Bodaj trzy lata temu w ramach Krakowskiego Festiwalu Filmowego obejrzałam szeroko dyskutowany dokument „Istnienie”. Film kontrowersyjny, bo w sposób z subtelnością niewiele mający wspólnego, opowiadający o śmierci, paradoksie przemijaniu i obumieraniu. „Istnienie” było wspólnym projektem znanego operatora i dokumentalisty Marcina Koszałki oraz aktora Jerzego Nowaka, który gdy dowiedział się o swej nieuleczalnej chorobie postanowił oddać swoje ciało nauce, co udokumentowane zostaje serią odpowiednich ujęć posępnych prosektoryjnych wnętrz. Zdawać by się mogło, że w genezie „Istnienia” jest coś wykoncypowanego na chłodno. Oto Nowak – słynny epizodysta kina, chce po raz pierwszy zagrać główną rolę – siebie bez lęku i rezygnacji żegnającego się z życiem. Śmierć miałaby być zatem towarem, finałem, zwieńczeniem przygotowań, a nie jest, bo aktor wciąż żyje i z tego co wiem miewa się zupełnie nieźle*, a film Koszałki nabiera nowego znaczenia. W mym odczuciu jest traktatem o dwoistości istnienia, bo ciało pozbawione życia i ducha jest rzeczą - preparatem w prosektorium, ale z drugiej strony ów prosektoryjny preparat traktować jako rzecz niepodobna, bo kiedyś był człowiekiem.
Podobnie dwoiste refleksje nad istotą przemijania towarzyszyły mi w czasie lektury „Sztywniaka”. Mary Roach wciąż tak samo upierdliwa, wnikliwa i dosadna, a jednak jakby mniej irytująca (przez kolano w każdym razie ochoty przekładać jej nie miałam). Żarciki też się jej aż tak nie trzymają, choć wciąż dowcipna pozostaje. I faktycznie „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” pisany jest w nieco innym tonie niż czytany onegdaj „Duch”, bo i drążona przez Roach materia wymaga pewnej dozy taktu i delikatności. Trudno mi również przedłożyć jakąś gradację obu pozycji, bo każda jest nieco inna, choć bez wątpienia to „Sztywniak” na dłużej pozostanie w moich myślach.
Dziennikarka tym razem tropi pośmiertne peregrynacje ciał, tych którzy (tak jak Jerzy Nowak) zdecydowali się oddać swą materialną powłokę do dyspozycji naukowcom. Naiwnością byłoby sądzić, że ludzkie truchło służy jedynie studentom na kursie anatomii. Okazuje się jedynym i niezastąpionym materiałem do testów wszystkiego tego czego na żywym organizmie z różnych powodów sprawdzić się nie da, a jednak istotne jest przekonanie się lub popróbowanie, brzydko mówiąc, na brudno.
Roach przekonuje, że pośmiertne „życie” ciał bywa inspirujące i pełne przygód. Zwłoki wykorzystywane są do rozmaitych badań i eksperymentów, między innymi w testach zderzeniowych, broni, gnicia. Ci ostatni spoczywają na uroczej polance i po prostu się rozkładają, a stopień ich nadgnicia pomaga policji określić czas zgonu znalezionych zwłok. Przydają się również do obalania lub potwierdzania religijnych doktryn, transplantologii i paru innych rzeczy przy czym zdecydowanie najbardziej zafascynowali mnie zmelifikowani ludzie, z których w dwunastowiecznych arabskich krajach wyrabiano… lecznicze cukierki. Podobno ci szlachetni osobnicy z własnej woli pod koniec życia decydowali się żywić tylko miodem, a gdy zaczynali wydalać już tylko miód nadchodziła śmierć. Następnie przez sto lat ich zwłoki macerowały się w (niespodzianka) miodzie. Z tego co zostało w krypcie formułowano cukierki, podobno wyjątkowo skuteczne w leczeniu zranionych kończyn.
Wątek zmelifikowanych obywateli bliskiego wschodu pochodzi z rozdziału, którego lekturę odradzam wrażliwszym osobom. Tyczy się bowiem kanibalizmu i to w bardzo szerokim znaczeniu (z fekaliami włącznie). Składniki ludzkiego pochodzenia jeszcze nie tak dawno temu szeroko stosowane były w medycynie. Dość powiedzieć, że kamienie żółciowe miały być antidotum na czkawkę, nalewki z ludzkiego pępka na ból gardła, a paski trupiej skóry – na skurcze łydek, a to i tak te delikatniejsze przykłady z szerokiej palety możliwości.
