Pewnie, że widziałam film. Właściwie od „Julie i Julia” Nory Ephron się zaczęło, ale od perypetii sfrustrowanej kulinarnie blogerki bardziej do gustu przypadła mi część z Julią – tą rozłożystą niczym dąb (186 centymetrów wzrostu!) pasjonatką francuskich kulinariów, olśniewająco zagraną przez Meryl Streep, a że sama ostatnio próbuję zgłębiać arkana kuchni francuskiej uczęszczając (dzięki pewnej pani) na lekcje tejże (żałuję, że zajęcia odbywają się tylko raz w miesiącu!), nie mogłam oprzeć się pokusie i nie sprawić sobie w mojej ulubionej krakowskiej księgarni „Mojego życia we Francji” – tomu wspomnień Julie Child, na który nawiasem mówiąc parol zagięłam już dawno temu. Książka jest tak smakowita i radosna, że nie mogąc oprzeć się pokusie zaczęłam czytać już w księgarni, a następnego dnia wstałam specjalnie o szóstej, aby móc kontynuować. Żeby wszyscy mieli jasność – zazwyczaj nie wystawiam nosa z łóżka przed godziną 10.
Gdyby nie kuchnia Julia Child na wieki wieków pozostałaby jedną z anonimowych żon dyplomatów – wiernych towarzyszek na kolejnych zagranicznych placówkach. Szczęśliwie jednak jej mąż Paul po wojnie dostał skierowanie do Paryża. Przeprowadzka do Francji była dla zadowolonej z siebie Julii niczym haust świeżego powietrza, bo nagle okazało się, że świat pełen jest doskonałych i zupełnie nieznanych jej amerykańskiemu podniebieniu smaków. Francuskie jedzenie od razu stało się jej pasją, a że nie miała zbyt wiele do roboty zapisała się do szkoły gotowania i… przepadła do końca.
Rozumiem Julię. I dla mnie wyprawa po świeże warzywa i owoce na targ jest równie, a może nawet bardziej ekscytujące, niż zakupy w butiku, a kto wie czy i wyprawa do księgarni (choć to drugie jest dość ryzykowną tezą). Ten szalenie entuzjastyczny tom wspomnień można uznać za piękny przykład realizacji amerykańskiego snu w dziedzinie kulinariów: od kompletnego dyletanctwa po mistrzostwo, sławę i błyskotliwą karierę w telewizji. Przy czym pamiętać trzeba (a czytając „Moje życie we Francji” zapomnieć o tym nie sposób), że Child była Amerykanką, toteż do każdego zadania, bez względu na to czy jest to przygotowywanie jajecznicy czy praca nad książką, podchodzi niemalże z euforią i niepodważalną wiarą w sukces i co istotne zaraża swą radością. W istocie lektura wspomnień Julii wprawia w doskonały nastrój.
Child podnosi gotowanie do rangi sztuki, żyje nim i je przeżywa, ale „Moje życie we Francji” to nie tylko kuchnia i dogadzanie podniebieniu. Child sporo miejsca poświęca tak zwanej prozie życia, choć między nami mówiąc nie jeden by się z nią chciał zamienić i równie „prozaiczny” żywot wieść. Brak ogrzewania zimą i inne tego typu drobiazgi nie są w stanie sprzykrzyć wizji spędzenia kilku lat w Paryżu, a następnie w Marsylii, Niemczech i Norwegii (w Niemczech może najmniej), a także posiadania małego domku na prowansalskiej wsi. Dla mnie nie mniej interesujące były również opisy twórczych zmagań z kanonicznym dziełem Julii, czyli „Mastering the Art of French Cooking”. Szokująca jest zarówno pieczołowitość przygotowań, jak i perfekcjonizm Julii, która nie spoczęła dopóki nie wypróbowała wszystkich możliwych kombinacji przyrządzania dania oraz nie dostosowała go do amerykańskich realiów (typu jankeski piekarnik czy mąka).

