Przed
chwilą do księgarni trafiła najnowsza powieść Jeannette Winterson – „Dyskretne symetrie” – a już zdążyła zebrać kilka szalenie entuzjastycznych recenzji (vide ta Patrycji Pustkowiak z ubiegłotygodniowej Kultury czy Marty Mizuro w Przekroju). Przewlekła przewrotność kazała mi sięgnąć znów po prozę Winterson, choć nie czyniłam tego od ładnych kilku lat, aby (dla równowagi ducha) przypomnieć sobie dlaczego w pełni nie podzielam zachwytów nad jej pisarstwem. Padło na debiutanckie „Nie tylko pomarańcze…”, które spadły mi (dosłownie!) z bibliotecznej półki prosto w ręce. Chyba bardzo pchały się do wyjścia, bo jak wskazuje wlepka z terminami zwrotu – powieści nikt nie wypożyczał od trzech lat.
W debiucie Winterson najbardziej przypadł mi do gustu… wstęp, którym pisarka opatrzyła drugie wydanie „Nie tylko pomarańczy…”. Dzieli się w nim nie tylko kulisami powstawania powieści i klarowania koncepcji pisarskiej, ale również poglądami na kwestię bylejakości i to zarówno w literaturze jak i życiu, oraz spostrzeżeniami na temat brytyjskiego rynku wydawniczego. Prawdę powiedziawszy jej wyraziste poglądy z przedmowy są dużo bardziej interesujące niż sama powieść, która choć zaczyna się nader obiecująco, im bliżej końca tym coraz nudniejsza i bardziej przewidywalna się staje. W każdym razie z chęcią poczytałabym sobie więcej szkiców Winterson, ale nie o tym pisać miałam.
Winterson nie ukrywa, że od panów preferuje panie i o dojrzewaniu do tego odkrycia czy może raczej konstytuowaniu tej konkretnie preferencji opowiada w „Nie tylko pomarańcze…”. Jest to więc poniekąd autobiograficzna powieść rozwojowa, której pikanterii dodaj osadzenie akcji w środowisku katolików w wydaniu hard. Oto bowiem nasza Jeannette – jako dar boży – zostaje adoptowana przez kobietę głęboko religijną, dewotkę właściwie, oddaną całkowicie kościołowi, panu niebieskiemu i nawracaniu bezbożników. Dla swej córki, którą zresztą jakoś szczególnie się nie przejmuje, przewidziała rolę misjonarki i faktycznie Jeannette pokornie daje się wkręcić w tę rolę. Do czasu, gdy wkracza w okres dojrzewania i w nie do końca uświadomiony sposób zaczyna pożądać kobiet, co, ze zrozumiałych powodów, jest nie do zaakceptowania dla jej matki.
Połączenie motywu dewocji religijnej z wątkami rodem z literatury LGBT jest przedsięwzięciem odważnym i ryzykownym, ale Winterson wychodzi z tego obronną ręką. Co istotne – „Nie tylko pomarańcze…” nie są powieścią obrazoburczą, rozliczającą czy oceniającą, a od konfliktu dogmatów wiary dla pisarki ważniejsze jest podkreślenie dramatu dojrzewania. Zastanawiające w postawie jej literackiego alter ego jest to, że od razu akceptuje swą odmienność, poddaje się jej i decyduje na prowadzenie podwójnego życia – co oczywiście nie może trwać w nieskończoność. Jak na osobę wychowaną w tak silnie katolickim środowisku, przyszłą misjonarkę, można by spodziewać się, że pogodzenie się z nową – nie licującej z nauką kościoła – tożsamością przyjdzie Jeannette z większym trudem. Tym czasem nic bardziej mylnego. Godzi się z tym od tak, bez wewnętrznych dylematów i poczucia winy, a jeśli cierpi to z powodu rozstania z kochanką, a nie sprzeniewierzania się matce czy religijnym naukom. Pisarka (celowo?) przemilcza kwestię sumienia. W postawie jej alter ego jest coś szalenie aroganckiego i sztucznego, co sprawia, że ja jej nie wierzę.
