Szkoda mi było czytać. Naprawdę! Oczy same połykały kolejne zdania, ale zapał studziła jakże bolesna świadomość, że na kolejny odcinek przygód Flawii de Luce trzeba będzie czekać rok. R O K! A chciałabym już. Innymi słowy czytając „Badyl na katowski wór” przepadłam całkowicie i tylko różne wstrętne przydrożne zbiegi okoliczności sprawiły, że zamiast w jedno popołudnie, jak planowałam, lektura wydłużyła się na niemal tydzień, co z drugiej strony aż takie złe nie było, bo dzięki temu dłużej mogłam pobyć z Flawią w czarującym Bishop Lacey.
„Badyl na katowski wór” jest równie ciepły, bezpretensjonalny i wciągający (i to w stopniu wręcz nieprzyzwoitym –> tak wiem, nadmiar przymiotników to mój grzech) jak wydane przed rokiem „Zatrute ciasteczko”. Bradley, Kanadyjczyk z pochodzenia, ponownie zaprasza na senną prowincją z lat 50-tych. Do Anglii, bukolicznej i bajkowej, która de facto istnieje tylko w jego wyobraźni. Anglii, w której nawet germańscy najeźdźcy okazują się czarującymi osobnikami, którzy zamiast spuszczać bomby wolą złożyć hołd siostrom Bronte.
Od rozwiązania zagadki trupa z zagonu ogórków (tego z „Zatrutego ciasteczka”) nie minęło wiele czasu, a Flawia znów ma pełne ręce roboty. Inscenizacja własnego pochówku na cmentarzu przy kościele świętego Tankreda to ostatnie wolne chwile jej najbliższych dni. Wciąż tak samo niedoceniania przez ojca i dręczona przez starsze siostry (które najchętniej by otruła i chyba tylko przyzwoitość od tego zamiaru ją odwodzi), jedenastoletnia nader bystra i rezolutna detektywka i chemiczka zmierzy się z dwiema kryminalnymi zagadkami. Pierwsza to tajemnicza śmierci sprzed lat, tym mroczniejsza i bardziej intrygująca, bo tycząca Flawii rówieśnika, który rzekomo powiesił się na starej szubienicy w sercu lasu. Druga zagadka będzie dziać się tu i teraz, właściwi na oczach Flawii i niemalże całej społeczności Bishop Lacy, ale szczegółów nie zdradzę. Przeczytajcie sobie sami.
„Badyl na katowski wór” jest nieco bardziej mroczny, a nawet rzec by można gotycki niż „Zatrute ciasteczko”. Fascynacja trupami i śmiercią nabiera rumieńców i urasta do miana hobby, tak samo ważnego dla Flawii jak chemiczne eksperymenty w, odziedziczonym po przodku, wiktoriańskim laboratorium. W dodatku jest sprytna niczym lisek, przymilna i czarująca na tyle, że potrafi się wkupić w łaski niemal każdego mieszkańca Bishop Lacey i wyciągnąć niby mimochodem interesujące ją informacje. Zresztą bez uroku osobistym Flawii średnio rozgarnięci stróże prawa nie mają zbyt dużych szans na rozwiązanie zagadki.
Wspomnieć jeszcze powinnam o szeregu nader dziwacznych i różnorodnych postaci – poczynając od lekko demonicznej żony kanonika przejawiającej skłonność do widzenia ludzkości jako zbiorowiska istnień zagrożonych wiecznym ogniem piekielnym, przez wciąż rezonującą ciotkę Felicity, na niejakiej Madzi Migotce – występującej tu w charakterze wioskowego głupka – kończąc. Akcja toczy się wartko, Alan Bradley czaruje i bawi, ma niezrównany lekko staroświecki styl. Jego kryminały pełne są zaskakujących zwrotów akcji i wystudiowanych detali, które czynią z nich lekturę wielce zajmującą i przyjemną, a przy tym lekką.
Do prawdy nie mam pojęcia jak wytrzymam do przyszłego roku?
Ocena: 





[„Badyl na katowski wór” Alan Bradley, przełożył Jędrzej Polak, Vesper, Poznań 2010]
Może Cię również zainteresuje:
- „Zatrute ciasteczko” Alan Bradley 11/08/2009
- Zamiecione pod dywan 17/10/2010
- „Duch w machinie” Caroline Graham 13/06/2009
- Kabotyni i prowincjusze 21/05/2010
- Bardziej angielski niż królowa 19/07/2010
- Gorączka detektywistyczna 29/04/2010
- I co? I nic 25/09/2010










oj.. nie czytałam Zatrutego.. ale kusisz bardzzzzzzzzzooooo. A tu już 2 częśc.. wypadałoby pogmerac gdzies za tymi ksiażkami, bo z recenzji BARDZO mi się podoba :)
i jaka fajna okładka :)
Mary taka ze mnie wstrętna kusicielka ;-) Pogmeraj, bo moim zdaniem warto. Bradley pisze słodkie kryminalne bajeczki unurzane w aurze rodem ze stylowego horroru. Teraz wyszło również wznowienie pierwszej części z jednolitą stylistycznie okładką
och i ach :) ja jestem fanatyczką ciekawych okładek i normalnie pogmeralam na merlinie i widzę że obydwie są cudne!!! :)
Mają klimacik. Książka zresztą też jest fajnie wydana.