Książka Child jest cudowna. Przepojona miłością do Francji, dobrego jedzenia, wina i celebrowania prostych uciech. Lektura dostarczyła mi wielu kulinarnych podniet, a nawet wzruszeń (nad marnością swego warsztatu i brakiem cierpliwości głównie), choć nie łudźmy się – urok „Mojego życia we Francji” w pełni docenią tylko amatorzy podobnych rozrywek. Tylko oni będą rozumieć entuzjazm i zachwyt z jakim Julia potrafi opowiadać o jedzeniu: od trudów przygotowania zaczynając na niebiańskim smaku kończąc, co czyni z „Mojego życia we Francji” (stety- niestety) lekturę głównie dla koneserów.
Ocena: 





[„Moje życie we Francji” Julia Child, przełożyła Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010]
Na deser kapitalny klip z cudowną Julią ze swadą rozprawiającą o drobiu
Może Cię również zainteresuje:
- „Czekolada” Joanne Harris 20/11/2007
- „Cena wody w Finistere” Bodil Malmsten 06/12/2007
- „Mała handlarka prozą” Daniel Pennac 02/02/2010
- „Książka poniekąd kucharska” Joanna Chmielewska 19/07/2009
- „Jedzenie: Rytuały i magia” (red.) Franz-Theo Gottwald & Lothar Kolmer 23/05/2009
- „Rzeczy” Georges Perec 04/02/2010
- Wesołe życie staruszka 16/06/2010











Moje (pożyczone) wydanie książki jest po angielsku i tak oblepione fotosami z filmu „Julie and Julia”, że wahałam się, czy go nie oddać bez czytania. Ale intrygujesz, zwłaszcza brak ogrzewania w Paryżu umacnia we mnie poczucie identyfikacji i chęć zapoznania się z autorką ;)
Czara dla Ciebie to lektura obowiązkowa, bo przecież Ty szczęściaro w Paryżu mieszkasz, a Child prócz rozlicznych zachwytów nad francuską kuchnią interesująco opowiada o życiu w Paryżu tuż po wojnie. Okładkę obwiń sobie w gazetę :-)
hmmm… no chyba nie dla mnie. Film mnie wynudził. Może dlatego, że za gotowaniem nie przepadam ;) wolę jeść ;)
Mary bo ja wiem… Nie powiem, żebym przesadnie lubiła gotować, ale aby dobrze jeść (i nie pójść z torbami na restauracje) trzeba czasem zakasać rękawy i zabrać się do pracy. Nie nazwałabym „Moje życia we Francji” książką o gotowaniu, a raczej książką o sztuce życia, którego najważniejszym punktem jest jedzenie.
:) wiadomo, trzeba zakasać i ja to również robi, choć nie przepadam.
Mimo to nie ciągnie mnie do takich książek. Może dlatego, że film dla mnie był jakimś totalnym bzdurzeniem… Nie wiem, lubię Maryl Streep ale w roli Julii Child mnie jakoś niesamowicie drażniła.
Rozumiem pasję, rozumiem to w odniesieniu do tzw sztuki życia, ale wolę se popatrzeć na Gordona Ramsaya albo Nigelle Lawson… chyba niepotrzebnie ten film obejrzałam ;)
ale zdjęcie na okładce jest przepiękne…
Mary Streep gra znakomicie, go faktycznie Julia na żywo się tak dość dziwnie zachowywała (głos, mimika, ruchy), zobacz sobie ten krótki filmik o kurakach, który linkuję. Myślę, że i tak było dość stonowana ;-) A Gordona, a już zwłaszcza Nigelle ubóstwiam :-)
Nie tylko okładka zachęcająca, to jeszcze Twoja opinia i jeszcze Skarletki. Nie pozostaję nic tylko przeczytać. ;-)
Oj, mam bardzo podobne wrażenie po przeczytaniu tej książki, dwa razy do lektury mnie nie trzeba było namawiać :)
Oglądałam film i byłam zachwycona. Chociaż sama gotować nie lubię (niestety brak cierpliwości budzi się we mnie zwykle po 5 minutach od postawienia garnka na gazie) to uwielbiam jeść różne cudeńka kulinarne.
