Bo nawet jeśli się rozdwoić i tak wszystkich interesujących punktów festiwalu, brzydko mówiąc, się nie zalicz, lub ładnie mówiąc, nie przeżyje. Ale żeby tylko wybrać, co samo w sobie łatwe nie jest. Życie festiwalowe wymaga zrzeczenia się codzienności, przynajmniej częściowego. Zawieszenia spraw doczesnych, poddania się (oddania się?) rzeczywistości paralelnej a jednak osobnej. Zapomniałam jak tkwienie w tym stanie festiwalowego odroczenia jest przyjemne i frapujące. Szczęśliwie przypomniał mi, wczoraj zakończony, 20. Festiwal Kultury Żydowskiej.
Dwudziesty w ogóle, ale mój pierwszy. Na pewno nie ostatni, bo podobało mi się niebywale i choć do końca spraw doczesnych zrzec się nie mogłam i tak spędziłam ten tydzień aktywnie i owocnie, bo (wbrew temu co myślałam) Festiwal Kultury Żydowskiej to nie tylko koncerty, włącznie z wieńczącym festiwal Szalom na Szerokiej. To również liczne wydarzenia towarzyszące: warsztaty, wykłady, wystawy, spotkania, spacery z przewodnikiem. Wydarzenia dla zwykłych śmiertelników właściwie niedostępne, bo odbywające się w porach, gdy zazwyczaj siedziałam w biurze lub na zajęciach.
Co dla mnie było najbardziej poruszającym i fascynującym motywem Festiwalu to nieustanny dialog między współczesnością a historią osadzony na Kazimierzu, w dawnej żydowskiej dzielnicy, której obecny status jest w mym odczuciu niepokojąco moralnie dwuznaczny. Współczesny Kazimierz jest jedną z najbardziej rozrywkowych części miasta, a w dawnych żydowskich domach, których mieszkańcy zostali przepędzeni do podgórskiego getta po drugiej stronie Wisły, teraz znajdują się głównie puby, kawiarnie i dyskoteki. Tragiczna symbolika dzielnicy zeszła na dalszy plan wyparta przez rozrywkę mało szlachetnej progenitury, toteż tym większego znaczenia nabiera Festiwal Kultury Żydowskiej, który przez kilka dni w roku przeszłość przypomina.
Nie będę pisać o wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczyłam. Wybrałam trzy moim zdaniem najbardziej interesujące i w pewien sposób korespondujące z tematyką niniejszego bloga: na temat książki wydanej w ubiegłym roku, książki, która ukaże się w październiku oraz książki, której nie ma w języku polskim.
Od lewej: Angelika Kuźniak, Agata Tuszyńska
Po pierwsze zatem słów kilka o spotkaniu autorskim z Agatą Tuszyńską. Ku memu zaskoczeniu spotkanie nie było jednak dedykowane wydanej onegdaj biografii „Singer. Pejzaże pamięci”, a książce, która ukaże się dopiero jesienią. Biografii, której bohaterką jest Wiera Gran – utalentowana śpiewaczka żydowskiego pochodzenia, kobieta nieszczęśliwa i szalona. Jej smutny przypadek pokazuje, że nie zawsze przeżycie wojny oznaczało dopust boży. Oparte na plotkach i pomówieniach oskarżenie o współpracę z Niemcami zniszczyło jej życie, doprowadziło na skraj obłędu.
