dużo, ale nie da się ukryć, że bohaterowie postępują według jakieś pokrętnej logiki, a Agnieszkę najczęściej miałam po prostu ochotę kopnąć w tyłek
Magdzik och momenty były dobre :)
A to ciekawe, że autor nie sprawdził dokładnie topografii Krakowa. Na zakończenie wszyscy narzekają, nie ma się co dziwić.
Jeśli horror to polecam Stefana Dardę bardzo fajnie pisze.
Lilithin wiesz co on się w sumie aż tak bardzo nie pomylił, to po prostu kwestia numeracji budynków, gdyby wybrał nieco wyższy numer wszystko byłoby OK ;-)
Judytto dzięki za polecenie, nie kojarzę nazwiska
właściwie, chciałem przeczytać, a teraz mam wątpliwości (czy tracić czas)
„Zapis namiętności czytania” – ładnie :)
A gdzie się podziały książki sierpnia i września? Za chwilę pora będzie wybierać miss października! ;)
http://www.stefandarda.pl/index.php?strona=ksiazki
czy ktoś, podobnie jak ja, ma problem z wyświetlaniem się obrazków/zdjęć na stronie głównej w przeglądarce google chrome?
przepraszam za taki off-topic, ale nie mam gdzie tego napisać.
problem polega na tym, że na stronie gł. nie „ładują” się żadne obrazki.
jak już wejde w temat, jak ten – to dopiero wówczas pojawia mi się okładka książki.
próbowałem czyścić dane przeglądarki, ale to nic nie pomogło.
na operze działa normalnie.
Co tam horror, co tam Żulczyk, kiedy w naszej ulubionej Taniej Jatce są CZTERY Grahamki!!! I to w cenie 6-7 zł!
:)))
Zosiu, rządzisz :-)
Zosik, zapraszam do zabawy – szczegóły na moim blogu :)
Maiooffko dobre pytanie ;-) Muszę tym się zająć
SVJ faktycznie jest jakiś problem z wyświetlaniem obrazków pod Chrome i prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego i nie wiem jak temu zaradzić :(
Przewodnikpokrakowie dzięki za cynk! Mam nadzieję, że coś jeszcze zostało
Chuda to dobrze ;-)?
Hiliko zaraz zajrzę, a niech mi tam!
Ja rozumiem, że ten wpis powinien być specjalnie dla mnie dedykowany. Zosik, to chyba jakieś niedopatrzenie jest ;-) że tej dedykacji brakuje.
Bo to przecież wszystko o mnie: „pop-literatury pisanej ku uciesze mniej wybrednych i wymagających”. „czytelników o potrzebach estetycznych i intelektualnych nieco bardziej wygórowanych niż nieśmiertelna trójca: seks+krew+emocje”.
Ha Ha :-)
ale na swoją obronę dodam, żem wbrew pozorom wymagający i całkiem wybredny i nawet jakieś potrzeby estetyczne i intelektualne mam :P
W każdym razie to już kolejna średnio pochlebna recenzja tej powieści i chyba dobrze się stało, że nawet przez myśl mi nie przeszło jej przeczytać. Zwłaszcza że polskich Kingów to już chyba o pięciu czytałem.
Sama recenzja świetna. Pozwolę sobie wrzucić do niej linka na moją podstronę o polecanych cudzych recenzjach. :-)
A teraz wracam do swojej nieśmiertelnej trójcy: seks+krew+emocje
Pozdr
:-) ;-)
A mnie się podobał „Instytut” Może zakończenie faktycznie nie rzuca na kolana, ale przyznam się szczerze, że nie przeczytałam jeszcze nic poza „Nie mów nikomu” Cobena co by mnie zatrzymało od pierwszej do ostatniej strony i powaliło. Więc bez większych wymagań i nastawienia książkę przeczytałam, pochwalę i pożyczam w krąg znajomych. I o dziwo im także się książka podoba. No i brawa dla Żulczyka za momenty.
cedro dla Ciebie wszystko :-)))
Powiem tak. Jak na początek kariery Jakuba książka niezła. Są drobne niedociągnięcia w zachowaniu bohaterów, które można wytłumaczyć stresem związanym z sytuacją w jakiej się znaleźli. Poza tym pewne zdarzenie można wytłumaczyć (jednak powinien to autor później wyjaśnić, a nie pozostawiać do odgadnięcia jak to się stało) faktem, że spali twardo, bo w jedzeniu mieli coś podane, lub jakimś gazem zostali podtruci (ci, którzy już czytali wiedzą o jaki moment mi chodzi). Końcówka może i bez rewelacji, ale już np. o ile szybko można było się domyślać kto, to już ciekawe było czy bohaterka się z tego wywinie (w końcu Agnieszka N. prawdopodobnie była wśród ofiar), a jeśli tak, to jak to zrobi.
Jedynie co mnie drażniło to zachowanie bohaterki (niby dojrzała, a chlała na potęgę), kwestia podejścia do życia i do wychowania dziecka, ale… różni są ludzie.
Ogólnie, myślę, że warto skusić się na tę pozycję i mam nadzieję, że Żulczyk będzie się rozwijał.