Książki na pierwszy rzut oka nie skojarzyłam w ogóle, jednak dzięki Twojej recenzji na pewno jej nie przegapię.
Pozdrawiam :)
… w ulubionej krakowskiej księgarni… no i teraz myśl człowieku… bo widziałam ją na wystawie MATRASU… ale skoro wydana przez WL, to może pod Globusem?
:)
Vampire_Slayer myślę, że warto. Czyta się znakomicie
Skarletko czytałam Twoją recenzję :-) Ale w przypadku tak wdzięcznej książki trudno się nie zgadzać, prawda?
Claudette faktycznie gotowanie to sztuka cierpliwości
przewodnikpokrakowie ani Matras ani Pod Globusem. Bona na Kanoniczej – to zdecydowanie jedno z moich ulubionych miejsc i często tam bywam, jeśli nie po książkę to chociaż na herbatę
Film widziałam, świetnta Meryl :D A do książki się przymierzam. Ale od dawna stosuję zasadę…”nikt nie widzi co robisz w kuchni, liczy się efekt” :)
Dziękuję za recenzję :). Mi tam podobał się film, zwłaszcza Meryl S.- absolutnie nie do podrobienia. Gotować lubię, ludzi z prawdziwą pasją jeszcze bardziej. No i ta pozytywna aura, jak piszesz, emanująca z książki. Czego chcieć więcej?
Ach Bona… tu chciałam dać linka do swojej notki o Bonie, kiedy okazało się, że notka… jakoś nigdy nie powstała, choć zdjęcie do niej było :)
Film wciąż przede mną, ale na książkę już narobiłaś mi ochoty.
Choć lubię gotować, to zazwyczaj sprowadza się to do improwizacji z potrzeby chwili ;) Na szczęście wszystkim takie cuda smakują, więc nie sięgam po książki kucharskie za często. Ale wszelkie sztuczki ułatwiające gotowanie bardzo lubię – leniwi też lubią się popisać :P
ja czytałam i książkę i film i zachwycona jestem akurat jak to nazwałaś sfrustrowaną blogerką, podejrzewam, że dlatego, że wiele tej frustracji jest mi nieobca zdecydowanie a niektóre jej myśli są niemal jak moje.
Nie wiem za to dlaczego, ale kompletnie nie kusi mnie ta książka Julii Child, podejrzewam, że dlatego, że nie wielbię jakoś gotowania (za to uwielbiam dobrze zjeść hehe;).
Pozdrawiam Zosiku;)
Magdzik, ja z własnego doświadczenia, dorzuciłabym jeszcze zasadę – nie ważne jak wygląda – ważne jak smakuje!
Srebrnanorko myślę, że niczego ;-)
Przewodnikpokrakowie a powstanie? Bo ja już od niemal roku przymierzam się, aby skroić coś o Bonie i na planach się kończy, bo ja leniwa jestem, a zdecydowanie jest to miejsce godne polecenia. Może kiedyś napiszę o moich ulubionych księgarniach?
Maioofko, ale Child raczej nie przygotowuje instruktarzu jak co spreparować :/ Tzn podręcznikowych rad tam nie ma, ale książka cudna, bo powstała z miłości do jedzenia
Chiara tak jak pisałam – książka dla jedzeniowych koneserów, ale, popraw mnie jeśli się mylę, czy Julie Powell nie pisze o gotowaniu? Bo jeśli nie o gotowaniu i jej kuchennych zmaganiach to o czym innym?
zosiku, jakoś się nieskładnie wyraziłam. Wiem, że Julia Child była profesjonalistką. I pisała o gotowaniu.