Tuszyńska poznała Wierę na kilka lat przed jej śmiercią. Niegdysiejsza diwa była wrakiem, klunem jak sama o siebie mówiła, człowiekiem ogarniętym obsesją i zgorzkniałym. Chorobliwie przestraszona, wciąż podejrzewającą, że „oni” ją podsłuchują, śledzą. Mówiła: moi wrogowie są niewyczerpani. Swoje paryskie mieszkanie zamieniła w kryjówkę, dobrowolnie skazała się na życie w mroku, bez prądu, ze zasłoniętymi storami. Tuszyńska pisze o spotkaniu z Wierą, a rozdziały z jej paryskich wizyt przeplata rekonstrukcja nieszczęśliwej historii śpiewaczki z getta. „Oskarżona: Wiera Gran” zapowiada się zatem nader intrygująco. Książka Tuszyńskiej będzie czymś w rodzaju biografii (nie)heroicznej. Autorka nie oskarża, próbuje zrozumieć, po latach zrehabilitować Gran. Ze współczesnej perspektywy dociec gdzie leży granica wyborów i kompromisów. Czym jest oskarżenie na podstawie plotki, która się rozrasta i wrasta? Czym jest kolaboracja? Wedle słów, które padły na spotkaniu, kolaboracja to szczególny sposób układania się z życiem. Kompromis niemożliwy do osiągnięcia.
Od lewej: Maria Anna Potocka, Anda Rottenberg, Ryszard Krynicki
Nie mniej interesujące mogłoby być spotkanie z Andą Rottenberg, gdyby (zapewne niechcący i działając w dobrej wierze) tak zwanego show nie ukradła jej prowadząca (a prywatnie dobra znajoma) Maria Anna Potocka. Drugi
współprowadzący, jak zawsze skromny i nieco stremowany, Ryszard Krynicki doprawdy nie miał z nią szans! Rottenberg, przede wszystkim kuratorka sztuki, w ubiegłym roku popełniła książkę niezwykłą i bezprecedensową na polskim rynku Judaiców. Mowa o „Proszę bardzo” – autobiografii szczególnej. Szczególnej, bo Rottenberg odżegnuje się od pisania o sobie. Życia opowiadać nie będę! Miast tego rozlicza się ze swoją rodzinną historią, plotkami na własny temat, a nade wszystko rekonstruuje przeszłość. Łapie końcówkę nici Ariadny jak ładnie ujęła to Potocka. Nici, która może poprowadzić w zaskakującym, nawet bolesnym, kierunku. Motywem przewodnim spotkania była kwestia tożsamości. Rottenberg mówi o sobie, że ma tożsamość mozaikową. Ojciec – galicyjski Żyd. Matka – Rosjanka z Syberii. Anda – Polka o potrójnej tożsamości, bez potrzeby dookreślenia się w którąkolwiek stronę, pisząca „Proszę bardzo” również po to, aby usankcjonować prawo do bycia osobą niejednorodną. Przyznała, że dzięki swemu literackiemu debiutowi odzyskała linię żydowską rodziny, ale utraciła rosyjską. Poszukiwania wciąż trwają, ale nie przewiduje literackiego ciągu dalszego.
Janna Gur
Deserem – dosłownie i w przenośni – były fascynujące wykłady Janny Gur – izraelskiej guru w dziedzinie jedzenia, redaktor naczelna najważniejszego kulinarnego magazynu Al Hashulchan. Autorka książki „The Book of New Israeli Food: A Culinary Journey” zafundowała uczestnikom spotkań szalenie apetyczną podróż po smakach współczesnej izraelskiej kuchni, najciekawszych restauracjach i kawiarniach, a także Tel Awiwie w ogóle – mieście, które nazywa
miastem do przeżywania radości. Wedle słów Gur dzisiejsza kuchnia Izraela to fuzja wpływów wschodnich, śródziemnomorskich i wschodnioeuropejskich. Izraelczycy nie wynajdują nowych potraw. Działają inaczej – udoskonalając to co znane, a nawet (jak ma to miejsce w przypadku hummusa) podnoszą do rangi kulinarnego bóstwa. Dania typowo etniczne, takie jak choćby przysmak śniadaniowy o jakże wdzięcznej nazwie shakshuka, coraz częściej są wchłaniane przez kulturę masową i, co najważniejsze, przy okazji awansowane do rangi modnego i finezyjnego jedzenia. Gur ilustrowała wykład cudownymi zdjęciami tych wszystkich apetycznych potraw , co w połączeniu z jej obrazowymi opowieściami o smaku okazało się nie lada wyzwaniem zważywszy na brak wcześniej zjedzonego obiadu. Ale cóż to. Janna jest tak fascynującą osobą, że mogłabym słuchać jej codziennie.