„Nie wszystek umrę” – horacjańskie credo mogłoby być mottem „Sztywniaka”. Podstawowy pytanie zatem brzmi czy dać się pochować po prostu czy swoją śmiercią wykonać jakiś pożyteczny gest, pozostawić widoczny ślad, a jeśli tak to czy lepiej podzielić się swoimi nerkami, oddać do dyspozycji medycznych uczelni albo chociaż poddać się promesji, w wyniku której ze zwłok zostanie kupka odżywczego kompostu, na którym wyrośnie drzewo? Ta ostatnia opcja być może będzie zresztą wkrótce dostępna w Polsce. Po lekturze „Sztywniaka”, pozycji z gruntu popularnonaukowej, klasyczny pochówek zdaje się być drogą na skróty, pustym i egoistycznym gestem… Nie sądzę, aby zamysłem Roach było przypominanie o końcu naszych dni, a jednak ta książka mówi coś więcej, ociera się o kwestie transcendentne. Pozostawia z masą pytań.
Ocena: 





[„Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” Mary Roach, przełożył Maciej Sekerdej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010]
*Można go zobaczyć choćby w świeżutkiej „Mistyfikacji”
Na deser cytat. Tak zwanych „obrzydliwych” uprzejmie proszę przerwać lekturę w tym miejscu. Skrócony wykaz metod, które stosowano, aby zapobiec pogrzebaniu żywcem:
Techniki te zdawały się należeć do dwóch głównych kategorii: tych, które miały u pacjentów wywoływać niewysłowiony ból, oraz tych, które dorzucały jeszcze szczyptę poniżenia. I tak na przykład krojono podeszwy stóp brzytwą, a pod paznokcie palców nóg wbijano igły. Trąbiono na rogu prosto do ucha oraz emitowano „odrażające piski oraz nieumiarkowane hałasy”. Pewien francuski duchowny polecał wpychanie rozgrzanego do czerwoności pogrzebacza w coś, co Bondenson delikatnie nazwał „przewodem tylnym”. Jeden francuski lekarz wymyślił, specjalnie na potrzeby reanimacji, niecodzienny zestaw kleszczy do sutków. Inny wynalazł dings podobny do kobzy, służący do wykonywania lewatyw z dymu tytoniowego (…). W jednym szwedzkim traktacie medycznym sugerowano wkładanie pełzających insektów do ucha. Nic jednak nie przebije prostoty i oryginalności wpychania „zaostrzonego ołówka” do nosa domniemanego nieboszczyka [s. 163-164]
Może Cię również zainteresuje:
- „Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego” Mary Roach 10/03/2010
- O uprzedzeniach 14/01/2011










Zosiu ja w nietypowej sprawie! chciałam cię tylko zawiadomić, że rusza produkcja dalszych odcinków Wallendera z Branaghem! Mają już 3 nowe odcinki. Przy okazji oglądałaś swego czasu na Canale + LIE to me? Debilnie tłumaczony na polski tytuł Magia kłamstwa? To jest z Timem Rothem – znakomity serial – póki co był sezon 1. Jak by co to poleciłam, pzdr.
„Sztywniak” zajął niedawno miejsce na mej półce i czekam kiedy będę mogła się za niego zabrać. Niezmiernie ciekawi mnie ta książka, choćby dlatego, że mniej więcej wiem jaka może być historia człowieka po śmierci.
W wyobrażeniach naszego społeczeństwa jest to oczywiście zwykle cmentarz, chociaż zdajemy sobie już powoli sprawę, że „można inaczej”. Ale to wciąż jest takie kontrowersyjne i zakrawa o bezczeszczenie zwłok – przynajmniej dla większości. Ciekawa jestem głosu Mary Roach w tej sprawie.
Dziękuję za wspaniałą recenzję. Na pewno też chciałabym zobaczyć „Istnienie” – choćby z ciekawości.
Pozdrawiam.
Brzmi interesująco.
Ale myślałam, że Ty sama też należysz do tak zwanych „obrzydliwych”. ;)
I znowu to samo uczucie, o którym pisałam …. gdzie jest książka? co jest dalej? szukam, szukam … i nie ma …. a właśnie zaczęłam ją czytać. :( Trzeba będzie się zaopatrzyć! Choć w przypadku tej pozycji obawiałam się wrażeń, o których piszesz to teraz przekonałaś mnie, że da się wytrzymać! ba, że nawet jest ciekawie:)
Najpierw sięgnę po „Ducha”, ale „Sztywniak” też jest interesujący. Ostatnio pojawiła się jej kolejna powieść „Bzyk”. Tak więc jak upoluje, to będzie czytania a czytania. :)
A u mnie „Sztywniak” leży w bibliotece i czeka na swoją kolej. I tak, wiem jak to zabrzmiało :)
Właśnie w Znaku jest promocja cenowa 3 książek tej autorki w pakiecie i skuszę się, skuszę.:)
Vampire_Slayer – jakiego Ty masz ładnego kitka z Alicji w avatarze.
