Z westchnienie ulgi skończyłam czytać „Posłańca”. Zaskoczyło mnie, że powieść, która posiada wszelkie predyspozycje do miana wzruszającego dramatu psychologicznego spłynęła po mnie, jak po nie przymierzając kaczce. Czy znaczy to, że moja panieńska wrażliwość przeminęła (z wiatrem), czy może ludzki dramacik z powieści Lesliego Polesa Hartley’a jest tak letni, że przejąć się nim nie podobna?
Oczywiście niecnie sobie kpię. Czynię to jednak nie bez powodu, bo faktycznie fabuła „Posłańca” jest zaskakująco mdła. Jej narrator – Leo Castels – u schyłku życia powraca do wydarzeń, które miały miejsce przed ponad pięćdziesięciu laty, w upalne wakacje roku 1900. Wydarzeń, których wspomnienie wypreparował z swej pamięci i pogrzebał głęboko. Spędzał wówczas wakacje w wiejskiej posiadłości wydzierżawionej przez zamożnych rodziców kolegi ze szkoły. Inteligentny i uprzejmy chłopiec ze skromnej rodziny z trudem odnajduje się pośród oschłych przedstawicieli upper middle class, których nieodmiennie bawiły jego prowincjonalne maniery i brak obycia. Leo jest uosobieniem niewinności i dziecięcej naiwności, chętnie zatem zgadza się, gdy urocza córka właścicieli prosi go o wyświadczenie drobnej przysługi – dostarczenie liściku do gospodarstwa położonego nieopodal. W ten sposób niepostrzeżenie zostaje wciągnięty w coś czego zupełnie nie rozumie. Z pozoru niewinna wymiana wiadomości między prostym rolnikiem, a piękną panną z dworu staje się przyczynkiem do dramatu, którego Leo będzie nie mniej ważną postacią. Aż chce się dopowiedzieć, że nieszczęście czai się tuż za rogiem…
„Posłaniec” to powieść o względności. Znamienne, że L.P. Hartley osadził akcję u schyłku epoki wiktoriańskiej i faktycznie wiktoriański dualizm czy może raczej hipokryzja jest tutaj najważniejszym punktem odniesienia. Ta epoka ściskająca niczym gorset. Oplatała ciasną siatką konwenansów, kategorycznie dyktując co wypada, a co absolutnie nie. Wedle jej dictum wypadało zatem być zaręczonym zubożałym z wicehrabią, ale nie wypadało kochać/ romansować z osobą postawioną niżej na drabinie społecznej. W ten niepokojąco dwoisty świat zostaje wciągnięty Leo. Zauroczony Marian – jedyną osobą w Brandham Hall, która okazywała mu zainteresowanie – skłonny był dla niej zrobić wszystko. Fakt, że uczyniła go swoim protegowanym napawał chłopca wyjątkową dumą. W swej dziecięcej dobroduszności nie przypuszczał, że troska dziewczyny nie jest bezinteresowna, że ta kupuje jego względy, aby móc wciągnąć go w moralnie dwuznaczną grę – zyskać dyskretnego posłańca. Do momentu, gdy czar pryska.
„Posłaniec” jest więc i powieścią o dojrzewaniu, o próbie zrozumienia świata dorosłych – nieprzyzwoitego, pełnego tajemnic, kłamstw i skomplikowanych emocji. Gromadzące się wokół niego wieloznaczności Leo przyjmuje z narastającą konsternacją. Próbuje interpretować świat po swojemu, kluczem czyniąc wpojony mu purytański etos epoki wiktoriańskiej. Ów surowy obyczajowy światopogląd zemści się na nim nie mniej niż na dwójce tajemnych kochanków.
Leo, choć grzeczny i dobrze ułożony, nie jest postacią wzbudzającą sympatie, a nawet powiedziałabym, że L.P. Hartley wyposażył go w pewną dozę arogancji i pychy przemieszanej z nieśmiałością, które to czynią z niego narratora dość antypatycznego. Zaskakujące jest, że dorosły Leo wspomina tamte lato w sposób pozbawiony jakiegokolwiek osądu moralnego. Podówczas dużo bardziej niż kwitnąca w cieniu szopy zakazana miłość interesowało go wahania temperatury i zabawy w stogu siana. Lato było upalne, emocje jeszcze gorętsze. Nastrój przywodzi na myśl „Pokutę” Iana McEwana, a jednak „Posłańca” czyta się na chłodno i z dystansem. Bez zaangażowania. Bez zanurzenia.
