Nie jeżdżę na nartach. W szkole miałam dużo przyjaciółek i choć zdawałam maturę z matematyki nie czuję się tęgą głową w tej dziedzinie. Czy dlatego „Samotność liczb pierwszych” zrobiła na mnie wrażenie równe zero? Na czym polega fenomen debiutu Paolo Giordano nagrodzonego jedną z ważniejszych, a może najważniejszą przyznawaną we Włoszech literacką nagrodę Premio Strega?
Pytanie to zaczęłam sobie zadawać mniej więcej w połowie powieści, gdy zrozumiałam, że coś tu nie gra i nie rokuje poprawy, toteż gdy skończyłam czytać (a czytanie poszło mi nadspodziewanie szybko, bo co pisarzowi oddać trzeba – frapująco skonstruował fabułę, więc nawet jeśli się nie chce w niej zaczytać trudno tego uniknąć) od razu poszukałam innych recenzji. I oto okazuje się, że jednak coś jest na rzeczy, bo podobne pytanie zadał Juliusz Kurkiewicz w Wyborczej i od razu sam sobie odpowiedział, że sukces „Samotności liczb pierwszych” wiąże się z etykietką powieści pokoleniowej (choć sam pisarz od takowej w licznych wywiadach się odżegnywał). Sęk w tym, że jest to wizja pokolenia cynicznego i pozbawionego złudzeń. Wizja, która do mnie nie przemawia.
„Samotność liczb pierwszych” jest zaskakująco sprawnie napisane. Zaskakująco, bo Giordano jest w gronie pisarzy stuprocentowym naturszczykiem. Ukończył fizykę i to właśnie ścisły umysł stoi za krótkimi rozdziałami, które łyka się błyskawicznie. Ale jest i w tą książkę wliczony pewien chłód – zimna racjonalność matematycznego twierdzenia. Giordano poddaje krytycznej analizie emocjonalną atrofię i samotność w społeczeństwie dobrobytu. Pozbawia intymności, rozkładając niemalże na czynniki pierwsze. W chwili gdy moralne bariery praktycznie zostały obrócone w niwecz, a dzięki zasobnym portfelom rodziców wszystko wolno i można, samotność wciąż pozostaje tak samo dotkliwa. Jest ponowoczesną udręką, na którą skazane są jednostki nie pasujące do szablonu.
Rzec by można, że „Samotność liczb pierwszych” to klasyczne love story, tyle że à rebours. Na odwrót, bo Giordano sprytnie pogrywa z oczekiwania czytelnika, pogardza gatunkowymi kliszami. W jego powieści nie ma ani krztyny romantyzmu. Lubuje się natomiast w niedopowiedzeniach, nie wspominając już o okrutnym zwyczaju przerywania opowieści w najmniej oczekiwanym momencie, po to aby do nieukończonego wątku powrócić mimochodem i zdawkowo przy innej okazji.
Giordano gra z klasycznym mitem o rozdzielonych połówkach pomarańczy (czy, jak kto woli, jabłka), konstruując symetryczną opowieść o dwójce dla siebie stworzonej, bliskiej sobie, a jednak niezdolnej do zbudowania więzi. Alice i Mattia są tytułowymi liczbami pierwszymi. Są kalecy emocjonalnie, bierni, naznaczeni piętnem przeszłości, które noszą na barkach i wciąż przeżywają na nowo. Ona nienawiść wobec ojca – tyrana rozładowuje poprzez anoreksję, on smutek po zaginięciu siostry bliźniaczki zagłusza okaleczając się i zamykając w sobie. To takie typy, które inne dzieci wytykają palcami, nieszczęśliwe i zagubione jednostki, które w końcu trafiają na siebie, ale zetknięcie to, które mogłoby być początkiem historii miłosnej, nią się nie stanie. Liczby pierwsze dzielą się tylko przez siebie i jeden, nic i nikt tego nie zmieni. Brzmi jak banał i faktycznie o banał się ociera.
