Eteryczna niczym mgła. Delikatna jak pajęczyna utkana ze wspomnień. „Proleterka” jest jak sen – liryczny, ale i niepokojący. Sen, w którym pobrzmiewa echo przeszłości. Fleur Jaeggy znów czaruje subtelną frazą i zwiewną konstrukcją, a po wszystkim pozostaje posmak goryczy.
Podobnie jak w „Szczęśliwych latach udręki” i w tym maleńkim (zaledwie 88 stron) dziełku wielkiej urody szwajcarska pisarka dotyka kwestii samotności, wyobcowania, utraconego dzieciństwa a nade wszystko kruchości międzyludzkich relacji. Dorosła narratorka powraca myślami do rejsu po Morzu Śródziemnym tytułową „Proleterką” – wycieczkowym statkiem wyczarterowanym przez Korporację, do której przynależał jej schorowany i zamknięty w sobie ojciec. To była pierwsza i ostatnia podróż ojca i nastoletniej córki. On wkrótce potem zmarł, ale nie miało to dla niej szczególnego znaczenia. Nigdy nie czuła się z nim związana emocjonalnie, traktowała go z należytym szacunkiem, ale jak obcego człowieka, a i on był powściągliwy i zdystansowany. Rzadkie towarzystwo córki wprawiało go w wyraźne zakłopotanie.
Powrót na pokład „Proleterki” inicjuje szereg reminiscencji. Narratorka bez sentymentu powraca we wspomnieniach do dzieciństwa spędzonego pod opieką chłodnej i chorobliwie pedantycznej babki o fiołkowych oczach, które zawsze spoglądały na nią z góry. Wspomina zubożałą rodzinę – ojciec był fabrykantem. Był, bo fabrykę stracił i z dnia na dzień stał się bankrutem, w konsekwencji czego wiódł smutne życie samotnego hotelowego tułacza bez prawa do opieki nad jedyną córką. A może sam zrzekł się tego prawa? Matka w każdym razie była grzesznicą. I pianistką. Rodzina narratorki, z pozoru doskonale uporządkowana mieszczańska familia, w głębi ducha pielęgnowała destrukcyjne obsesje. Miała być naznaczona piętnem śmierci, fascynowała się posępnością i mistyką przemijania, choć jej członkowie, na swe nieszczęście, dożywali sędziwego wieku.
Tkankę powieści Fleur Jaeggy tworzą efemeryczne nastroje, pozornie nic nie znaczące drobiazgi, obojętne i zachowawcze relacje, wystudzone związki. „Proleterka” napisana jest szalenie powściągliwie. Chłodno i poetycko. Nie jest tak czarująca jak „Szczęśliwe lata udręki”, ale i tak godna uwagi.
Ocena: 





[„Proleterka” Fleur Jaeggy, przełożyła Magdalena Tulli, Noir sur Blanc, Warszawa 2003]
Może Cię również zainteresuje:
- „Szczęśliwe lata udręki” Fleur Jaeggy 23/07/2009
- „Kradnąc konie” Per Petterson 15/11/2008
- Za ścianą 14/03/2011
- Dramat wart wzruszenie ramion 19/04/2010
- „To, co zostaje” Glen Duncan 04/12/2008
- Być może rozczarowanie roku 27/07/2011










No co ja mogę powiedzieć…dodaję do listy. Swoją drogą, chyba mam ostatnio szczęście do „książek jak sen” (patrz „Sen nr 9″, choć to zupełnie co innego:))
Zacznij od „Szczęśliwych lat udręki” Tanki :-)
Tak urokliwie przedstawiłaś treść tej książeczki, że nie mogę się doczekać jak ją znajdę i przeczytam. Naturalnie sięgnę po wcześniejszą, aby zapoznać się z tematem. Śliczna recenzja :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Na „Szczęśliwe lata udręki” tej autorki poluję odkąd przeczytałam Twoją recenzję, Zosik, ale bezskutecznie. Nieosiągalne dosłownie :( Ale będę próbować dalej, bo apetyt rośnie…
Anhelli dziękuję za miłe słowa. Starałam się oddać delikatność i klimat „Proleterki” i cieszę się, że mi się udało
Maioofko, a nie wyprzedają tego w Wyd. Literackim? Widziałam „Proleterekę” na wyprz u nich za grosze. Ja swój egzemplarz i jednej i drugiej powieści Jaeggy miałam z biblioteki
Niestety, ale nawet wydawnictwo nie oferuje już tytułu „Szczęśliwe lata udręki” (Noir sur Blanc także nawiedziłam swego czasu), a na tym mi przede wszystkim zależy. Biblioteka to u mnie ostateczność, więc jeszcze dam sobie czas na polowanie ;)
A ja sobie – dzięki Twojej recenzji – przypomniałam nazwisko: Fleur Jaeggy. Czytałam „Szczęśliwe lata udręki”… Możliwe że moje skojarzenie jest całkiem „niepoprawne”, ale przywodzi mi na myśl „Piknik pod wiszącą skałą”. Australia zamiast Szwajcarii, ale ta nieuchwytność i nastrojowość podszyta czymś, co niejasno, lecz bezpowrotnie minęło… W każdym razie: ciekawe – „zaklinaczka efemeryczności”.