Było pysznie! (acz szkoda, że „na sucho”)
Może Cię również zainteresuje:
- Tako rzecze Mariusz Szczygieł 26/11/2009
- Pocałuj mnie w dupkę, czyli Jacek Dehnel z Cafe Szafe 09/11/2009
- Wieczór z Krzysztofem Vargą i Edwardem Pasewiczem 03/10/2010
- Z kubańskim pozdrowieniem 11/10/2009
- Pan Kielonek w Lokatorze 16/09/2009
- Michel Houellebecq w Polsce 13/06/2008
- Popkultura sprawia, że ludzie rzadziej się mordują (Ignacy Karpowicz w Krakowie) 22/03/2011














Ech, zazdroszczę, ja tegoroczny Festiwal spędziłam w pracy :( i nawet nie załapałam sie na koncert na Szerokiej (ale byłam rok temu). Cóż, za rok też są festiwale :D
Dziękuję bardzo za relację:)
Daleko mi, nie byłam. Tymczasem ekscytuję się przygotowaniami do innego festiwalu (ENH), wytrwale studiuję program.
Ciekawa zapowiedź biograficzna (Wiera Gran), a do Rottenberg nieśmiało się przymierzałam – nominowano ją do tegorocznej Nike. Wierzę, że warto.
Co do trzeciego gwoździa programu… Widzę, że smacznie żyjesz ostatnio. Powtórzę jak echo za Julią: Bon appetit!
Szkoda, że na sucho;)
ren
Na nową książkę Tuszyńskiej czekam od chwili, kiedy zobaczyłam o niej notkę na stronie WL. Wydaje mi się, że o Wierze Gran wspomniała także Krall w „Różowych strusich piórach”. Ciekawy, acz tragiczny życiorys.
Festiwalu zazdroszczę, bardzo;)
Mnie niestety w tym roku też mocno „doczesna codzienność” trzymała w garści, tak więc załapałam się jedynie na Szalom. Ale z poprzednich edycji zostało mi wiele wspomnień, wrażeń i wiadomości, pocieszam się. Dziękuję za bardzo ciekawą relację książkową :)
Magdzik ja Szalom sobie darowałam. Nie lubię takich masowych imprez
Tamaryszku Ty szczęściaro! Pisze do Ciebie wyga ENH, która zaliczyła 5 festiwal (2003-2007) i w głębi ducha tęsknie za atmosferą tych dni w czasie, których żyje się tylko kinem i ewentualnie piwem i niczym poza tym. Mam całą masę cudownych wspomnień i liczę, że napiszesz porządną relację na blogu z tegorocznej edycji
Czytanki anki o tak, książka zapowiada się wspaniale. Szkoda, że trzeba czekać do października
Czara a widzisz ja dopiero pierwszy raz byłam, ale nie ostatni mam nadzieję
Zazdroszczę spotkania z Andą… Mam jej wspaniałą książkę na półce przed sobą i już wzdycham na myśl o jej lekturze, gdyż podobnie do niej sama szukam i być może podsunie mi coś istotnego dla tych poszukiwań :)
Pozdrawiam serdecznie :)
czytałam książkę o Singerze Agaty Tuszyńskiej- jest niesamowita- wiem, że kiedyś do tej książki powrócę.
Anhelli i ja doczekać się nie mogę czytania „Proszę bardzo”, ale póki co wciąż odkładam tą przyjemność. Po „Zagubionych” nie mam nastroju na Rottenberg, a i skoro szukasz to właśnie „Zagubionych” bardzo Ci polecam
Marchew a ja nic jeszcze Tuszyńskiej nie czytałam, ale najchętniej zaczęłabym od książki o Krzywickiej