Prześladuje mnie wrażenie, że w tą powieść tak precyzyjnie wykoncypowaną wpisana była zamierzona pretensjonalność, obliczona na uzyskanie określonych efektów: poruszyć, zasmucić, a nawet skłonić do refleksji nad nihilizmem współczesnego świata, tudzież kultury z naderwanym moralnym kręgosłupem. Pewnie coś jest na rzeczy, aczkolwiek mnie „Samotność liczb pierwszych” nie przekonuje.
Ocena: 





[„Samotność liczb pierwszych” Paolo Giordano, przełożyła Alina Pawłowska – Zampino, W.A.B., Warszawa 2010]
Książka trafiła do mnie w ramach Blogowej Akcji Przeciwko Samotności. Mój egzemplarz poszybuje do Maga-mary :-)
Może Cię również zainteresuje:
- „Miłość za kilka włosów” Mohammed Mrabet 07/08/2009
- Wiatr z Sycylii 05/06/2010
- Być może rozczarowanie roku 27/07/2011
- Komisarz miał nosa 16/08/2010
- Niewarci lub siebie warci 10/01/2011
- „Kradnąc konie” Per Petterson 15/11/2008
- „Taki piękny dzień” Melania Mazzucco 02/03/2010










A ja i tak przeczytam!
Trochę mnie ta recenzja ostudziła, choć z drugiej strony argumenty przez Ciebie podane przemawiają raczej to, że mi się książka spodoba. Już nawet nie chodzi o to, że, że w szkole bywałam rzadko, więc i znajomych miałam tam mało, ani o to, że przed wypadkiem jeździłam na nartach i bardzo to lubiłam:), ale o to, że książki pisane przez, jak to ujęłaś, umysły ścisłe, a także książki „chłodne” jeśli chodzi o styl pisania to zdecydowanie moje typy. A samotność to temat, który MUSI mnie interesować z powodów edukacyjno-zawodowych, więc tym bardziej…zmartwiła mnie tylko jedna rzecz. Otóż po trzecim akapicie Twojej recenzji pojawiła się u mnie refleksja, że to może być coś a’la Michel Houllebecq – wiem Zosik, że Ty go lubisz, ale ja, hmm, nie:) – i pomimo, że „Cząstki elementarne” MH generalnie uważam za dobre czytadło, to strasznie się nimi swego czasu rozczarowałam. Stąd też niepokoi mnie to ocieranie się o banał.
W końcu człowiek tak rzadko jest banalny:)
Ma ladna okladke i brzmi interesujaco. Moze przeczytam. Tez jestem ciekawa o to podobienstwo z Houellebecqiem. Fajny blog, uwielbiam Twoje recenzje!
Zaskoczenie?! Przecież nie we wszystkim trzeba się zgadzać:) Ja chyba inczej odebrałam książkę. Fakt, zgodzę się z tym, że jest sprawnie napisana, że to trochę inne* love (friendship)story no i z grą na uczuciach też się zgodzę. Ja natomiast czytałam ją stricte pod kątem problemu samotności, wyobcowania, zamknięcia …. czyli tych wszystkich bolączek, które (na własne życzenie?) dotykają dzisiejszą młodzież (?!) Nie powiem, że książka mnie zachwyciła jednak w jakiś sposób urzekła mnie.
* nie oznacza, że mniej romantyczne, bo co dziś jest romantycznością (w ogóle istnieje jeszcze takie zjawisko wśród młodych osób?)- czyż nie miesza się dziś – delikatnie mówiąc – z erotyką?
„Sęk w tym, że jest to wizja pokolenia cynicznego i pozbawionego złudzeń. Wizja, która do mnie nie przemawia.” – Zosia, może to już pokolenie nie to ;) mnie Twoja recenzja zachęca do przeczytania książki.
