Ja i Haruki Murakami jesteśmy właściwie kumplami. Nie dosłownie, niestety, nie mniej jednak ze względu na ilość przeczytanych książkę, nabrałam do jego twórczości stosunku niemalże emocjonalnego. Tak więc ja i Haruki czasem się lubimy (vide „Przygoda z owcą” czy „Tańcz, tańcz, tańcz”), innym razem zgrzytam zębami na myśl o sobie (vide „Po zmierzchu” lub „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”). Z tym zgrzytaniem zębami to może trochę przesadziłam, ale i nie będę się krygować, że wszystko co sygnowane nazwiskiem Murakami doprowadza mnie do omdleń z zachwytu, albo przynajmniej palpitacji serca, bo tak nie jest, choć z drugiej strony lubię prosty i niewymuszony styl Murakamiego na tyle, że jest on jednym z nielicznych pisarzy, których czytam wszystko, a każdej lekturze towarzyszy dreszczyk radosnego podniecenia: spodoba się czy nie spodoba?
Nie inaczej było z moją dziesiątą książką sygnowaną nazwiskiem Pana M. Pozycją wyjątkową, bo „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” beletrystyką nie jest. Jest natomiast zbiorem autobiograficznych esejów o bieganiu przede wszystkim, ale i poniekąd o jego pisarskiej karierze i życiu w ogóle. Nie powiem, abym do tematu nie podeszła sceptycznie. Tak niefortunnie się bowiem składa, że bieganie sytuuje się gdzieś pomiędzy rozwieszaniem prania, a sprzątaniem kociej kuwety w moim osobistym rankingu czynności znienawidzonych (nie żebym taki ranking prowadziła, bo nie). Toteż, gdy zaczynałam czytać nieco niepokoiło mnie pytanie: czy może być cokolwiek interesującego w książce o bieganiu? O dziwo może.
Nie jest tajemnicą, że Murakami zaczynał od prowadzenia baru w Tokio. W którymś momencie, a dobiegał wówczas do trzydziestki, właściwie z dnia na dzień napisał powieść. Niewiele myśląc wysłał ją na konkurs dla debiutantów i o niej zapomniał. Książka konkurs wygrała i została wydana, Murakami napisał kolejną i jeszcze następną. Tą trzecią była „Przygoda z owcą”, którą można uznać za przełomowe dzieło zarówno dla samego Murakamiego, jak i jego literackiego dorobku. Udało mu się wykrystalizować styl (który od tego czasu jest równy constans, innymi słowy stały i niezmienny, co jest i wadą i zaletą zarazem, bo schlebia to mamoniowatej* części nas, która lubi tylko to co zna, ale z drugiej strony w nadmiarze prowadzi do nieuchronnego ziewania),udało mu się także umocnić w przekonaniu, że chce pisać zawodowo, pozbyć się baru, rygorystycznie uporządkować życie, rzucić palenie i właśnie zacząć biegać.
Bieganie i pisanie to dla Murakamiego doświadczenia paralelne. Są ze sobą tak silnie powiązane, że bez biegania nie byłoby pisania. Obie czynności dyscyplinują życie pisarza, obie są rodzajem wyzwania i specyficznym misterium samotności, która jednak mu bardzo odpowiada. Pisanie powieści jest dla mnie wspinaczką na stromą górę, wdrapywaniem się po ścianie zbocza, wchodzeniem na szczyt po długiej i wyczerpującej wyprawie. Pokonuje się własne ograniczenia albo nie, jedno albo drugie. [s. 108]. A czy z bieganiem na maratońskich dystansach (a na takich biega pisarz) nie jest podobnie?
Dla Murakamiego bieganie staje się doświadczeniem absolutnym. To coś więcej niż hobby, nałóg czy sposób spędzania czasu, to raczej życiowa filozofia, której całkowicie podporządkował siebie z podziwu godną konsekwencją. To również galopada myśli towarzyszących długim godzinom fizycznego wysiłku, intensywniejsze smakowanie rzeczywistości, ale i pewne zdystansowanie się wobec siebie i świata, a nade wszystko sposób na lepsze wsłuchanie się i zrozumienie siebie, swojego ciała i potrzeb. Brzmi to jak zdanie wyrwane z jakiegoś tandetnego poradnika w stylu „Jak żyć lepiej i skutecznej”, nie mniej jednak jest w tym jakiś pokrętny sens. Ja w każdym razie dałam się uwieść Panu M. Co prawda nadal bieganie jest między kuwetą, a praniem, ale nie propagowanie maratonów było celem tej książki.