Cierpliwie czekam na jakieś dwutomowe okazyjne oferty (nowego wydania tylko) przygód Falvii. Pewnie to potrwa, ale misja wykonana Zosik: zareklamowałaś skutecznie ;)
Swoją drogą: sporo ciekawych kryminałów ostatnimi czasy się wydaje w Polsce. Jest w czym wybierać, bo i chińskie (Sędzia Di) i skandynawskie (choćby poczciwy Mankell) i włoskie (wiadomo; to znaczy ja tylko słyszałam, ale wierzę w tego Camilleri’ego) i polskie (Mock na ten przykład), i oczywiście angielskie. Ciekawe czy to renesans gatunku, czy zapotrzebowanie rynku motywuje wydawnictwa do poszukiwań i dostajemy przegląd ostatnich dziesięcioleci w pigułce?
Dopisane do schowka w NETce. Po wakacjach biblio pewnie będzie robić zakupy, to pomyślimy :)
Hurra, hurra, a ja już ją zamówiłam i zaraz do mnie dotrze ;)
Ależ się cieszę, że Ci się spodobało :-D Buziaki! M.
Maioofko ja myślę, że to jest i renesans gatunku i idąca za tym działalność wydawnicza. Kryminały były zawsze, ale teraz pewnie są bardziej eksponowane. Dobrze napisane kryminały to takie samograje. Sukces Larssona tylko pogłębił ten stan, ale ja tam nie narzekam – mi z tym dobrze :-)
Bazyl o jak miło by było gdyby Flawia trafiła do bibliotek
lilybeth :-)))
Zacisze o masz. I to bardzo, ale to żadna niespodzianka. Flawia rządzi!
Zgadzam się z Mary, Ty kusicielko jedna! ;-) Co za, muszę kolejną ciekawą powieść dopisać do listy. Nie wiem, kiedy ja to wszystko kupię, a już tym bardziej – kiedy ja to przeczytam?!
Sam tytuł zgina kolana. Zauważyłam pewną letnią tendencję… Stałam się wzrokowcem ;) A tytuł, plus okładka, plus któreś z rzędu opisywanie tej książki i autora na zaprzyjaźnionych stronach, działają niczym „afrodyzjak”. Zaczął się u mnie sezon na bezsenność, więc na pewno poszukam :)
Pozdrawiam serdecznie :)
A mnie jakos ciasteczko srednio na jeża smakowalo. Do tego stopnia srednio, że nawet nie chciało mi sie na blogu tego czytania omawiac. Dlatego pozostałe przygody Flawii raczej sobie daruje. No chyba ze bede zmuszona darowac je komus. Wtedy pewnie jednak rzuce okiem, ot, tak, zeby chociaz wiedziec co daję ;)
Vampire_Slayer moja miła, cóż rzec mogę… Może tak z angielska: so many books, so little time :/
Anhelli u mnie lato w pełni. Nie tylko na zewnątrz. Słońce miło przypieka, a ja z myślą o czytaniu pod chmurką nabyłam drogą kupna leżak! Więc i lektury nużają się w podobnym tonie. Po ciężkich „Zagubionych” teraz delektuję się takimi przyjemnościami, których lektura wyzwala we mnie nadmiar przymiotników
Peek-a-boo jesteś pierwszą mi znaną osobą (ewentualnie taką, która zechciała się przyznać), że „Zatrute ciasteczko” nie przypadło jej do gustu. A wiesz, że ja chyba wolę Bradleya od cyklu wiadomego i znanego nam obu Marthy Grimes? Swoją drogą czy czytałaś już „Pod zawianym kaczorem”?
Ta okładka jest tak bardzo genialna, że przeczytam to, nawet jeśli to jest podręcznik do wiedzy o społeczeństwie*
*miałam napisać „książka o fizyce kwantowej”, po czym sobie przypomniałam, że dobrowolnie jestem w trakcie czytania takowej, więc po namyśle strzeliłam coś innego, co mi kojarzy się z nudą:P
Książka o fizyce kwantowej?! WTF? ale chyba nie czytasz tego z własnej woli?
a ja Ciasteczka nie zmogłam, niestety, więc nie dla mnie jej książki;)
Z własnej, z własnej! A książka, którą teraz czytam, to perełka – teorie kwantowe podane w formie opowiadań fantastycznych: główny bohater trafia do świata gdzie inaczej działa grawitacja, innym razem – do takiego, w którym załamuje się przestrzeń i ogólnie całą kosmologia i teoria względności podane na tacy.A zwie się to „Mr Tompkins w Krainie Czarów” i jest trochę inspirowane Alicją od Lewisa Carrolla. Polecił prof. od fizyki:P
Ale spoko – fizyka fizyką, ale np. niczego o historii bym chyba nie zmęczyła:P
Chiara :(
Tanki wciąż mnie zadziwiasz (oczywiście w bardzo pozytywny sposób) i trochę mi ulżyło, gdy przeczytałam, że nie zmęczyłabyś nic z historii. Jednak jesteś człowiekiem
Tak się po tej recenzji rozochocilam, że natychmiast poleciałam do biblioteki na Rajskiej (co prawda tylko wirtualnie), i tu niestety przykrość mnie spotkała, bo Bradleya tam niet. Ale niech żywi nie tracą nadziei – dziś nie ma, jutro może będzie :)
To prawda, nie ma, ale, ale może coś się zmieni i może, ale ja na razie nic nie mówię :-)
Zosik: Kaczke czytałam owszem i podobala mi sie. Za to kolejny tytul z serii, Jerusalem Inn ( nie mam pojecia jakie tlumaczenie na polski zostanie wymyślone) wydał mi sie raczej kiepski. Ale i tak dojrzewam do zamówienia nastepnej czesci przygód Jury’ego ;)
Czy drugi tom nie miał mieć tytułu „Kukiełeczki” ?
Wg informacji na okładce pierwszego wydania „Zatrutego ciasteczka” faktycznie tak miało być, ale to był najwyraźniej tytuł roboczy