O książce robi się coraz głośniej w czytelniczych kręgach, ale to raczej budzi we mnie przekorę – mówię NIE instynktom stadnym ;)
Zaś po cichu mam nadzieję, że szum jaki towarzyszy „Samotności…” nie okaże się tylko pustą bańką mydlaną, jaka otaczała swego czasu kiczowaty „Cień wiatru”. A takie mam póki co skojarzenia niestety.
Tanki, ale zniechęcać nie chcę, a nawet cieszę się, że czujesz się zachęcona, bo to dobra książka aczkolwiek nie byłabym sobą, gdybym nie wypunktowała mych zastrzeżeń, których mam trochę, jak widać ;-) Nie wiem czy efekciarstwo jest najlepszym słowem. Właściwie jest słowem z gruntu złym, ale uwolnić się nie mogę od poczucia, że Paolo Giordano niecnie wodził mnie za nos i próbował grać na emocjach. Co do Houellebecqa, dobre pytanie. Na studiach faktycznie przeżyłam głęboką fascynację jego twórczością. Ciekawe jak teraz odebrałabym jego pisarstwo? Może czas się o tym przekonać i przeczytać w końcu „Możliwość wyspy”, ale nie oto pytałaś. Gdzieś przeczytałam (nie wiem czy to właśnie nie Kurkiewicz w GW), że Giordano odrobił lekcję z Houellebecqa. Może i odrobił, ale jest sporo subtelniejszy i dużo mniej zgryźliwy niż Francuz.
kraciata :-))))
Moni faktycznie podeszłyśmy do powieści z nieco innej perspektywy. Czy samotność jest aż taką bolączką młodzieży? Bo ja wiem? Trudno generalizować na podstawie powieści Giordano, bo jego bohaterowie są jednostkami aspołecznymi i dysfunkcyjnymi trochę na własne życzenie.
Marcin oj to to ;-) Jak sobie policzyłam to wychodzi na to, że mogę być Mattii i Alice młodsza o góra 3 lata
Maioofko och jak miło, że i Ty uważasz, że „Cień wiatru” to kicz. Niestety jest nas niewielu ;-)
A ja tak się „napaliłam” na tę książkę! :) Fakt, z powodu tego,że autor jest Włochem, niekoniecznie z powodu samej treści, ale zawsze! Przeczytam na pewno, żeby przekonać się na własnej skórze co jest grane, bo czytałam recenzje pełne zachwytu i takie gdzie, ta książka to dno totalne :) A może właśnie to jest dobre, że jedna książka a tyle różnych odczuć :)
Ja się niestety przekonałam, że większość książek, gdzie oceny są albo skrajnie entuzjastyczne, albo skrajnie druzgocące, to PRZEWAŻNIE złe książki:) Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Zgryźliwość mi u pisarza absolutnie nie przeszkadza, natomiast brak subtelności owszem – i nie chodzi mi o subtelność treści tylko subtelność stylu pisania właśnie. Tego mi brakowało u Houellebecqa, który poruszał przez 15 pierwszych stron, a potem przytłaczał i nużył, by na końcu zniecierpliwić swoją natarczywą wizją i ostro przesadzoną wizją upadku cywilizacji, do tego na końcu ozdobioną niepotrzebnym patosem i sentymentalizmem. Nigdy nie byłam fanką zbyt optymistycznych książek, ale mam jeszcze trochę czytelniczego zdrowego rozsądku, żeby widzieć jak wyraźnie przerysowany jest to obraz. Dlatego mam nadzieję, że pióro Giordano rzeczywiście okaże się subtelniejsze i mniej nachalne.