Najciekawsze są pisarskie reminiscencje Murakamiego. W „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” tłumaczy się ze swojego stylu, sposobu pisania, podejścia do pracy, konfrontacji z opiniami krytyków i czytelników. Jest przy tym może i nieco megalomański, ale proszę państwa, to w końcu Haruki Murakami – jemu można wybaczyć taki drobiazg.
Ocena: 





[„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Haruki Murakami, przełożył z angielskiego Jędrzej Polak, MUZA, Warszawa 2010]
*Niezorientowanym przypominam, że mowa o inżynierze Mamoniu z „Rejsu” Marka Piwowskiego. To właśnie on lubił tylko te piosenki, które już znał.
Może Cię również zainteresuje:
- „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” Haruki Murakami 22/01/2009
- „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami 01/07/2008
- „Po zmierzchu” Haruki Murakami 28/10/2008
- „Mała handlarka prozą” Daniel Pennac 02/02/2010










Bardzo lubię Pana Murakamiego.
Widziałam jego najnowsze dzieło dzisiaj na księgarnianej półce.
I myśl jedyna, która wpadła mi do głowy to: „Dlaczego ta książka jest tak cienka [objętościowo]?”
Przecież Murakamiego nigdy dosyć!
Pozdrawiam i dziękuję za tę recenzję :)
Ech, widzę, że w czytaniu Murakamiego zaległości rosną…
Z przyjemnością przeczytam coś autobiograficznego, bo właściwie nic nie wiem o pisarzu, który jest moim zeszłorocznym odkryciem. Zaczęłam (moim zdaniem mało szczęśliwie) od „Norwegian Wood”, książki ciężkiej i ciemnej, że tak ją określę. A jednak zaintrygowała mnie na tyle, że zaczęłam czytać więcej. Do tej pory moimi naj… są „Kafka nad morzem” i „Kronika ptaka nakręcacza”.
No to teraz pięciu pozycji brakuje mi do kompletu :)
Mnie styl Murakamiego jeszcze nie znużył (chyba za mało czytałam…), za to bardzo mi podszedł, więc akurat jeśli chodzi o niego, zaliczam się do tych zadowolonych z perseweratywności tego pisarza:) Sięgnę KIEDYŚ po to, ale na razie mam ogromne zaległości z beletrystyką tego pana.
Jak można nie lubić biegać?:( Jedyny słuszny sport!
ja już się lepiej nie odzywam …. Ty wiesz:)
Witam serdecznie wszystkich, bo to mój pierwszy komentarz na tej stronie:-)
Ja zaczęłam poznawać Murakamiego od „Kafki” i zanim przejdę dalej (ba, zanim w ogóle domęczę „Kafkę”) będę musiała uskutecznić sobie bardzo długi odpoczynek od tego pana. Pierwsza część była zachwycająca, przypominała mi klimat świetnego filmu „Piknik pod Wiszącą Skałą” i jeszcze te rozmowy Nakaty z kotami (też chciałabym posiąść taką umiejętność:-)… Ale w momencie gdy rozmowy z kotami się skończyły, powieść zaczęła mnie męczyć. I to tak bardzo, że od miesiąca czytam po kilka stron tygodniowo, tylko dlatego, że nie lubię nie kończyć książek.
Z wielu przeczytanych recenzji na temat pana M odnoszę wrażenie, że to bardzo „nierówny” pisarz. Szkoda, że zaczęłam od tej gorszej strony. A Wy czytaliście „Kafkę”? Dla Ciebie, Lekturko/Zosiu – to było omdlenie zachwytu czy zgrzyt zębów:-)?
Bardzo ciekawa jestem tej książki, choć z Murakamim jesteśmy na etapie poznawania się, któremu towarzyszy rozkoszny dreszczyk. I choć biegania właściwie nie lubię i nigdy nie lubiłam, to tradycja rodzinna zmuszała mnie do tejże właśnie czynności (tata-maratończyk od czasu studiów, mama-medale w czasie studiów, siostra-biegi przełajowe, ja-czarna owca z wieczną kolką i zawrotami głowy po przebiegnięciu 500m) i choć nie lubię jej i już, to mam do niej stosunek emocjonalny, niekoniecznie negatywny. Z tego co piszesz, Murakami pisze o maratonach w ten sposób, w jaki wypowiadają się o nich znani mi maratończycy (choć pewnie w ładniejszy sposób), co mnie zawsze potrafi wzruszyć. Więc przeczytam z wielką chęcią :)
Claudette faktycznie „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” jest dość krótkie, ale o dziwo czyta się to nieprzyzwoicie dobrze, ale zauważ, że Murakami pisuje też cienkie książki, choć jest ich zdecydowanie mniej niż tych wielostronicowych.
