Eduardo Mendoza jest chyba jedynym hispanojęzycznym pisarzem, którego lubię czytać bez zastrzeżeń i którego styl nie działa mi na nerwy. Nie mogłam odmówić sobie zatem lektury jego „nowego” dzieła. Cudze łapki słowo nowe zawdzięcza temu, że „Brak wiadomości od Gurba” w Hiszpanii ukazało się bodajże dwadzieścia lat temu, toteż żadną nowalijką nie jest, ale i tak miło, że Znak zdecydował się na wydanie po polsku tego cuda. Nie jest to po prawdzie powieść najwyższych lotów, a nawet (mając w pamięci trylogię detektywistyczną i „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa”) można by rzec, że jedna ze słabszych w dorobku Katalończyka, ale i tak czyta się ją z przyjemnością. Ot niezbyt wyszukany, ale zabawny drobiazg.
Mendoza fabułę „Braku wiadomości od Gurba” oparł na schemacie starym jak świat. Starym, ale wdzięcznym, bo dającym niewyczerpane możliwości strojenia sobie żartów, a rzeczą powszechnie wiadomą jest, że pisarz obdarzony jest poczuciem humoru niebywałym. Przybysza z obcej planety, innymi słowy – kosmitę o matematyczno – logicznym umyśle zestawia z kulturą ziemską w postaci chaotycznego i nieprzewidywalnego organizmu miejskiego Barcelony, intensywnie przygotowującej się do olimpiady. Ach i żeby było jeszcze zabawniej nasz biedny bohater, usilnie poszukujący zaginionego towarzysza misji, właśnie tego Gurba, od którego wciąż brak wiadomości, jest żarliwym katolikiem ze skłonnością do niewylewania za kołnierz. W wielkomiejskim rejwachu traci głowę dosłownie (u zbiegu Diagonal i Paseo de Gracia) i w przenośni próbując zrozumieć i oswoić otoczenie, zasymilować się z tymi dziwakami ludźmi oraz znaleźć Gurba. Zresztą mimikra z czasem idzie mu coraz lepiej. Kosmita coraz śmielej sobie poczyna, już nie przeraża go obsługa kranu, kupuje mieszkanie i snuje wizję ożenku z jakąś hojnie obdarzoną przez naturę ziemianką, co niestety przekłada się na spadek jakości dowcipów. Im bliżej końca tym „Brak wiadomości od Gurba” mniej zabawny, za to bardziej skłaniający się w stronę banału.
Mendoza kocha i nienawidzi Barcelonę toteż, z sobie tylko znanym wdziękiem kpi i obnaża absurdy natury społecznej jak i obyczajowej. „Brak wiadomości od Gurba” czyta się całkiem, całkiem, kilka razy można się głośno zaśmiać, ale, w odróżnieniu od Piotra Kofty, nie nazwałabym powieści niezwykle zabawną, ani nie sądzę, aby miała szansę stać się obiektem kultu. Jest zbyt nierówna. Zresztą Mendoza popełnił lepsze i śmieszniejsze książki, ta jest po prostu niezła.
Ocena: 





[„Brak wiadomości od Gurba” Eduardo Mendoza, przełożyła Magdalena Tadel, Znak, Kraków 2010]
[update:] Tytuł oczywiście niecnie ukradłam z piosenki Davida Bowiego. O tej:
Może Cię również zainteresuje:
- „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa” Eduardo Mendoza 19/04/2009
- Czerepne ripadlo 12/08/2010
- „Sen_numer_9” David Mitchell 10/03/2008
- Probably the best collection of short stories in the world 07/08/2010
- „Złuda” Carmen Laforet 09/06/2008










Już mam, przeczytam i tak, ale na pierwszy ogień pójdzie chyba jednak detektyw lump ;)
Czytaj, czytaj :-) Mendozolubą będzie się podobać, ale wiesz Lilithin – Mendoza napisał lepsze książki
Wlasnie wczoraj skonczylam czytac :) Mnie sie podobalo, szczegolnie watek zwisajacego z sufitu hindusa. Ale faktycznie Mendoza lepsze ksiazki pisal. Mimo to Mendozoluba jestem i bede po wieki.
ja też ją mam zamiar niebawem przeczytać;) a czytałaś jego niedawno wydaną „Miasto cudów”?
