Przez lata lekko skandaliczna aura unoszącą się wokół „Mefista”, bodaj najlepszego a na pewno najgłośniejszego dzieła Klausa Manna, nierozerwalnie związana była ze statusem „powieści z kluczem”. Jednak od jej premiery na łamach emigracyjnego pisma „Pariser Tageszeitung” minęło już grubo ponad pół wieku, gorące emocje jakie budziła bezpowrotnie wystygły. Kontekst historyczny, wciąż istotny do odczytania powieści pokrył się patyną, a fakt, że pisarz w mniej lub bardziej zakamuflowanej sposób sportretował środowisko artystów z pierwszych stron gazet po prawdzie wciąż dodaje dziełu pewnej pikanterii, ale jak pokazał czas – nie to jest największą wartością „Mefista”.
Tytułowy Mefisto, czyli Hendrik Höfgen – to postać w każdym calu autentyczna. Mann sportretował pod tym mianem swego byłego przyjaciela i szwagra Gustafa Gründgensa – zdolnego i chorobliwie ambitnego aktora prowincjonalnego, człowieka o niezwykłym czarze i powabie, zakompleksionego cynika i efekciarza, którego jedynym celem było osiągnięcie sławy. Środki nie miały znaczenia, liczył się cel, a dzięki niespotykanemu urokowi i sprytowi Hendrikowi, bez względu na okoliczności, zawsze udawało się dopiąć swego. Fetowano jego sukcesy trzykrotnie:
Pierwsze wywyższenie było najsolidniejsze i najbardziej zasłużone, w Hamburgu bowiem Hendrik pracował rzetelnie, publiczność zawdzięczała mu niejeden piękny wieczór. Drugi okres koniunktury w Berlinie za czasów „systemu” miał już przesadne, gorączkowe tempo i wiele chorobliwych objawów. Ale ta trzecia koniunktura miała charakter awansu wojskowego, zastosowanego „uderzeniowo”, ajk wszelkie posunięcia rządu narodowosocjalistycznego. Niedawno był Hendrik Höfgen emigrantem, wczoraj jeszcze na pół podejrzaną figurą, z którą niechętnie pokazywano się publicznie; dosłownie w ciągu jednej nocy wyrósł na wielkiego człowieka – jedno skinienie grubego ministra dokonało tego cudu.[s. 239-240]
Clue mannowskiej powieści jest owa trzecia – największa – erupcja sławy Höfgena. Moment, gdy artystyczna elita w popłochu pakowała walizki i opuszczała granice III Rzeszy, a on z artysty o wyraźnie lewicowych poglądach, które de facto przekreślały jego karierę w faszystowskich Niemczech, dzięki przychylności marszałka Hermanna Göringa awansuje na jedną z największych gwiazd narodowosocjalistycznej sceny. Nie mniej istotny jest proces dochodzenia do pozycji i towarzyszących splendorów, który Mann opisuje w sposób wyzuty z emocji, bezwzględny i suchy. Höfgen,
choć czarowny karierowicz, nie pozbawiony był jednak skrupułów. Trapiły go moralne dylematy, ale ambicje usypiały sumienie. Wmawiał sobie, że służy tylko sztuce, ale z pozoru apolityczna kariera uwierzytelniała i wspierała nazistowską władzę. W życiu i na scenie był znakomitym aktorem, do perfekcji opanował sztukę kokietowania odpowiednich osób, każdy jego gest podyktowany był określonemu celowi. Kłamie zawsze i nie kłamie nigdy. Fałsz jest jego prawdą, to brzmi zawile, ale jest bardzo proste. Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor [s. 168]. Trafniej Hendrika Höfgena podsumować się nie da.
Tytuł jest cudownie przewrotny i symboliczny zarazem. Rola Mefistofelesa w „Fauście” była najsłynniejszą aktorską kreacją Gründgensa/ Höfgena, a jego życie, kariera i postawa jest przeniesioną w rzeczywistość egzemplifikacją motywu zaprzedania duszy diabłu z dramatu Goethego. Tyle, że Gustaf/Hendrik będzie tu Faustem, który oddał duszę nazistom, aby ci pozwolili mu triumfować.
