Będzie to teza z gatunku tych ryzykownych, za którą rozgoryczeni wyznawcy „Szkarłatnego płatka i białego” zapewne zechcą mnie, niczym Azję Tuhaj-bejowicza, wbić na pal, ale i tak odważę się stwierdzić, że Michel Faber dużo lepiej spisuje się jako autor krótkich form literackich niż niemiłosiernie rozwlekłych powieści. Opowiadania zebrane pod wspólnym tytułem „Bliźnięta Fahrenheit” dostarczyły mi wielu literackich wrażeń i zupełnie niespodziewanych podniet, a jako całość będą w czołówce pretendentów do miana książki roku.
Napisać wbijające w fotel opowiadanie to prawdziwa sztuka. Brzmi to okrutnie trywialnie, ale dobry tom opowiadań, zwłaszcza gromadzący twórczość powstałą w różnym czasie, to zjawisko równie rzadko występujące w przyrodzie jak… nie przymierzając narodziny dwugłowych cieląt. Tyle że takie wydarzenie z pewnością nie przeszłoby bez echa (już widzę ten dramatyczny nagłówek w Fakcie), co innego opowiadania, którymi, umówmy się, mało kto w Polsce w ogóle zawraca sobie głowę. Stąd jak mniemam tak nikłe zainteresowanie „Bliźniętami Fahrenheit”, a szkoda, bo akurat w tym przypadku narodowy atawizm wobec krótkich form lepiej zakopać w ogródku (ewentualnie wyrzucić przez okno). Opowiadania Fabera są bowiem niczym kolorowe pudełka pełne niespodzianek, a czytanie ich to nieustające pasmo zaskoczeń i emocji. Tytuły, nadawane nieco od czapy, niczego nie sugerują, ale już pierwsze zdania, wydawać by się mogło, bardzo wyraźnie kreują nastrój i określają temat tekstu, tym czasem nic bardziej mylnego. Faber kpi sobie z czytelniczych przyzwyczajeń, za nic ma utarte ścieżki myślowe i oklepane schematy narracyjne. Każde z siedemnastu opowiadań w pewien sposób zaskakuje: przewrotną puentą, niespodziewanym finałem czy fabułą, która z pozoru jest banalną historyjką „z życia wziętą” – w rzeczywistości okazuje się być zdumiewającą w swej nie oczywistości.
To ostatnie tyczy się jednego z, w mym odczuciu, najbardziej poruszających tekstów w zbiorze – „Prawdziwi pływacy” o matce narkomance, która na pływalni spotyka się z synem. Bystry dziesięciolatek na co dzień przebywa u rodziny zastępczej i z nieskrywaną niechęcią odnosi się do matki, choć ta za wszelką cenę stara się zaskarbić jego przychylność. Gdy w końcu nawiązuje się między nimi więź – Gail natychmiast musi wyjść z basenu. Narrator nie podaje powodu, ale tak steruje sytuacją, aby wzbudzić w czytelniku przekonanie, jakoby matka nie zerwała ostatecznie z nałogiem, a jej nagła ucieczka z wody powodowana jest koniecznością wstrzyknięcia sobie działki. Gdy prawdziwy powód okazuje się zgoła odmienny, Faber znów wzmaga napięcie nagłym zwrotem akcji, po to aby zakończyć w iście sielankowym tonie, pozostawiając czytelnika z rozdziawioną z wrażenia gębą.
Kapitalne jest również, choć z zupełnie innego powodu, kolejne opowiadanie – „Wykład o kokosach” będące w istocie swej opisem zbiorowej ekstazy 67 spoconych przedsiębiorców w czasie prelekcji o rzeczonych kokosach. Tutaj Faber wspiął się na wyżyny literackiej maestrii, tworząc tekst szalenie dwuznaczny, nasączony erotyką, której de facto nie widać gołym okiem. Również dwuznacznością, ale zgoła nieerotyczną, nasączone jest opowiadanie „Finezja” – przejmująca miniaturka o totalitaryzmie, będąca również subtelnie nakreślonym starciem dyktatora i jednej z ofiar jego reżimu, która teraz ma ratować mu życie. Oboje mają wiele do zyskania, ale i sporo do stracenia.
Faber na przemian bawi, szokuje, (auto)ironizuje i zaskakuje celnymi obserwacjami. Miesza prozę z ducha psychologiczną z elementami sf. „Bliźnięta Fahrenheit” są tomem zaskakująco różnorodnym i bogatym, dającym wiele do myślenia. Trudno w tych tekstach wyłuskać jakiś wspólny rys, bo jedyne co łączy bohaterów to dobrowolne wyobcowanie czy może raczej pewna społeczna nieprzystawalność, ale to się nawet dobrze składa, bo dzięki temu lektura dostarcza licznych i nieoczekiwanych radości.