Wspomnieć należy również o oczku w głowie i poniekąd znaku rozpoznawczym Winterson – słynnej nielinearnej narracji, z którą eksperymentuje w „Nie tylko pomarańcze…” wciskając na siłę alegoryczną przypowieść, faktycznie rozbijającą rytm opowieści. Nie lubię nielinearnej narracji i już wiem czemu po powieści Winterson sięgam raz na kilka lat.
Ocena: 





„Nie tylko pomarańcze…” Jeanette Winterson, przełożył Waldemar Łyś, Rebis, Poznań 2000
Może Cię również zainteresuje:
- „Miasto i psy” Mario Vargas Llosa 17/04/2008
- „Noc jest dziewicą” Jaime Bayly 28/02/2008
- „Piąta strona świata” Kazimierz Kutz 04/03/2010
- „Moje drzewko pomarańczowe” José Mauro de Vasconcelos 22/11/2007
- „Dziewczynka, która za bardzo lubiła zapałki” Gaétan Soucy 01/11/2009
- „Zabić drozda” Harper Lee 11/03/2008
- Złoty medal w megalomanii 04/11/2010










Jak widać książki wiedzą, gdzie będą miały dobrze. ;) Lgną do Ciebie.
:]
Pingback: Gazeta literacka | Do zobaczenia za kilka lat
czytałam dwie jej książki, jedną to „Namiętność” i „POdtrzymywanie światła”. Ta druga chyba najmniej popularna albo przynajmniej jakoś mało znana, a mnie się podobała.
To ja czytałam prócz „Namiętności”, które chyba najbardziej mi się podobały, również „Płeć wiśni” i ta pomimo świetnego początku sromotnie mnie rozczarowała. Nie mówię kategorycznego nie pisarstwu Winterson, ale i nie wzbudza we mnie szczególnego entuzjazmu :/
Czytałam to dosc dawno temu, i musze przyznac, ze gdyby nie przebłyski humoru, ksiązka byłaby licha. Przeglądałam tez ostatnio w ksiegarni Dyskretne symetrie, ale po gruntowniejszym podczytaniu wydały mi sie napuszone i sztuczne. A na polecanki Pani Patrycji juz sie kilka razy naciełam, wiec jej zachwyt stanowi dla mnie bardziej argument przeciw niz za.
Kojarzę autorkę tylko z jakiegoś zestawienia książek, które koniecznie trzeba znać (BBC?). Do tej pory nie wpadła mi (sama) w ręce i stąd pewnie jeszcze jej nie znam ;))
Peek, między nami mówiąc, „Dyskretne symetrie” brzmią jak jakiś niewyobrażalny (za przeproszeniem) bełt. Może za jakieś 10 lat się skuszę, choć i to nie jest pewne. Mój stosunek do prozy Winterson się bynajmniej po „Nie tylko pomarańcze…” nie zmienił. A co do recenzji p. Patrycji pamiętam wciąż Twoją wtopę z powieścią Dana Handlera.
Maioofko i moim zdaniem wielką stratą to nie jest, a gdybyś już koniecznie chciała zmienić ten stan rzeczy to proponuję przeczytać „Namiętność”
Maioofka, i mnie się zdaje, że na liście BBC jest coś Winterson, chyba „Płeć wiśni”. :)
Coś mi wcięło z komentarza.
Zosik – czytam teraz książkę, która ostatnią (przed moją) datę na wklejce ma sprzed siedmiu lat! A jest to… Kazuo Ishiguro („Okruchy dnia”). Dziwne, że najpopularniejsze tytuły takich popularnych – zdawałoby się – autorów jak Winterson czy Ishiguro są wypożyczane tak rzadko.
Tfu … wyszłam zamiast się wpisać!:/ bo ja się normalnie przestraszyłam Zosik! Taki tytuł posta, aż mi w kolanach miękko:)
„Nie tylko pomarańcze” mam nadzieję nie przypomina „Kazirodztwa” Ch.Angot? Bo już zapisałam w notesie:)
ja mam, jak peek a boo, czyli polecanki Pani Patrycji kompletnie nie dla mnie. Od dłuższego czasu zerkam, jak coś ocenia, żeby wiedzieć, co mam ominąć.