Ale czy te książki Jaeggy nie są przypadkiem trochę depresyjne?
Jeśli nie to wpisuję na mą długą listę :)
Maioofko a posprawdzaj Tanie Książki. W krakowskim Dedalusie (Grodzka) widziałam dziś tomik opowiadań F. Jaeggy „Gniew niebios”. Poza tym zaprzyjaźń się z biblioteką, nawet nie wiesz ile kapitalnych książek można w nich znaleźć szperając między regałami :-)
Tamaryszku od „Szczęśliwych lat udręki” zaczęła się moja znajomość z Jaeggy. Faktycznie klimat może i nieco przypomina „Piknik pod wiszącą skałą”. W każdym razie obie powieści to bardzo nastrojowa proza.
Claudette może odrobinkę, ale taką mikro ;-)
Zosik, ja nie mam nic przeciwko bibliotekom (tak to zabrzmiało?), tylko że terminy tamtejsze zmuszają do odkładania w czasie swoich własnych nabytków a tych już czeka na mnie tak dużo (aż mi wstyd na blogu wszystkie zdobycze wklejać ;)). Ale karty biblioteczne w pogotowiu czekają, więc jak się nie da inaczej to sobie urządzę wycieczkę i nabiorę wszystkiego czego mi brak :)
Wiesz, że jest to jakaś myśl. Bo jeżeli ja jestem od czegoś uzależniona to właśnie od znoszenia (nie, nie, nie jajek) książek z biblioteki, a moje zbiory na tym cierpią, ale cóż. Czymże byłoby życie bez nałogów?
Wiedziałam, że miałam coś wziąć z biblioteki i zapomniałam! A sprawdzałam nawet w katalogu, są obydwie w BUW-ie, tylko pewnie jednak zacznę od „Proleterki”, bo ona jest na półce, a „Szczęśliwe lata udręki” (co za tytuł…) trzeba zamawiać, a ja, jak zwykle, zapomnę tego zrobić w domu, a na miejscu trzeba będzie czekać milion godzin, aż znajdą w magazynie:P W każdym bądź razie, dzięki za spostrzeżenie odnośnie kolejności!:)
To mi przypomina te cudowne czasy, gdy zamawiałam książki w Jagiellonce. Czego tam nie było. Może znów zostanę studentem tylko po to, aby mieć dostęp do jej zasobów :-)))
A to z Jagiellonki tylko studenci mogą korzystać? U nas, w BUW-ie właściwie chyba wszyscy…chociaż nie wiem czy reszta może wypożyczać książki czy tylko czytać na miejscu.
I to nie jest taki zły pomysł – ja kiedyś poszłam na jedne studia tylko po to, żeby mieć miejsce w akademiku:P I chodziłam, właściwie dalej chodzę, na zajęcia!
Czytanie na miejscu się nie liczy, bo czytelnia Jagiellonki jest okropna, wygląda jak połączenie koszmarnego snu Kafki z „1984″ Orwella (a przynajmniej tak wyglądała, gdy w niej byłam ten jeden, jedyny raz). Książki chyba można wypożyczać, ale trzeba wpłacić solidną kaucję, a ponieważ i tak mam co czytać… więc. Sama rozumiesz :-)
Aha, jasne. W BUW-ie wszystko jest bardzo nowoczesne, ale też nie czytuję na miejscu – to miejsce kojarzy mi się z nauką i zostało w moim umyśle skażone:P Za to często czytuję w bibliotece mojej drugiej uczelni, SWPS-u, raz się zaczytałam w „Z pokorą i uniżeniem” i nie poszłam na zajęcia…
Znając „Z pokorą i uniżeniem” wcale mnie to nie dziwi :-))))