b mnie twoja recenzja ZACHECILA! troche sie obawiam, czy aby bede TYM pokoleniem? tzn. o ile to ksiazka pokoleniowa, to kt pokolenia? b mnie to zaintrygowalo. poza tym to najwyrazniej ksiazka o mnie (dla mnie?), poniewaz od dziecinstwa jezdze na nartach. matematyki mialam 13 godzin na pierwszym roku studiów – wiec same liczby pierwsze jako takie mnie nie przerazaja
natomiast znam zatrute uczucie na poly rozczarowania, na poly wscieklosci, ze sie czlowiek wpuscil w nieodpowiednia (dla siebie) lekture
jak przeczytam, to moze jeszcze cos dorzuce – albo opisze u siebie na blogu
pozdr \ m
Zosiu jak patrzę na moją chrześniaczkę to wydaje mi się, że jest … niby otaczają Ją koleżanki, kiedy wraca ze szkoły ale to pozory, bo nie wydaje mi się z nimi szczęśliwa, albo wydaje się szczęśliwa na niby. To pseudoszczęście trwa tylko do wejścia do domu … potem zostaje sama. I myślę, że tę samotność sobie wybrała!? Chyba dzieciaki nie potrafią się przyjaźnić (oczywiście nie generalizuję) myślą, że przyjaźń polega na wspólnym piciu wina ukradkiem, wypalaniu pierwszych papierosów, a całowanie się po kątach mylą z miłością. Właśnie tak odebrałam ten problem w książce. To właśnie J. widziałam kiedy wyobrażałam sobie te smutne, znudzone życiem twarze:/:( szkoda mi ich. Fajnie jest spotkać w swoim życiu choć jedną przyjazną duszę:)
Tucha :-))) Tylko, żebyśmy obie miały jasność – to nie ja jestem od dna totalnego, ani zachwytów. Ja stoję pośrodku i kręcę nosem ;-)
Tanki jest mniej nachalny, zdecydowanie, choć chwilami pokazuje pazurek.
sygrydo witaj! Co do nart i matematyki – to są przykłady, więc proszę nie nastawiaj się na książkę o nartach i o matematyce. To raczej powieść o współczesnej samotności i wyobcowaniu tudzież miłości niemożliwej.
Moni zaczynamy snuć rozważania o społecznych bolączkach współczesności, nie mniej jednak wydaje mi się, że mimo wszystko trudno przeprowadzać paralelę między Włochami a Polską.
No tak, nie ma co porównywać:/
Pingback: Metafizyka piórem fizyka – Paolo Giordano « Blog Sygrydy Dumnej
Właśnie wróciłam z Rzymu, gdzie „Samotność liczb pierwszych” „połykają” wszyscy moi znajomi. Dokonałam więc zakupu – jestem bardzo ciekawa, czy zgodzę się z Tobą… Na razie, przed lekturą, przychodzi mi do głowy tylko jedna uwaga – niestety nie zawsze Premio Strega gwarantuje wspaniałe doznania czytelnicze. Dla mnie sporym rozczarowaniem był chociażby głośny „Caos calmo”. Cóż, de gustibus…
Pozdrawiam serdecznie i gratuluję ciekawego bloga!
Julio mam nadzieję, że po przeczytaniu wpadniesz tutaj i podzielisz się swoimi wrażeniami :-)
niezgodność krytyków między sobą dowodzi o zgodności artysty z sobą – czy nie tak powiedział Oskar Wilde..?
ja powiem tyle, że MOIM ZDANIEM książka nie jest zła, czytałam gorsze;). co do gry na emocjach, to co na nich nie gra? chyba książka telefoniczna.
jedyne co mi się nie podoba, to że opis umieszczony z tyłu książki rozmija się z treścią. spodziewałam się większej liczby perypetii, dogłębnych opisów uczuć i jakiejś iskry, której nie jestem w stanie ubrać w słowa, ale ewidentnie mi tego było brak…
książka faktycznie jest zwięzła, co lubię.
to że wątki się urywają uważam za słuszne. nie wszystko trzeba pisać, ciekawa koncepcja z tymi niedopowiedzeniami.
jednak postać Alice wydawała mi się nudna i tu można było wymyslić coś ciekawszego i bardziej prawdziwego.
no i zakończenie… może lepiej by było też je urwać, a nie wstawiać przemylślenia identyczne jak pod koniec legalnej blondynki;/
ale nie mówię nie – miła i wciągająca lektura jeśli chce się przeczytać coś na szybko i na luzie:)