Emocje towarzyszące publikacji „Mefista” opadły dawno temu. Pierwszo- i drugoplanowi aktorzy mannowskiego dramatu powymierali, powieść już nie bulwersuje tak jak dawniej. Kontekst historyczny utracił swą dawną wagę. Rzec by można, że pisarzowi wreszcie udało się osiągnąć zamierzony cel. „Mefisto” wytrzymał próbę czasu i ze skandalizującej „powieści z kluczem” urósł do miana uniwersalnego i skłaniającego ku refleksjom studium ludzkich postaw w obliczu uwodzicielskiego reżimu i wyboru: zaspokojenie ambicji czy własne sumienie? Wnioski z lektury, nawiasem mówiąc znakomitej, są dość dojmująco mroczne, a jak bardzo niepokojąco aktualna jest to powieść można przekonać się oglądając fabularyzowany dokument Marcela Łozińskiego „Jak to się robi”. Hendrik Höfgen i polityczny golem Piotra Tymochowicza mają z sobą zaskakująco wiele wspólnego…
Ocena: 





[„Mefisto” Klaus Mann, przełożyła Jadwiga Dmochowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983]
Może Cię również zainteresuje:
- Początek końca lub koniec początku 01/05/2010
- Mocne 12/09/2010
- „Doktor Żywago” Borys Pasternak 24/11/2009
- „Dom na pustkowiu” Andrea Maria Schenkel 10/07/2009
- „Lektor” Bernhard Schlink 24/03/2009
- Kabotyni i prowincjusze 21/05/2010
- Podróże łagodzą obyczaje 03/06/2010










ta seria książek to wspomnienie mojego dzieciństwa :)
Nie kojarzę czy czytałaś Mazzucco „Tak ukochana”, ale tam właśnie postać Klausa sporo miejsca zajmuje. Bardzo mnie ciekawiło jak jego pisarstwo próbę czasu zniosło i czekałam na Twoją recenzję tej książki – miałam nadzieję jednak, iż skoro nie polubiłam samego pana to i jego książki będą mnie tylko w tym antypatycznym wizerunku utwierdzać. Ale właśnie zasiałaś ziarno wątpliwości :)
Tak offtopowo – mojego dzieciństwa o dziwo też, choć sama urodziłam się w latach 80. Ale to były chyba jedyne książki, jakie czytała moja mama, a i ja w wieku dziecięcym zmordowałam „Niewolnicę Isaurę”:D
marchew ja tam w dzieciństwie nie czytałam, ale lubiłam bawić się w bibliotekę przy pomocy książek z serii KIK ;-)
kropka nie czytałam (jeszcze) „Tak ukochana”, ale zaintrygowałaś mnie tą antypatycznością Klausa. Wydaje mi się, że był bardzo intrygującym osobnikiem, ówczesnym buntownikiem, który pod wpływem narodowosocjalistycznego reżimu może nie tyle się nawrócił, bo to określenie zgoła zła, ale z pewnością dojrzał, poddał krytycznej ocenie swoje dotychczasowe osiągnięcia i zabrał się za działalność poważniejszą. Prawdę mówiąc nie mam ochoty na dalsze zgłębianie jego twórczości. Nie jestem pewna nawet co jeszcze przetłumaczona na język polski. „Mefisto” od dawna był dla mnie jak czkawka i bardzo cieszę się, że poddałam się tej książce. Teraz czeka mnie jeszcze adaptacja dokonana przez Istvana Szabo z Klausem M. Brandauerem w tytułowej roli.
Tanki mam też to wydanie „Niewolnicy Izaury”!!! Sposób w jaki wydawano wówczas książki w serii KIK woła o pomstę do nieba, ale cóż z tego skoro pośród niewolnic znajduje się wiele pozycji niemalże zapomnianych, a bardzo ciekawych. Ot choćby taki „Mefisto”
Dorzucę trzy grosze, choć książki nie znam.