Ocena: 





[„Posłaniec” L.P. Hartley, przełożyła Ryszarda Grzybowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1992]
pozostałe recenzowane przeze mnie powieści z serii KIK
Może Cię również zainteresuje:
- „Lato” Tove Jansson 28/04/2009
- Gorączka detektywistyczna 29/04/2010
- Bergman wielkim poetą nie był 20/03/2011
- „Złodziejka” Sarah Waters 06/12/2008
- „Ten, kto mrugnie, boi się śmierci” Knud Romer 04/01/2009
- „Na plaży Chesil” Ian McEwan 11/02/2009
- „Dom w Riverton” Kate Morton 29/08/2009










Wiesz co książka nie jest porywająca ale film ech……. leciał niedawno na Zone Europe grają Alan Bates i Julie Christie {mam nagrane to jak by co}. Może to zasługa innego rozłożenia akcentów, pewne niuanse i gra aktorska ale w porównaniu do książki film wypada 100razy lepiej! No i reżyser to Joseph Losey a to już coś mówi.
Moja droga adaptację dopiero oglądać będę. Mam swoje nagranie, dokonane nawiasem mówiąc przed kilku laty i jeśli mój odtwarzacz vhs-ów nie zastrajkuje to w najbliższej sprzyjającej chwili film obejrzę. Choćby ze względu na Julie Chrisitie, którą autentycznie uwielbiam! Zresztą mam takie wrażenie, że film jest dużo głośniejszy niż powieść (to pewnie zasługa scenariusza Harolda Pintera) nie mniej jednak chciałam to zrobić po bożemu w kolejności książka – film.
Hm po bożemu mówisz? Ja wolę „inną kolejność”. Też uwielbiam Christie no i Bates – to był bardzo dobry aktor -pięknie Szekspira czytał. W PL raczej mało znany. Film może i trąci myszką ale mnie się podobał! mam swoje typy wśród aktorów i nawet na gnioty chodzę – patrz byłam na Pokojówce na Manhattanie tylko po to co by sobie na Fiennesa popatrzeć!
Ja również bardzo polecam adaptację filmową, zrobiła na mnie duże wrażenie.
Niebieski ptaku rozumiem Cię doskonale :-) Próbuję sobie przypomnieć w czym widziałam Alana Batesa, bo bez wątpienia w czymś go widziałam już. Mam okrutne ubytki w wiedzy i w najbliższym czasie postanowiłam poprzeglądać sobie notatki z historii filmu, bo aż czuję się zawstydzona moją ignorancją
Lireal tym większą mam ochotę po niego sięgnąć, ale niestety póki co muszę wstrzymać się z tym z powrotem do Krakowa…
W dzisiejszym dniu opublikować na tematycznym blogu notkę tematyczną… to prawie jak manifest albo prowokacja.
Nie krytykuję, tylko stwierdzam fakt.
Cedro notka opublikowała się kilka minut po północy stąd dzisiejsza data. Nie jest ani manifestem, ani prowokacją. Jakkolwiek szokujące i tragiczne nie byłyby wydarzenia dzisiejszego poranka (a były!!!) trzeba żyć dalej. Show must go on.
W pełni się z tobą zgadzam.
Co do daty dodania notki zasugerowawszy się godzina dodania do niej linka na blipie.
Dla mnie to kolejny nieznany autor (wstyd się przyznawać wprost), więc zastanawiam się skąd pochodzą Twoje inspiracje lektur(k)owe Zosik? Czuję się zawsze o krok w tyle, i kolejny raz muszę się „doedukować” po przeczytaniu recenzji tutaj :)
Wiele czynników działa na mnie inspirująco, ale akurat dwie ostatnie przeczytane przeze mnie książki to akurat pozycje z listy „must read”. Skierowało mnie ku nim zainteresowanie filmami powstałymi na ich podstawie. A jak nieprzewidywalne bywają moje literackie potrzeby niech najlepiej świadczy fakt, że gdy czytałam „Mefista” Manna kilkukrotnie w tekście przewinęło się słowo patrycjusz, które z kolei przywiodło mi na myśl „Wyznania patrycjusza” Sandora Marai, które wiem, że gdzieś mam, ale te jak na złość zapadły się pod ziemię i tylko dlatego (jeszcze) po nie nie sięgnęłam, ale oczywiście do czasu (ewentualnie kolejnej zniewalającej zachciance, której nie będę mogła się oprzeć).
Nawet nie wiedziałam, że film miał swój pierwowzór literacki. Dzięki;) Mimo wszystko w tej serii wydano sporo dobrych tytułów.
No masz! To tylko potwierdza moją teorię, że film jest bardziej znany od powieści :-)
poznaje okladke – mam ta ksiazke od jakis 15lat i prawdopodobnie tyle lat temu ja przeczytalam, ale zupelnie nie pamietam o czym w niej mowa :((
Daggy to chyba nie jest najlepsza rekomendacja :-) Swoją drogą miło Cię znów widzieć :-)