Sukces komercyjny i artystyczny adaptacji „Lektora” przysłużył się i Bernhardowi Schlinkowi. Przesadą byłoby twierdzić, że dzięki niemu przedarł się do zbiorowej świadomości czytelników, ale bez wątpienia zaznaczył w niej swe istnienie. Zaczęto go tłumaczyć na język polski* i dobrze, bo jest pisarzem wartościowym i godnym uwagi.
Schlink lubuję się w rozbieraniu na czynniki pierwsze doświadczeń posttraumatycznych. Jest moralistą, co nie znaczy, że ma tendencje do moralizowania. Jego postaci są uwikłane w historię, a nawet – jak jest to w przypadku „Końca tygodnia” – historię tworzą. Akcja tej kameralnej powieści rozgrywa się w czasie trzech dni. Były członek terrorystycznej organizacji RAF (czyli Frakcji Czerwonej Armii) po ponad dwudziestu latach zostaje ułaskawiony i wychodzi z więzienia. Zapatrzona w niego siostra, aby umilić mu powrót do rzeczywistości, zaprasza do swojej wiejskiej posiadłości kilkoro znajomych Jorga z dawnych lat. Wszyscy w latach siedemdziesiątych z mniejszym lub większym zaangażowaniem sympatyzowali z czerwoną bojówką, teraz, po latach, zdążyli obrosnąć w mieszczański tłuszczyk i burżuazyjne piórka, wyprzeć się głoszonych w młodości ideałów, a o swych inklinacjach do komunizmu zapomnieć.
Pojawienie się Jorga, na którym w duchu już dawno temu postawili krzyżyk, zagraża ich wypracowanemu z takim trudem mieszczańskiemu porządku. Jest jak wyrzut sumienia boleśnie przypominający o grzechach przeszłości. Czy oceni ich jako zdrajców? Filistrów? Na wszelki wypadek goście wolą się dystansować. Duszną atmosferę i dręczący ich niepokój świetnie oddał Schlink w scenie pierwszego wspólnego posiłku. Zgromadzone towarzystwo nie wie jak ma traktować Jorga. Są skonsternowani i zmieszani. Czy lepiej udawać, że nic się nie stało i o minionych dwudziestu latach nie wspominać czy, odwrotnie, zawczasu przejść do ofensywy broniąc się atakiem?
Jorg jest postacią mdłą, wypraną z emocji i woli, zgnębioną i przegraną. Martwy za życia, obojętny i wypalony. Odliczający dni do końca. Schlink konfrontuje go z Markiem – młodym lewackim aktywistą, który po cichu liczy, że ex-terrorysta stanie się duchowym przywódcą odradzającego się ruchu. Jeszcze więcej zamieszania wprowadza pojawienie się syna, którego Jorg za młodu się wyparł. Jeżeli ktoś w „Końcu tygodnia” jednoznacznie potępia działalność RAF-u to będzie to właśnie on, zapalczywy wróg fanatyzmu ideowego.
Solidna proza psychologiczna z wiarygodnie nakreślonymi postaciami. Schlink nie ocenia, ani nie generalizuje, interesuje go moment z historycznego i fabularnego punktu widzenia najmniej efektowny. Zaczyna w momencie, w którym innymi by skończyli, stąd „Koniec tygodnia” uznać można jako zupełnie udane postscriptum do najnowszej historii Niemiec. Nie wróżę mu jednak powtórki sukcesu „Lektora”, nie tylko dlatego, że nie stoi za nim nagrodzony Oscarem film. Jest to po prawdzie powieść ważna i interesująca, ale przy okazji nieefektownie napisana i, co tu dużo gadać, dość nudna…
Ocena: 





[„Koniec tygodnia” Bernhard Schlink, przełożyła Maria Szafrańska – Brandt, Muza, Warszawa 2010]
*życzę sobie, aby na fali czytelniczego zainteresowania przetłumaczono również jego kryminalną trylogię z detektywem Selbem
Może Cię również zainteresuje:
- „Lektor” Bernhard Schlink 24/03/2009
- Klucz do Mefista [Mefisto - K. Mann] 08/04/2010
- „Dom na pustkowiu” Andrea Maria Schenkel 10/07/2009
- „Cisza jest dźwiękiem” Juli Zeh 22/09/2008
- „Wyjechali” W.G. Sebald 12/11/2008
- „Bracia” Da Chen 27/10/2008
- O uprzedzeniach 14/01/2011










hmm… mnie się podobał „Powrót do domu”…
Mam, ale jeszcze nie czytałam z przyczyn wiadomych :-)
A ja do niemieckich pisarzy mam stosunek ambiwalentny.Do współczesnych, gwoli wyjaśnienia, bo klasyków sobie cenię, z Goethem na czele! A nawet powiedziałabym, współcześni niemieccy pisarze kompletnie mnie nie interesują. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Tak wychodzi. ;)
Powieść przeczytałam jednym tchem, w ogóle nie jest nudna, nawet ciekawsza od „Lektora”, gorąco wszystkim polecam.
Pod wpływem zmasowanej promocji filmu, przeczytałam swego czasu „Lektora” i choć był świetnie skrojony i opowiedziany to na więcej ochoty nie mam. Ogólnie współczesna niemiecka proza mnie nie nęci, nie wiem czemu.
Mam zamiar to trochę naprawić czytając w niedalekiej przyszłości „Dziennik irlandzki” Boll’a, ale to taki podstęp z mojej strony, bo bardziej ciekawi mnie sama zielona wyspa niż kunszt literacki autora :P
Matylda ja nie mam takich problemów, choć Cię rozumiem, bo ja mam na przykład taki stosunek do współczesnej prozy francuskiej. Czytam od czasu do czasu, ale bardziej dla zasady niż z przekonania. Proza niemiecka natomiast mnie intryguje, Berlin mnie dokumentnie oczarował klimatem i historią, która od kilku lat nieodmiennie fascynuje. Poza tym kojarzy mi się z Davidem Bowiem, a ja Bowiego czczę i wielbię i skłonnam mu ołtarzyk nawet wystawić. Stąd chyba moje zainteresowanie prozą niemiecką. Szukam w niej ech tych tak fascynujących mnie klimatów. Póki co jeszcze nie odnalazłam, ale szybko się nie zrażam ;-)
Cremonko ja bym powiedziała, że nuda jest odczuciem subiektywnym. Nic nie poradzę na to, że czytając „Koniec tygodnia” dużo i często ziewałam, ale cieszę się, że Tobie się podobało. Może napisałabyś recenzję, w której szerzej opisałabyś swoje odczucia?
Maioofko też „Dziennik irlandzki” mam na liście. Bolla czytałam „Utraconą cześć Katarzyny Blumm” i skłamałbym pisząc, że mi się nie podobała
mnie się jego książki podobają i cieszę się, że zdecydowałam się po niego sięgnąć. Miłego weekendu Zosiku;)
Ja też się cieszę. Mam do przeczytania jeszcze „Powrót do domu”. Wzajemnie Chiaro miłego weekendu:-)