„Zawsze mieszkałyśmy w zamku” Shirley Jackson jest całkiem udanym studium zbiorowej histerii oprawionym w konwencję literackiego gotyku. Amerykańska pisarka świadomie nawiązuje do tego już nieco zapomnianego gatunku, chociażby osadzając akcję tej przewrotnej powieści w starym i nieco podupadłym domostwie rodziny Blackwoodów. Mieszkają w nim dwie tajemnicze młode damy wraz z niedomagającym stryjem – sklerotykiem oraz kotem. Starsza – Constance – sześć lat temu została uniewinniona w procesie o otrucie rodziny arszenikiem i od tego czasu się ukrywa, druga – Merricat – jest neurotycznym stworzeniem, pogrążonym w świecie wyobraźni i magii oraz własnej pokrętnej logiki. Dziewczęta, pomimo niechęci okolicznych mieszkańców i etykietki elementu towarzysko niepożądanego, odseparowane od świata zewnętrznego wiodą beztroskie i sielskie życie. Do czasu, gdy z pozoru kurtuazyjną wizytą zjawia się ich od dawna niewidziany kuzyn, który za wszelką cenę będzie chciał przywrócić na łono społeczeństwa swe dwie krewne, ale i przy okazji przejąć rodzinnym majątek Blackwoodów.
Napisana w czarująco staroświecki sposób powieść porusza interesujący problem moralnej ambiwalencji postępowania. Merricat nie ani niewinna, ani tak wrażliwa jak zdawać by się mogło. Jest natomiast niebezpiecznie uparta i niewzruszona w działaniu. Za wszelką cenę i nie zważając na konsekwencje bronić będzie świętości ogniska domowego, spokoju swojego i siostry. Świat widziany jej oczami jest swoiście niepokojący, a ona sama – pod płaszczykiem łagodnego usposobienia – skrywa mroczne jestestwo.
Nie mniej istotnym motywem „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” jest ostracyzm, a nawet nieskrywana nienawiść lokalnej społeczności względem rodziny Blackwoodów. Wygodnym pretekstem jest zbrodnia sprzed lat, wciąż żywa w ich pamięci, fascynująca i wzbudzająca odrazę, ale prawdziwym powodem będzie strach przed innością, brak akceptacji dla pustelniczego trybu życia sióstr. Ich dobrowolnego odsunięcia się w cień, izolacji za starymi murami rodzinnego domostwa. Jackson pokazuje, jak niewiele potrzeba, aby w cywilizowanym człowieku obudziły się nieludzkie demony. Jak bezmyślny i okrutny jest tłum bezwolnie poddający się zbiorowej histerii.
Wspomniałam już o gotyckiej proweniencji powieści Jackson, ale „Zawsze mieszkałyśmy w zamku” jest ukłonem zwłaszcza w stronę twórczości sióstr Bronte. Panieńskie nazwisko matki panien Blackwood – Rochester – od razu przywodzi na myśl „Dziwne losy Jane Eyre” i faktycznie obie powieści mają podobny nieco duszny i mroczny klimat oraz klaustrofobiczną atmosferę odciętego od zewnętrznego świata domostwa.
Jackson popełniła jeszcze kilka podobnych, „nawiedzonych”, powieści, które jak wiadomo bardzo lubię, toteż pewnie nadarzy się jeszcze nie jedna okazja, aby coś tu o niej napisać, a póki co uprzejmie donoszę, że trwają przygotowania do adaptacji „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”. Mam nadzieję, że specjaliści z Hollywood nie skopią powieści z takim filmowym potencjałem!
Ocena: 





[„Zawsze mieszkałyśmy w zamku” Shirley Jackson, przełożyła Ewa Horodyska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1998]
Może Cię również zainteresuje:
- Okrucieństwa nie do przyjęcia 21/08/2010
- Nawiedzone pole kukurydzy 02/10/2010
- Na Mickiewicza w Krakowie mordują 24/10/2010
- „Stacja Cold Flat Junction” Martha Grimes 24/01/2010
- „Dewey. Wielki kot w małym mieście” Vicki Myron, Brett Witter 13/09/2008
- „Zabić drozda” Harper Lee 11/03/2008
- „Dom na pustkowiu” Andrea Maria Schenkel 10/07/2009










ooo cos dla mnie. Juz Padma zachwalała tą książkę.
Właśnie u Padmy przeczytałam o niej
tylko jest problem z jej znalezieniem po polsku :)
Brzmi ciekawie, tym bardziej cieszę się, że jest tak trudno dostępna ;) Dopisuję do listy i niech czeka na okazję.
PS. Czekam niecierpliwie na recenzję „Zagubionych”, ponieważ książkę już zakupiłam, ale nie zdążyła dotrzeć na sesję nabytków :) I teraz dopiero się zastanawiam czy warto było – trochę nie w tej kolejności co należy działam, wiem.
Mary ja bez problemu znalazłam polskie wydanie w bibliotece. Stało zakurzone i zapomniane jakby czekało właśnie na mnie ;-)
Maioofko na pewno warto. Czytałam „Zagubionych” na raty przez około 4 tygodnie i po każdej sesji musiałam odetchnąć, bo jest to książka szalenie smutna i depresyjna, dość irytująco napisania, ale i też fascynująca zwłaszcza jeśli kogoś kręcą galicyjskie klimaty, a mnie ostatnio ten temat bardzo interesuje.
o rany, no tak, przeciez istnieją na tym świecie biblioteki. No nie pomyślałam :))))))))))))))) matko, skleroza
Cóż rzec mogę – zdarza się najlepszym :)