Clevera spróbuj w taniej księgarni:Warszawa http://www.ksiegarniawarszawa.pl/index.php
niebieski ptaku chodzi Ci o drugi sezon Wallandera? Ja narazie obejrzałam „Mordercę bez twarzy” i jest fantastyczny. Już rozpływałam się w zachwytach w komentarzu pod „Nocną zamiecią” o tym jakie są tam niebiańskie zdjęcia, te ujęcia falujących traw… „Lie to me” nie znam, ale tytuł zapisałam i będę szukać, bo lubię Tima Rotha. Tak czy siak dziękuję za cynk :-)))
Claudette poruszyłaś bardzo interesującą kwestię, bo faktycznie w Polsce książka Roach może okazać się poniekąd obrazoburcza. Z pewnością jest odważna i awangardowa, ale w znaczeniu, że przeciera szlaki. Ja w każdym razie trzymam kciuki za przeszczepienie promesji na polski grunt, ale i zwiększenie świadomości narodu, że trumna i grób to nie wszystko
Olka należę :P Ale wiesz… co innego czytać, co innego widzieć ;-)
Moni da się wytrzymać. Mnie Roach nie zniesmaczyła, raczej zafascynowała i jak już wcześniej pisałam „Sztywniak” wciąż we mnie siedzi
Vampire_Slayer moja droga, więc zaczniesz tak jak ja ;-) Ale kolejność nie wydaje mi się szczególnie znacząca. Tak czy siak życzę miłego czytania
Bazyl :D
Clevera na pewno będzie to inspirująca lektura ;-)
Ach szczerze zazdroszczę! Nie dane mi było jeszcze nowym odc. obejrzeć. Ale kino! musi przyspieszyć! Gdybyś nie znalazła LIE to me mam zgrany cały sezon z tym, że teraz te filmy są u koleżanki. Jak zwróci a Ty nie dostaniesz to służę!
A Lie to me naprawdę świetny serial – Roth jest tam szefem psychologów zajmujących się mikromimiką{mikroekspresja} – czymś co zwykły człek nie jest w stanie zauważyć / nie tylko po przeszkoleniu {bo jeszcze intuicja, wiedza psychologiczna, antropologia} pomaga on i cały jego team policji, wymiarowi sprawiedliwości. Nie głupie to i ciekawie przedstawia także problematykę społeczną, to co się dzieje w USA i naturę ludzką, która bez względu na to z jakiego kraju jest człowiek jest tak samo okropna{generalnie}/ dobrze się ogląda – scenariusz jest niezły i aktorzy! TIM p o w a l a.
sorry za błąd z tymże
Ja mam pewne obiekcje przed oglądaniem kolejnych dwóch odcinków, bo to są ekranizacje odcinków, których jeszcze nie czytałam, a chcę przeczytać przed zaplanowaną na bliżej nieokreślony termin wyprawą do Ystad, żeby sobie klimat i okoliczności odświeżyć i potem móc na świeżo po Mariagaten biegać. Co do „Lie to me” to czytając Twój opis przyszło mi do głowy „Six feet under”, które jakby nie patrzeć też jest świetnym portretem amerykańskiej świadomości. Jakby co, oczywiście za pozwoleniem, będę pisać w tej sprawie do Ciebie :-)
Ja to się już nowych odcinków doczekać nie mogę! Ty pewno Zosiu masz BBC?
Co do Lie to me to nie ma sprawy. Żałuję bardzo, że za późno się zorientowałam i Mentalisty z Bakerem nie zgrywałam ale cóż…. jeszcze to przede mną. To jest inny serial niż Sześć stóp pod ziemią aczkolwiek przedstawione są w nim bolączki współczesnych problemów amerykańskich – jak się traktuje muzułmanów po wrześniu, emigrantów, generalnie poruszane są rozmaite sprawy pod płaszczykiem dochodzeń. Bo dr Lightman grany przez Rotha spina to wszystko, rozmaite elementy- są tam obserwacje socjologiczno-psychologiczne. Dwa scenarzyści nie traktują widzów jak idiotów co się często zdarza u nas { generalnie nie przypominam sobie jakiś rewelacyjnych seriali z ostatnich lat mam na myśli polskie, które podobałyby się mi tak jak amerykańskie, angielskie gdzie nawet w głupim łubu dubu są ciekawe sprawy zawarte}. I w sumie wychodzi w Lie to me taka ogólna obserwacja całej rzeszy ludzi, którzy ukrywają różne rzeczy, ich zagrywki, walka o władzę/wpływy, troska o drugą osobę i co można dla niej zrobić, że serial staje się bardziej uniwersalny. Pokazane jest całe to szambo, które człOWIEK sam stwarza i to, że czasem nawet na tym nawozie trafią się nieskalane kwiatki. Co wydaje się niemożliwe bo przecież podłoże było takie niekorzystne a jednak…. Czekam na drugą serię kiedy ma być w PL{kablówka} nie wiem ale czekam….
Póki co kontynuuję oglądanie na Hallmarku The Closer {z Kyrą Sedgwick – to żona Kevina Bacona} u nas to tłumaczą jako Podkomisarz Brenda Johnson. To już któraś tam seria uprzednio serial leciał w TVP2, teraz nowy sezon zakupił właśnie H.