Nie padłam rażona (bo fikcja literacka coraz mniej, brzydko mówiąc, mnie rusza), ale przyznaję, że było interesująco. Nawet bardzo, bo Christian Moerk w „Kochanym Jimie” przekonuje, że w czasach, w których panuje przekonanie o tym, że wszystko zostało już napisane na każdy możliwy sposób, wciąż można mile zaskoczyć czytelnika tworząc literaturę nietuzinkową i to zarówno pod względem formy jak i treści.
Określenie „nietuzinkowa” zresztą bardzo dobrze oddaje specyfikę tej pokręconej, rozgrywającej się na kilku narracyjnych poziomach, powieści. „Kochany Jim” jest kryminałem zarazem kryminałem nie będąc, jest też mocno zakorzenioną w irlandzkim folklorze współczesną baśnią i całkiem niezłą powieścią psychologiczną z wątkiem miłosnym. Rzecz oscyluje wokół zagadkowego morderstwa dwóch sióstr Walsh i ich cioteczki. Od kto je zabił zdecydowanie ważniejszym pytaniem będzie z jakiego powodu? Dlaczego ciocia Moira przez wiele tygodni maltretowała i więziła swe siostrzenice w niepozornym domku na przedmieściach Dublina? Kim jest trzecia osoba, której najwyraźniej udało się przeżyć i zbiec? Zwłoki w stanie rozkładu odkrywa gapowaty listonosz, a jakiś czas później – inny niewydarzony pracownik poczty – Niall – w przegrodzie na odrzucone przesyłki znajduje dziennik jednej z zamordowanych sióstr – Fiony – kochanki bajarza i wagabundy Jima. Jim był bożyszczem niewieścich serc za życia i po śmierci. Niebezpiecznym i kusząco amoralnym osobnikiem, który do perfekcji opanował sztukę obwijania kobiet wokół palca. Krótki acz intensywny romans z Fioną miał okazać się brzemienny w skutkach dla całej jej rodziny. Opowieść dziewczyny prowadzi Nialla do małego miasteczka w okolicach Cork, którego mieszkańcy bynajmniej nie będą witać go z otwartymi ramionami, a to dopiero początek. Więcej zdradzać nie będę.
Moerkowi należą się wyrazy uznania za misterną konstrukcję. Historię z „Kochanego Jima” zapewne można by opowiedzieć na kilkanaście innych – prostszych- sposobów, ale ten wydaje się szczególnie sprytny i dobrze wykoncypowane. Pisarz zaczął od końca by dotrzeć do początku, przeplatając wspomnienia zamordowanych sióstr baśnią snutą przez Jima i „śledztwem” Nialla, choć śledztwo nie jest tu najlepszym słowem. Między martwymi dziewczynami a urzędnikiem pocztowym nawiązuje się bowiem coś w rodzaju duchowej więzi i Niall czuje się niemalże zobligowany, jak oddany swej pannie (tutaj – pannom) rycerz, doprowadzić opowieść o siostrach Walsh do końca. Nie szkodzi, że po drodze zostanie zwolniony z pracy, niemalże zlinczowany przez wściekłych rodziców (kapitalny portret małomiasteczkowej społeczności na czele z, marzącą o byciu szeryfem w hollywoodzkim stylu, policjantką Bronagh) i… powiedzmy, że przeżyje jeszcze kilka nieciekawych przygód.
Podoba mi się bezpretensjonalność powieści Moerka. Żadnych tanich emocji, populizmu, dopisanej na siłę tezy czy udawania czegoś czym w rzeczywistości się nie jest – a to niestety nagminne u innych debiutantów (przykładów palcem wskazywać nie będę – zainteresowanych odsyłam do archiwum Lekturek). „Kochany Jim” to literatura z założenia rozrywkowa, ale napisana sprawnie i z pomysłem. Ma kilka słabszych momentów (wysiadałam przy bajkach Jima, ale pewnie dlatego, że celtycka mitologia nie należy do moich ulubionych), ale ponuro-deszczowo-irlandzki klimat jest niezłą rekompensatą tych kilku, podyktowanych nudą, ziewnięć.