Ocena: 




– byłoby 6 gdyby nie małe rozczarowanie trzema ostatnimi tekstami
„Bliźnięta Fahrenheit” Michel Faber, przełożyła Aleksandra Ambros, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2007
seria don Kichot i Sancho Pansa
Może Cię również zainteresuje:
- Ci wstrętni, pretensjonalni faceci! 31/07/2010
- „Ewangelia ognia” Michel Faber 21/08/2009
- Czerepne ripadlo 12/08/2010
- Hallo Spaceboy 24/05/2010
- „Mały palec Buddy” Wiktor Pielewin 14/07/2008
- „Austerlitz” W.G. Sebald 29/12/2007
- „Kradnąc konie” Per Petterson 15/11/2008










Pingback: Gazeta literacka | Probably the best collection of short stories in the world
Czytałam Fabera „Pod skórą:, dziwna to była rzecz, ale podobała mi się. Za opowiadaniami jako takimi nie przepadam, ale na Fabera się skuszę, dzięki Twojej recenzji:)
Rosemary powiedzieć o „Pod skórą”, że to była dziwna rzecz to i tak myślę dość delikatne określenie. Ja byłabym dosadniejsza ;-). Opowiadania w „Bliźniętach…” poniekąd wyrastają z tych makabrycznych klimatów, ale wiedz, że Faber pisze w… bardzo różnorodny sposób? Kto wie czy nie przekonasz się do czytania opowiadań (czego Ci życzę :)
Swego czasu dałam się wciągnąć w tą całą ‘faberomanię’, i owocem tego epizodu są trzy tytuły tego autora na moich półkach. Dodam jeszcze może, że na ich przeczytanie zabrakło wolnej chwili ;) Odnotuję sobie zatem „Bliźnięta…”, ale ruszę na polowanie dopiero, gdy przeczytam rezerwy. Chociaż kusisz strasznie! :))
Po „Szkarłatnym płatku” postanowiłam więcej już nie sięgać po prozę Fabera, ale skoro tak zachwalasz może jednak się skuszę. Zwłaszcza, że lubię opowiadania, choć moim zdaniem naprawdę dobre krotkie formy nie są tak częste jak dobre powieści. Nie mam pojęcia, dlaczego :)
A czytalas Jablko? W pewnym sensie kontynuacje Szkarlatnego platka?
Maioofko, czekaj niech zgadnę, czy to były czasu boomu na „Szkarłatny płatek i biały”? Ciekawa jestem co masz, bo „Faberów” po polsku ukazało się w sumie pięć. Jak mniemam nic jeszcze nie czytałaś, więc ten pełen niespodzianek pisarz dopiero przed Tobą, prawda?
Mandżurio to są zupełnie różne książki, właściwie gdyby ktoś pokusił się o czytanie „Bliźniąt Fahrenheit” poprzez pryzmat” Płatka zapewne będzie solidnie rozczarowany, choć mi to akurat się podoba, bo jak wspomniałam w recenzji – Szkarłatny płatek nie należy do moich ulubionych powieści
Kraciata tej jednej jeszcze nie, aczkolwiek powątpiewam w sens czytania, bo „Szkarłatny płatek” czytałam bodaj 5 lat temu i w związku z tym nie bardzo już pamiętam o co tam chodziło
Dokładnie w ten czas trafiłam: gdzie nie spojrzałam, mnożyły się zachwyty nad „Szkarłatnym płatkiem…”. Więc sobie kupiłam. Potem jeszcze okazyjnie trafiłam na „Ewangelię ognia” i „Pod skórą”, a że skojarzyłam nazwisko autora, to też wzięłam ;) Największą ochotę mam na „Ewangelię..” i pewnie od niej zacznę.
Podobnie jak Rosemary, nie przepadam za opowiadaniami, po te sięgnęłam tylko dlatego, że bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie „Pod skórą”. Niestety, pozostałymi dokonaniami tego autora, jestem rozczarowana.
Maioofko z wymienionej przez Ciebie trójki najbardziej przypadła mi w smak „Ewangelia ognia”. Jest arcy przewrotna i wielce ciekawa jestem jak ją odbierzesz
Cremonko o popatrz, a dla mnie „Pod skórą” było ciężkie do przełknięcia, chyba najgorzej je wspominam choć czytałam je tak dawno temu, że nie mam zamiaru wyciągać tu żadnych kategorycznych sądów