Niedzielko witaj! Ja też nie czytałam jeszcze wszystkiego, więc głowa do góry. Z własnego doświadczenia wiem, że czytanie wszystkie jednym ciurkiem szybko prowadzi do przesytu. Mówię to z własnego doświadczenia, gdy kilka lat temu doprowadziłam do tego, że na myśl o Murakamim dostawałam mdłości, ale zrobiłam sobie prawie roczną przerwę i znów czytanie go sprawia mi masę frajdy.
Tanki tak być może, że nie przekroczyłaś magicznej granicy ;-) Murakami pisze fajnie, ale na dłuższą metę zaczyna irytować ta powtarzalność i zafiksowania wokół wciąż tych samych motywów. A to cudo potraktuje jako taką wisienkę na torcie. A co do biegania, cóż począć, że wolę basen, albo rower ;-)
Moni co wiem? ;-))))
Panno Emilko witam! To bardzo ciekawe co piszesz o Kafce, bo spotkałam się do tej pory z samymi bardzo pochlebnymi opiniami, aczkolwiek ja Kafki i „Kroniki ptaka nakręcacza” jeszcze nie czytałam. To są akurat te dwie ostatnie powieści. Mam je na półce od kilku dobrych lat i pewnie dlatego nie mogę się za nie zabrać i zgadzam się z Tobą, że jest pisarzem nierównym. Nie wszystkie powieści są tak do końca udane. Na przykład „Po zmierzchu” i „Sputnik Sweetheart” można sobie spokojnie darować.
Mandżurio tłem, ale i poniekąd przedmiotem „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” są przygotowania Murakamiego do nowojorskiego maratonu, więc myślę, że spodoba Ci się :-) Zresztą ja jako osoba, która biegom mówi nie (tak jak ty ;-) czytałam poprzez pryzmat walki z własnymi słabościami i podziwu godnej konsekwencji i dyscypliny. Tak książka, choć o bieganiu i pisaniu, jest napisana w bardzo uniwersalny sposób.
Zosiu znasz moją chęć na Murakamiego i ciągły brak przekonania* w trakcie lektury:) …. może skuszę się przy okazji ŚDK? – ale jestem z tym nudna!!!
* chciałabym go pokonać
Tak, jak myślę, że jutro (!!!) jest znakomity dzień na to :-)))
Z ciekawością sobie czytam Wasze opinie o Murakamim (?), ale nadal pozostaję w tym temacie niesplamiona doświadczeniem własnym ;) Chociaż takie recenzje kuszą – jestem chyba jedyna, która nie wie o czym tu mowa!
Dziś przeczytałem, ale już nie mam siły na recenzję. Najlepsza jego książka :P – to tak ironicznie podsumowując beletrystykę Murakamiego :-)
Nie wiedziałem, że normalni ludzie mogą przebiec 100km, dla mnie opis ultramaratonu to był jakiś kosmos.
Pozdrawiam
Zosiu MAM JUŻ DZIŚ! w związku z tym, że spędziłam dziś dużo czasu na kawie czekając i nudząc się …. przeczytałam nabytą – w celu zmniejszenia tej nudy – Po zmierzchu – FANTASTYCZNA! zwracam honor i jestem przepełniona radością i optymizmem:)
Moje wątpliwości odnośnie tej książki są podobne do Twoich – tych przed lekturą, precyzyjnie mówiąc. Bardziej od biegania nie lubię chyba tylko zalewać sobie laptopa kawą ;)
Oczywiście po „O czym mówię…” sięgnę, gdy tylko będę miała okazję :)
Maioofko w takim razie poglądowo polecam przeczytanie choć jednej książki. Ja kilka lat temu zaczęłam od „Na południe od granicy, na zachód od słońca” i spodobało mi się na tyle, że kontynuuję tą znajomość do dziś, bo wciąż dwóch książek nie przeczytałam. Jeśli mogę Ci coś poradzić – nie zaczynaj od tej, bo „O czy mówię kiedy mówię o bieganiu” to (jak już wcześniej wspomniałam) taka wisienka na torcie, lektura uzupełniająca, co nie znaczy, że uwagi niewarta. Ja bym powiedziała, że nawet bardzo inspirująca, niekoniecznie do biegania ;-)
Jarek jesteś jak zwykle bardzo krytyczny :) Ja bym tak kategorycznie Pana M. nie podsumowywała choć zaprzeczyć nie mogę, że piszę te książki choć podobne to jednak dość nierówne. Dla mnie ta cała książka jest jak kosmos. Stukilometrowy bieg to raz, ale trasa z Aten do Maratonu z żarem lejącym się z nieba nie powiem, żeby nie wbiła mnie w fotel. To się czyta jak porządną powieść sensacyjną, a przecież Murakami tylko pisze o tym, że biega.
