Grzebanie w przeszłości

Po przeczytaniu „Zagubionych” Daniela Mendelsohna nic nie będzie takie same, a emocji towarzyszących lekturze nie sposób porównać z niczym innym. Umocniłam się w tym przekonaniu czytając kilka dni temu „Tam już nie ma żadnej rzeki” Hanny Krall. Krall dotychczas była moim guru w temacie polskich Żydów przed, w trakcie i po wojnie i pewnie nadal nim pozostanie, choć lektura akurat tego tomu reportaży wprawiła mnie w lekką konsternację, bo zbiór zrobił na mnie wrażenie żadne. Winny temu jest właśnie Daniel Mendelsohn.

„Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów” nie jest książką historyczną, ani rodzinną sagą, ani powieścią detektywistyczną choć z każdego coś w sobie ma. Dziełu Mendelsohna bodaj najbliżej do reportażu – szalenie osobistej relacji z prób odtworzenia przeszłości, zbadania losów zwykłych ludzi, którzy jeśli figurują w jakiejkolwiek rozprawie na temat Holocaustu to nie z imienia i nazwiska, a jako bezosobowe cyfry.

Gdy Daniel był mały zdarzało się, że krewni płakali na jego widok. Tak bardzo przypominał im Szmila – brata dziadka. Rzeźnika z galicyjskiego miasteczka Bolechów, który wraz z żoną i czterema córkami zginą w czasie drugiej wojny światowej. To, że nie żyli było właściwie jedynym pewnikiem, cała reszta była niewiadomą. Po latach, dorosły już Daniel, dzięki ogromnemu zaangażowaniu, podróżom na trzy kontynenty (w tym do Bolechowa), wielu godzinom poświęconym na badanie dokumentów, a także kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności, zrekonstruował prawdopodobną historię ostatnich lat ich życia. „Zagubieni” są owocem tych poszukiwań – historią zagubionej szóstki i dowodem na to, że historia zamieniona w narrację może przeżyć swych bohaterów.

Punkt wyjścia był właściwie żaden. Mendelsohn nie miał nawet pewności jak nazywały się jego kuzynki. Nie wiedział ani jak ani kiedy zginęli, ale również kim byli jego galicyjscy krewni. Po rodzinie Szmila pozostało kilka pożółkłych fotografii z lakonicznymi podpisami i listów pisanych w coraz dramatyczniejszym tonie. W sukurs przychodzą Mendelsohnowi internetowe bazy danych, ale wyrzucane przez nie fakty pozostają właściwie bezużyteczne. Zdawać by się mogło, że jedynym wiarygodnym źródłem informacji mogą być relacje świadków: mieszkańców Bolechowa i tej garstki Żydów, którym udało się przetrwać wojnę. Mendelsohn szybko się jednak przekona, że pamięć bywa zwodnicza, ulega erozji, a historia przekłamaniom. Nie ma pewników, a zasłyszane opowieści mnożą się i dają życie kolejnym.

To że Mendelsohn pisze o swoich krewnych nie jest największą wartością „Zagubionych”, choć dzięki temu ogólna wizja Holocaustu, tego katastrofalnego zderzenia przypadku, losu i sił historycznych, przestaje być zjawiskiem anonimowym. Jest na tyle namacalna, że można objąć ją rozumem, unaocznić sobie ogrom cierpień i krzywd jakich doznało sześcioro zamordowanych. Dzięki połączeniu czegoś całkowicie przyziemnego i dostępnego, ogólników typu miała zgrabne nogi czy ciężarówką przywoził truskawki z Lwowa, z czymś straszliwym czy wręcz niewyobrażalnym jak szczegółowy opis akcji eksterminacyjnych w Bolechowie, historia przestaje być zbiorem bezosobowych informacji i liczb. Dramatyzm wojennej hekatomby uświadomiłam sobie w pełni po przeczytaniu zupełnie niepozornego fragmentu, w którym Mendelsohn skrupulatnie wylicza ilu bolechowieckich Żydów dożyło do 1944 roku. Przeżyło 48 osób z sześciu tysięcy. Nawet nie jeden procent dawnej żydowskiej społeczności.