Julie w moim odczuciu, przyznaje się do możliwości bycia niedoskonałą (uwielbiam takie postaci, mam chroniczną alergię na tak zwane chodzące ideały). Nie, dla mnie książka Julie Powell nie jest o gotowaniu. A przynajmniej nie o takim, jakie jest chyba dla Julii Child. Jest o czuciu się sfrustrowaną właśnie, czuciu, że trzeba wytyczyć sobie samej jakiś projekt, nawet śmieszny dla innych, który pozwoli, że to poczucie, że zaraz zwariujesz ulotni się poprzez zaangażowanie w projekt. O to mi chodzi. Równie dobrze, zamiast gotowania mogłaby ona uprzeć się, że w ciągu roku wyhaftuje 365 makatek ściegiem jakimś tam. Mam nadzieję, że wyjaśniłam , o co mi chodzi.
Acha, żeby nie było, mam książki Nigelli, bo uwielbiam na nią patrzeć, jak gotuje, ale…na mieniu się kończy, jej przepisów nawet nie wcielam w życie.
Chiara teraz rozumiem i przyznaję, że ciekawie podeszłaś do tej książki. Mnie ona intryguje przede wszystkim dlatego, że wzbudza tak skrajne uczucia, albo się nią zachwycano, albo mieszano z błotem. Hmm, ciekawa sprawa. Child nie traktuje siebie jako chodzącą doskonałość i to gotowanie też poniekąd tratuje jako wyzwanie i projekt do realizacji, czyli może jednak obie książki są w pewien sposób podobne? Nie dowiem się dopóki sama nie przeczytam ;-)
Czy powstanie? Kto to wie :) Czego się nie zrobiło od razu…
zosiku, nie czytałaś chyba mojej recenzji, to Ci podrzucam, co wtedy , po lekturze napisałam o książce:)
http://chiara76.blox.pl/2009/10/JulieJulia-Rok-niebezpiecznego-gotowania-Julie.html
Przewodnikpokrakowie trzymam Cię za słowo!
Chiara chyba czytałam Twoją recenzje, ale ja mam słabą pamięć, więc zajrzę do niej jeszcze raz ;-)
jakoś niedawno odnalazłam tego bloga – podoba mi się i przejrzysty szablon, i recenzje. dodałam do linków, będę zaglądać. a po pamiętnik Julie chętnie sięgnę, oczywiście zainspirowana filmem. czekam też na recenzję Przedpełskiej-Trzeciakowskiej – jak dla mnie jest to jedna z lepszych biografii rodzeństwa Bronte, jednak odwiedzając Haworth, musiałam się mocno konfrontować z obrazem tej miejscowości, jaki wytworzył mi się na podstawie tej książki.
Anno witaj w mych skromnych progach :-) Książkę Child gorąco Ci polecam, a „Na plebanii w Haworth” wciąż się czyta, więc recenzje pewnie pojawi się za jakiś czas
A ja miałam nieco wymuszoną okazję obejrzeć ostatnio film po raz drugi, i także bardziej podoba mi się część z Julią „prawdziwą”, na szczęście tym razem, zanim zaczęły się do bólu schematyczne problemy małżeńskie Julie mogłam iść wziąć prysznic i powrócić już tylko na happy end. Czy już wyraziłaś chęć pożyczenia mi książki? A ciekawa jestem, czy natrafiłaś u mnie na przepis Julii (pewnie nie, bo to strasznie dawno było): http://jakbulkazmaslem.blogspot.com/2009/10/tylko-jedna-kostka-dziennie.html
Wyrażam chęć pożyczenia Ci książki. Do przepisu się nie dokopałam, więc dzięki Ci za podrzucenie :-)
Moje życie we Francji to moja lektura obowiązkowa! (choć J&J nie przypadła mi do gustu). A kuchnia, nie tylko francuska – choć ostatnio właśnie TYLKO ta – to moja radość życia, uwielbiam kuchnię z jej zapachami, garnkami i ziołami na parapecie, kocham gotować szczególnie dla innych :), dla kuchni zgadzam się być kurą domową, bo takie słyszę komentarze od tych, co się oblizują po kolacji u mnie:)
P.S. Z MŻwF zrobiłam dwa dania – wyszły i były pyszne (choć przecież nie ma w niej dokładnych przepisów!) A sama książka stoi na półce w kuchni przy książkach kucharskich :) :)
Pingback: Gwiazdy świata kulinarnego | Co do gara?!