Ocena: 





„Kochany Jim” Christian Moerk, przełożył Paweł Laskowicz, Rebis, Poznań 2010
inne powieści z serii salamandra
Może Cię również zainteresuje:
- „Nocna zamieć” Johan Theorin 19/03/2010
- „O krok” Henning Mankell 28/04/2008
- Do zobaczenia za kilka lat 09/08/2010
- „Kot, który czytał wspak” Lilian Jackson Braun 21/04/2008
- Pod publiczkę 16/05/2010
- Kabotyni i prowincjusze 21/05/2010
- Niewarci lub siebie warci 10/01/2011










Pingback: Gazeta literacka | Darling
Zachęciłaś mnie do poszukiwań i wpisałam już książkę na listę. Potrzebuję czegoś bezpretensjonalnego, bo „Samotność liczb pierwszych” przez którą się przebijam właśnie pretensjonalnością mnie razi… Muszę sobie zaaplikować coś na odtrutkę.
=> Ysabell
Właśnie dziś czytałam, że w Wenecji będzie w konkursie Samotność liczb pierwszych jako jeden z czterech filmów włoskich w konkursie… to ja może na niego poczekam :)
Bardzo ciekawie, nie powiem. Zachęciłaś mnie do niej, chociaż okładka ani trochę mnie nie przyciąga. Wzroku niestety nie oszukam. ;-)
Hm, mamy już w bibliotece, więc może sięgnę. Trzeba w końcu zacząć przygodę z Salamandrą.
I widzę, że bardzo źle znosisz upały – pierwszy raz rzuciło mi się w oczy w Twojej recenzji tyle błędów. Widać zdarza się i najlepszym. ;)
Ysabell właśnie między innymi „Samotność liczb pierwszych” miałam na myśli pisząc o pretensjonalnych debiutach, więc doskonale Cię rozumiem :P
Przewodnikpokrakowie, bo wiesz… „Samotność liczb pierwszych” to we Włoszech hit, więc nic dziwnego, że popchnęli do konkursu
Vampire_Slayer a mi akurat, wyjątkowo jak na Salamandrę, okładka się podoba. Pewnie dlatego, że nie jest fantazją dyżurnego grafika Rebisu, a kopią z oryginalnego wydania. Ma fajny klimat.
Karolina dzięki za wyrozumiałość :P Faktycznie upał mi siadł na mózg, ale bynajmniej nie nazwałabym się najlepszym . Literówki to moja zmora, a mężowi nie chce się ich poprawiać.
Hm. Chyba wolałam stare okładki „Salamandry”. Nie wiem jak na żywo, może w realu te nijakie kolorki wyglądają na wysmakowane, ale na monitorze jakoś tak… mdło (mówię o Natashy Solomons sprzed kilku notek i o powyższej).
Jak dla mnie wszystkie okładki Salamandry są brzydkie. Ta na żywo ma bardziej intensywne kolory i jest bodaj jednym wyjątkiem :P
Dochodzę do wniosku, że jestem jedyną osobą, której „Samotność liczb pierwszych” się podobała. Pożarłam ją praktycznie na raz na teneryfskiej plaży (delikatnie mówiąc, średnio zgrana z klimatem książki).
A „Kochany Jim” jest mocno nie w moim typie. Znaczy tego typu książki nie są w mym typie. Chociaż nigdy nie mów nigdy:P
Nigdy nie mów nigdy. W moim typie też niby nie był, ale przyciągnęła mnie do niego ta mroczna tajemniczość, jakieś trupy, romanse etc. Moerk pisze na tyle sugestywnie, że byłam w stanie mu wybaczyć nawet to pseudoceltyckie bajanie – dla mnie niestrawne, choć dość istotne z punktu widzenia powieści.
Jestem zaciekawiona, więc pewnie skończy się zakupem pod wpływem chwili :)
Mów mi ciocia samo zło, ale chyba warto?
Mam nadzieję, że warto bo sieci już zarzucone :)
Nie wiem co jest w tych Twoich tekstach, Zosik, ale nie pozwalają mi przejść obojętnie obok żadnej, choćby tylko lekko pochlebstwem przez Ciebie pogłaskanej książki. Masz moc sterowania owieczkami ;))
Serio? Wiesz mi, że robię to nieświadomie i bynajmniej proszę nie tratuj moich tekstów jako wyroczni co warto/co nie warto, bo ja tylko piszę co o danej książce myślę
Wiem wiem, że wszelkie blogowe recenzje to bardzo subiektywna sprawa. Były już książki, które chwaliłaś, a mi nie bardzo odpowiadały. A jednak! Nic mnie nie zraża ;) Dopóki podążam również swoimi ścieżkami literackimi, i tylko czasem się zagapię na Twoje odkrycia, nie jest to groźna przypadłość, tak sądzę :)
Uff, to dobrze, bo wiesz jak to z gustami, guścikami i czytelniczą wrażliwością bywa :-)))