Moni sasasasa, ale mnie akurat „Po zmierzchu” zbytnio się nie podobało. Swoją drogą kiedy mogę spodziewać się Twych refleksji na temat Mazzucco?
Germini sięgnij. Warto. Pisałam już o tym Jarkowi, więc może się powtarzać nie będę, ale czyta się to cudo z nadspodziewanym zainteresowaniem
Zosiu myślę, że „Po zmierzchu” jest trochę inne od pozostałych (a przynajmniej tych, które ja czytałam … hm zaczęłam czytać) książek Murakamiego i właśnie z tego powodu przypadło mi do gustu.:) Boję się, że to będzie chwilowe zauroczenie, że kiedy zacznę znowu przerabiać te dziwne historie ono minie:/ a szkoda, nie chciałabym …. ale czas pokaże.
Jeśli chodzi o „Taki piękny dzień” w mojej głowie coś się kołacze ale nie chcę dać temu upust, nie chcę myśleć, bo teraz myślę o Nabokovie i nie chciałabym aby to co napiszę o książkach – czytanych jako odskocznia dla prac nad artykułem o Nabokovie – było płytkie i napisane po łebkach. Mam tylko nadzieję, że ‘twórczość’ moja recenzencka ‘wybuchnie’:) kiedy tylko te prace się skończą i …. nie zapomnę wszystkich pomysłów i przemyśleń na ich temat:/
A na książkę Mazucco mam tym bardziej plan – myślę, że kilka słów (ciepłych) na jej temat pojawi się – 4 maja:) przecież ta książka dzieje się akurat w tym dniu, mało tego to są moje imieniny:)
ale się rozpisałam:)
Trzymam Cię za słowo Moni :-)
Zosik, pewnie w końcu się poddam i coś nabędę z dorobku Murakamiego. To nie z braku ochoty tylko czasu i środków takie zaniedbanie w moim „oczytaniu”. Moja silna wola zaowocowała dziś (w ten wyjątkowy dzień w roku… ;) ) dwoma pozycjami pani Roach tak zachwalanymi wszem i wobec (bez wskazywania palcem czyja to sprawka takie zachwalactwo stosowane). Bo te 120 książek, które w tym tygodniu zakupiłam już się nie liczyły jako świąteczne nabytki – nie trafiły w datę! :))
hihi no to jest argument i motywacja!
zosiu – wielkie dzieki za wskazanie giordano: RE_WE_LA_CJA! bede pisac na blogu za chwile
natomaist jezeli chodzi o murakamiego, to zaczelam ladnych pare lat temu od kafki. kafka mnie absolutnie zauroczyl – i od tej pory nie moge znalezc równie dobrego murakamiego…
pozdr \ m
a ja lubie wszystko Murakamiego. Nic mnie nie znudzilo. Wszystko zachwyca :) Ta najnowszą też już mam i niebawem coś o niej napiszę :)
maioofko ja wiem, że prędzej czy później nie wytrzymasz i się skusisz :) Tak chociażby na próbę, aby sprawdzić z czym się je Murakamiego i o co tyle szumu ;-) Fajnie, że zainwestowałaś w Roach. To bardzo oryginalne książki.
Moni! moja droga, nie żebym Cię miała rozliczać, ale… ;-)
Sygrydo bardzo się cieszę, że Cię zainspirowałam. Przeczytałam już Twoją recenzję i bardzo mi się podoba aczkolwiek ja, jak wiesz, nieco inaczej odebrałam prozę Pana Giordano. Choć faktycznie niezłe ciacho z niego :P
Mary fajno
odkąd dostałam w prezencie książkę o bieganiu Murakamiego, widzę ją co rusz na różnych blogach książkowych :) miłe zbiegi okolicznośći, Do Twojej recenzji wrócę po przeczytaniu i napisaniu własnej, by za bardzo się nie sugerować;) pozdrowienia!
Zapraszam i chętnie przeczytam Twoją :)
Świetna recenzja. Ja dopiero zacząłem czytać tę książkę.
Znalazłem gdzieś informacje, że wpływ na Murakamiego ma m.in. Raymond Carver. Przyznam, że nic nie czytałem jego autorstwa. Znalazłem jednak informacje o polskim wydaniu książki „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości? Świat Literacki, Warszawa 2006.
Spróbujcie czytać Murakamiego z muzyką Piany (Naoko Sasaki) w tle. Cudownie chłonie się atmosferę jego powieści.
Tytuł jest parafrazą Carvera (swoją droga to bardzo dobry pomysł, aby sięgnąć po niego, zaraz sprawdzę czy biblioteki nie dysponują egzemplarzem), a z tego co pamiętam to Murakami tłumaczy na japoński książki tego Pana. Życzę miłego czytania :-)