Ciekawie ją przedstawiłaś.
Widziałam natomiast dokument „Jak to się robi”. Majstersztyk – bo choć mistrz Łoziński nieco prowokuje rzeczywistość, którą obserwuje, to wiele prawdy odsłania. Odkąd obejrzałam, nabrałam dodatkowe porcji sympatii do Jacka Hugo-Badera.
To, co mnie w temacie książki Manna szczególnie przyciąga, to status artysty, który z jakichś niepojętych względów aspiruje do amoralności.
„Wierzy we wszystko i w nic nie wierzy. To aktor.”
Chyba niewyczerywalny temat: badanie jak przejawia się w praktycznym życiu gen artysty.
Pozdrawiam:)
Tamaryszku cieszę się, że widziałaś „Jak to się robi”. Łoziński faktycznie kręci swoje dokumenty, jak ładnie to ujęłaś, w sposób lekko naginający rzeczywistość. Umiejętnie prowokuje, podrzuca przynęty, które jego bohaterowie łykają raz za razem. Oczywiście Mann pisał o człowieku uwikłanym w system, a Łoziński opowiada o osobie aspirującej do uwikłania, ale dla obu postaci znamienne jest, że liczy się tylko i wyłącznie cel: sława, bez względu na środki. Oboje wiją się niczym piskorze, dostosowują do oczekiwań i okoliczności niczym kameleony.
Powieść jest bardzo interesująca. To pewnie komunał, ale kiedyś inaczej pisało się, bardziej cyzelowało zdania i taki właśnie jest „Mefisto”
Ale p. Tymochowicz i cale rzesze PR-owcow nie ukrywaja, o co im chodzi: politykow i ich idee traktuja jak produkt, ktory ktos ma kupic i za to wlasnie dostaja pieniadze. Poza tym wiekszosc PRowcow wystepuje incognito. Tymczasem Hendrik ‘romansuje’ z nazistami dla wlasnych celow i korzysci: slawy.
Zosik, od razu się będę asekurować: niewiele wiedziałam o rodzinie Mannów przed lekturą Mazzucco, ale sylwetki rodzeństwa Erika/Klaus tam zarysowane zrobiły na mnie jakieś takie egocentryczne i pasożytnicze wrażenie. Jeśli wkład Klausa w kulturę faktycznie jest cenny to pozostanie mi posypać głowę popiołem i uznać jego dekadencki styl życia za pożyteczny dla ludzkości jednak ;)
ksiazki nie czytałam ale dzieciem prawie bedac widzałam jej ekranizacje z Klausem Maria Brandaurem w roli głownej. Film był mocno psychologiczny i chyba nie do konca sie w nim wtedy połapałam.
Aniu tyle, że ja pisząc o podobieństwie nie miałam na myśli Tymochowicza tylko jego, za przeproszeniem, produkt – osobnika idealnie uniwersalnego, kameleona skłonnego dla własnych celów dostosować się do każdych warunków/ opcji politycznych romansując z tymi, którzy akurat są na topie. Hendrik w imię sztuki i sławy działał bardzo podobnie
kropko coraz bardziej mnie intrygujesz! Zwłaszcza, gdy wspomniałaś o Erice, a to właśnie Erika była żoną Gustafa Gründgensa! W dekadenckim okresie życia Klaus poznał i zadascynował się postacią swego przyszłego szwagra. Płodził też dzieła o wartości mocno dyskusyjnej, ale opamiętał się bodaj dopiero, gdy naziści doszli do władzy.
Peek-a-boo film dopiero obejrzę :-) O ile moje wideo nie zastrajkuje… :-)
Nie czytałam, ani nie ogladałam
„Mefista”.Przeczytałam natomiast książkę o Annemarie Schwarzenbach w której często pojawia się nazwisko Mann,ponieważ była ona zakochana w siostrze Klaussa-Erice. Jestem zachwycona tą książką jak i osobą Annemarie. Chciałabym poznać jej twórczość, ale z tego co wiem w Polsce jest to nieosiągalne. Proszę o informację, gdyby ktoś się jednak z nią zetknął.