Mendelsohn nie ocenia, nie krytykuje. Nie bawi się w arbitra, a swych bohaterów traktuje z empatią i zrozumieniem. Często zastanawia się jak on by postąpił będąc postawionym wobec takiego a nie innego dylematu. Dzięki temu „Zagubieni” zyskują głęboko humanistycznego poloru. Holocaust wraz ze wszystkimi reperkusjami po prawdzie jest najważniejszym punktem odniesienia, ale w warstwie meta dzieło Mendelsohna jest opowieścią o pułapkach i wyzwaniach wiążących się z próbą rekonstrukcji tego co wyparte, zapomniane, minione. Przeszłości nie można zmienić, ale można spróbować ją odzyskać. Autor, wpisujący się poniekąd w rolę detektywa, rzuca jej wyzwanie. Pedantycznie tropi drobne ślady. Z okruchów albo, odwrotnie, nadmiaru wykluczających się opowieści próbuje zbudować spójną całość. Nie małą rolę odgrywa tu również wyobraźnia – dopowiadanie, odgadywanie, a nawet dedukowanie ciągu dalszego na podstawie szczegółów.

Ale grzebanie w przeszłości niesie z sobą jeszcze jedno ryzyko – a co jeśli trop zaprowadzi w niepożądaną stronę? Odsłoni rzeczy bolesne, takie których lepiej nie wiedzieć? A kroku wstecz nie można, bo nie ma już odwrotu? W pewnym momencie Mendelsohn, od początku tak entuzjastycznie nastawiony do badań, zaczyna się wycofywać. Przestaje drążyć przeszłość w obawie, że kolejne „rewelacje” rozbiją z takim trudem stworzoną opowieść. Opowieść, która nawiasem mówiąc można by snuć bez końca. Prawdziwą sztuką jest powiedzieć stop i zarzucić poszukiwania, które jakkolwiek nie byłyby męczące wciągnęły autora a czytelnika absorbują niczym porządny kryminał.

Największą bolączką „Zagubionych” jest nadmiar słów. W reportażach Krall powiedziane jest tyle ile trzeba i nic nadto, tym czasem Mendelsohn pławi się w wyrazach. Książka jest przegadana, a nawet „przeopowiedziana”, a autor z uporem i lubością przy pomocy licznych retrospekcji i antycypacji rozwija kolejne wątki. Jest aż nadto drobiazgowy i właśnie to czyni z „Zagubionych” książkę dość ciężką do strawienia (ciężką także dlatego, że waży prawie kilogram). Na szczęście lektura nie jest płonnym trudem.

Ocena: ★★★★★½

[„Zagubieni. W poszukiwaniu sześciorga spośród sześciu milionów” Daniel Mendelsohn, z angielskiego przełożył Piotr Szymor, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008]

Zdjęcia Matta Mendelsohna, brata Daniela, które ilustrują książkę można znaleźć tutaj (zakładka Special Exhibits)

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Lekturki, reportaż, USA i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Grzebanie w przeszłości

  1. maioofka POLAND pisze:

    Książka jest zachwalana przez takie nazwiska z kręgów literackich, że trudno się jej oprzeć – przynajmniej mi się nie udało ;) Chociaż tematyka jest obciążająca emocjonalnie, więc pewnie za czytanie wezmę się po wakacjach najwcześniej.

  2. zosik POLAND pisze:

    Maioofko fakt – chwalą i Joyce Carol Oates (choć porównanie do Sebalda chyba nie jest najtrafniejsze) i Chabon i ja tam się nie dziwie, bo „Zagubieni” to książka znakomita aczkolwiek faktycznie szalenie depresyjna i smutna. Musiałam robić sobie kilku- a nawet kilkunastodniowe przerwy. Co nie zmienia faktu, że warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>