„Przygoda fryzjera damskiego” stoi na mojej półce od lat i nigdy nam nie jest po drodze ze sobą. Ale skoro już jest to na pewno w końcu przeczytam – zwłaszcza, że tak skutecznie zachęcasz ;)
Magdzik ja też Mendozolubem pozostaję i nie sądzę, aby cokolwiek to zmieniło aczkolwiek obiektywnie stwierdzić muszę, że lepsze książki Mendoza pisał:-)
Chiaro nie czytałam. To podobno jego najlepsza powieść (nie pytaj gdzie to przeczytałam), ale powiem Ci, że z pewną rezerwą podchodzę do poważnych powieści Mendozy
Maioofko zachęcam. Ja trylogię detektywistyczną Mendozy czytałam na wykładach z prawa autorskiego. Wykłady były śmiertelnie nudne – powieści zabójczo zabawne.
O ile sam Mendoza podobno jest uroczym i przesympatycznym człowiekiem (swoja drogą, kompletnie inaczej go sobie wyobrażałam), o tyle jego poczucie humoru jakoś mi nie odpowiada. Żeby to jeszcze przaśne…ale ono na siłę jakieś jest, jak dla mnie. Czytam „Sekret hiszpańskiej pensjonarki” już chyba z rok, prawie kończę – ale skończyć nie mogę. A przecież trudno to grubym nazwać:>
Ale chyba wolałabym to niż prawo autorskie!
Sasasasa. Prawo autorskie było nudne jak… no prawo autorskie. To czytanie Mendozy pod ławką się zresztą na mnie wstrętnie zemściło, bo przez to miałam problemy duże ze zdaniem egzaminu
A ja, pod wpływem tej notki, skończyłam jednak SHP i jakoś dalej obyło się bez bólu, choć i tak miejscami strasznie mnie irytowała, nie mówiąc już o tym, że takie nieprzewidywalne to to nie było…Mimo wszystko – czyta się lekko, ale jeśli chodzi o hiszpański humor, to milion razy wolę „O psychiatrach, psychologach i innych psycholach” Rodrigo Munoz Avii – baaaardzo podobna w klimacie książka, ogólnie ta sama półka literatury, ale humor zdecydowanie bardziej inteligentny.
przeczytałem – opisałem :]
Tanki zanotowałam sobie tytuł i będę szukać
Marcin a to sobie zaraz sprawdzę ;-)
Masz u mnie wielkiego plusa za Davida ;) Uwielbiam go miłością bezwarunkową od dwudziestu lat… Można powiedzieć, że słuchałam jego muzyki już w pieluchach :P
A o książce słyszałam już moc pozytywnych słów. Na pewno nie zapomnę o tym autorze :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Oj tak, Munoza Avię serdecznie polecam! Nie wiem na ile obiektywnie – w końcu ta książka jest m.in. świetną satyrą na mój zawód (tylko kliniczny opis afazji jakoś mnie nie rozbawił – w założeniu miał być chyba groteskowy poprzez rozliczne, niezrozumiałe wyrażenia, sęk w tym, że dla mnie był jasny…), ale i laikom będzie się podobać, w końcu o psychiatrach i psychologach krążą liczne stereotypy, a autor bardzo złośliwie je wyolbrzymił, pisząc naprawdę zabawną książkę. Zresztą, nie tylko z lekarzy się tam śmiejemy – także ze stosunków rodzinnych głównego bohatera, ekshibicjonisty w prochowcu, pomysłów pragmatycznej córeczki Rodriga…świetna książka!