Powieści Preethi Nair czytam tylko latem. Co roku jedną. Dwa lata temu zachwyciły mnie „Kolory miłości”, w ubiegłym roku nieco rozczarowało „Sto odcieni bieli”, a teraz zupełnie przyjemną niespodziankę sprawiła mi debiutancka „Gypsy Masala”. Tym milszą, że powieść okazała się być napisana w na tyle prosty sposób, że czytanie ani nie znużyło mnie, ani nie przysporzyło językowych trudności, bo właśnie, koniecznie dodać muszę, książka nie doczekała się (jeszcze?) polskiego wydania, a ja przeczytałam jej oryginalne wydanie dzięki uprzejmości Matali, która była tak miła i sprezentowała mi swój egzemplarz.
Czytanie w języku obcym, prócz rozlicznych wad typu ślimacze tempo lektury, ma również sporo zalet, przy czym bodaj tę najważniejszą, obok practising language skills, są obniżone wymagania względem lektury, a właśnie „Gypsy Masali” nie sposób nazwać powieścią w pełnym znaczeniu tego słowa. To raczej sprawnie napisane czytadło czy literacka wprawka, choć co Nair oddać trzeba, literacka wprawka zmyślnie skonstruowana: troje pierwszoosobowych opowiadaczy – Molu oraz jej przybrani rodzice – z własnymi historiami, które dopiero w połączeniu tworzą spójną całość wyjaśniającą wszystkie rodzinne „białe plamy.
Fabuła „Gypsy Masali” jest prosta jak konstrukcja cepu i do tego snuta na bazie typowych dla nurtu multikulti kontrastów. Rozdźwięk między nowoczesnością a tradycją czy kulturą Wschodu i Zachodu został pokazany na przykładzie relacji rodzinnych w środowisku indyjskich imigrantów z pierwszego i drugiego pokolenia. Postaci Nair uwikłane w obowiązki względem rodziny, opresyjnej kultury i tradycji, wtłoczone wbrew w woli w sztywne role, będą zmuszone niejednokrotnie dokonywać dramatycznych wyborów i przewartościowań w imię (jakkolwiek patetycznie i kiczowato to nie brzmi) realizacji siebie.
Właściwie każda z postaci mogłaby być bohaterem osobnej, bardziej złożonej powieści i poniekąd faktycznie tak się dzieje, bo wątki zaledwie pobieżnie zarysowane w „Gypsy Masala” znajdą swoje pełniejsze rozwinięcie w „Stu odcieniach bieli” i „Kolorach miłości”. A sam debiut? Przyjemna i bezpretensjonalna lektura. W porządku, może i odrobinę kiczowata i z naiwnym przesłaniem, ale i tak dobry z niej przerywnik od poważniejszych spraw.
Ocena: 





„Gypsy Masala” Preethi Nair, Harper Collins Publishers, Londyn 2004
Powieści z nurtu multikulti
[zbiór własny]
Może Cię również zainteresuje:
- „Sto odcieni bieli” Preethi Nair 12/07/2009
- „Kolory miłości” Preethi Nair 22/08/2008
- „Czas postu, czas uczty” Anita Desai 09/10/2009
- „Tłumacz chorób” Jhumpa Lahiri 06/10/2008
- „Aranżowane małżeństwa” Chitra Banerjee Divakaruni 23/12/2008
- „Wyjechali” W.G. Sebald 12/11/2008
- „Alibrandi szuka siebie” Melina Marchetta 11/01/2008











Ja „Sto odcieniach bieli” wspominam całkiem miło.Pamiętam te zapachy, ech…
Pingback: Gazeta literacka | Preethi good thing
U mnie jest odwrotnie: powieść „Sto odcieni bieli” mnie zachwyciła (6/6), to jedna z moich najukochańszych książek, natomiast dość gorzko rozczarowały „Kolory miłości”(trochę naciągnięte 4/6). Na mnie proza Preethi Nair świetnie działa nie tylko w lecie :)
Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przeczytać „Gypsy Masala” i inne pozycje tej autorki.
U mnie „Sto odcieni bieli” były pierwszym i jak na razie ostatnim spotkaniem z autorką. „Kolory…” mam na półce, ale rozczarowanie po pierwszej lekturze zniechęciło mnie i to całkiem skutecznie. Skoro jest, to przeczytam (kiedyś tam), ale za nowymi rozglądać się już nie będę (chyba że tak mnie ta druga zauroczy?).
Matylda ja w sumie też miło wspominam, ale spodziewałam się czegoś innego stąd moje rozczarowanie
Lireal sęk w tym, że Nair prócz tych 3 powieści jeszcze nic nowego nie wydała :( Co ja biedna przeczytam w przyszłoroczne lato?
Maiooffko o masz, w takim razie tym bardziej powinnaś przeczytać „Kolory miłości” [i cieszę się jak cholera z tego "Opętania"]
Ależ idealną lekturą na lato jest „Ciotka Julia i skryba” – nie musisz szukać nic nowego :)))
Lektura „Ciotki Julii i skryby” u mnie również przypadła na okres letni :) Także po części teraz wspominam samą książkę, a po części luksusowe okoliczności fotela pod kasztanem ;))
a mnie się „Sto odcieni bieli” podobało o ile się nie mylę (tyle się czyta, więc z pamięci przypominam sobie;).
A ja jestem ciekawa czy pojawi się tu recenzja z Barańczaka (albo chociaż słówko o tym czy się podobał):P
Hej, żyjesz tam?
No też się zastanawiam, czy Zosik żyje. Ale czy aby nie miała się wybrać pod gruszę?
Wg Lekturkowego Fejsbuka, tak;)
Żyję, żyję :-) Dwa tygodnie byłam na wakacjach, a po powrocie (koszmarnym zresztą, a jeśli wolno mi ponarzekać to dodam jeszcze, że do dziś go nie odespałam, a to już 4 dni minęły) przepadłam w bajzlu i zaległościach w pracy. Doprawdy nie mam pojęcia kiedy się spod nich wygrzebię, ale gdy się wygrzebię to wiadomo co ;-) Dzięki za pamięć
Aaaaa Barańczak jest r-e-w-e-l-a-c-j-a. Popłakałam się ze śmiechu czytając go, tak więc można brać w ciemno :-) Swoją drogą już frunie do mnie mój własny egzemplarz.
Dzięki za cynk!
ufff, no to jak zyjesz to i czytac i pisac kiedys zaczniesz ;)
A tak się składa, że to ja. To tak odnośnie pytania u mnie:)
Przewodnikpokrakowie, ale ja już czytałam „Ciotkę Julię” i powiem Ci w sekrecie, że generalnie za Vargas Llosą nie przepadam :/
Hm… ja akurat Ciotkę kocham :)
Natomiast wszyscy mi tu naokoło zachwalają Szelmostwa, a jakoś się nie mogę za nie zabrać.