Wiesz, mnie się podobała tak naprawdę „Podtrzymywanie światła”. Po więcej chyba nie sięgnę.
Marigolden abstrahując na chwilę od Winterson – czy Ty wiesz, że „pies z terakoty” sromotnie mnie rozczarował? :( A wracając do meritum mnie już nic nie zdziwi, choć nie powiem, aby w związku z tym nie było mi przykro trochę. Choć taki stan rzeczy ma swoje dobre strony – na przykład całoroczna dostępność powieści Ishiguro czy Winterson na półkach dzięki czemu nie trzeba czatować, wpisywać się do kolejki etc
Moni nie kojarzę nawet z tytułu „Kazirodztwa”. Co to za książka?
Chiara :] Wiesz, że muszę się bliżej przyjrzeć twórczości recenzenckiej p. Patrycji, bo bardzo zaintrygowało mnie to, że obie z Peek-a-boo kompletnie odrzucacie polecane przez nią książki. Ciekawe jak będzie ze mną? Sprawdzę przy pierwszej sprzyjającej okazji ;-)
Zosik przesyłam Ci link, bo ja tej książki nie strawiłam więc nie będę opowiadać :/ http://ksiazki.wp.pl/bid,24621,eid,26325,tytul,Kazirodztwo,ksiazka.html
Zosik, co do „Psa” – wielka szkoda. Czy to przez te historyczne wątki wplecione we współczesne śledztwo? (Mnie się podobały, i cała książka też, pamiętam, że dobrze się przy niej bawiłam). A może po prostu przejadł Ci się Camilleri? :-|
Dyskretne symetrie to zdaj się Gut Symmetries, czyli książka z 1997 roku. Czytałam ją i jest bardzo kiepska. Natomiast Nie tylko pomarańcze i Namiętność są świetne.
Moni kojarzę okładkę, bo bardzo długo zalegała w taniej książce, ale powieści nie znam i pewnie to się nie zmieni ;)
Marigolden nie, nie Camilleri mi się nie przejadł, po prostu intryga mi nie podeszła, a ostatnie 50 stron tak mnie zeźliło, że czytanie musiałam sobie rozbić na dwa dni. Ale i tak będę kontynuować znajomość z panem C.
Sylwia no widzisz, o ile dla „Namiętność” jeszcze mi się podobała o tyle „Nie tylko pomarańcze” mocno mnie rozczarowały – powody tego stanu wyłuszczam w recenzji ;-)
Gdybyś chciała ją poznać, odciągałabym Cię od tego pomysłu!
Kolejna recenzja w polskim necie, w której autorka uparcie twierdzi, że Winterson wychowywała się w ortodoksyjnej rodzinie katolickiej (wychowywali ją zielonoświątkowcy). Nie rozumiem: czy to tłumacz coś zawalił, czy winna jest perspektywa polska, gdzie główną bete noire jest zawsze KRK?
Oho, trafiła do mnie wojująca wielbicielka. Witaj Tatiano :). Szczerze nie pamiętam jak to było w książce, ale gdyby było wspomniane coś o zielonoświątkowcach to bez wątpienia bym to zapamiętała, ergo przypuszczam, że to tłumaczenie.
W oryginale co prawda nie jest wymieniona nazwa wyznania (to wiem z biogramu z tyłu książki), ale jest sporo pastorów – chyba polski tłumacz ich nie pozamieniał na księży? Poza tym na początku książki matka ostrzega Jeannette przed kultem świętych: „… they were really wicked, and given to nameless desires. Not fit for worship; this was yet another heresy of the Catholic Church and I was not to be misled by the smooth tongues of priests ” (przepraszam, ale mam tylko oryginał).
Nie piszę tego, aby Ciebie zflekować :-), dla mnie Twoja pomyłka (jak wspominałam, nie jedyna w polskim necie) jest tylko dowodem na znane w psychologii postrzeganie selektywne – widzimy to, co chcemy widzieć.
`
Niestety i ja nie sprawdzę jak to jest w oryginale, bo mój egzemplarz pochodził z biblioteki.