Mary Roach to wyjątkowo upierdliwa baba. Serio, a jej obrzydliwy racjonalizm chwilami tak bardzo mnie irytował, że miałam ochotę przełożyć ją przez kolano. Mimo to, a może właśnie dlatego, „Ducha” przeczytałam jednym tchem, przy udziale słynnych wypieków na twarzy, tudzież przyklejonego do niej szerokiego uśmiechu (do twarzy, nie do książki).
Zresztą ta przyrodzona Mary Roach upierdliwość z punktu widzenia czytelnika jest sporym plusem, bo gdyby nie jej upór i dociekliwość „Ducha” mogłoby nie być. Nauka jest dla dziennikarki i bogiem i orężem. Interesują ją tylko prawa fizyki i nowoczesne technologie, filozofią i temu podobnymi imponderabiliami w ogóle nie zawraca sobie głowy. Uzbrojona w taki racjonalny kompas czy, jak kto woli, szkiełko i oko, Roach rusza na krucjatę przeciwko przyjętym z góry dogmatom i, mniej lub bardziej niedorzecznym, teoriom na temat pośmiertnych peregrynacji ciał astralnych. Szuka niepodważalnych dowodów na istnienie życia pozagrobowego, w myśl twierdzenia, że jeśli czegoś nie da się udowodnić naukowo, to tego nie ma.
Czyni to zresztą z niemalże katorżniczym oddaniem i skrupulatnością, z poświęceniem zgłębiając arkana nauk paranormalnych, zapisując się na warsztaty dla medium, tropiąc przypadki reinkarnacji w Indiach, a także biorąc do ręki ektoplazmę. To ostatnie, to domniemana emanacja energii spirytystycznej wydobywającej się medium w czasie seansu, w rzeczywistość zaś kawał szmaty lub… owcze podroby, które media chowały w różnych otworach swego ciała i następnie w odpowiedniej chwili niepostrzeżenie wyjmowały (resztę dopowiedzcie sobie sami). Nie mniej groteskowy przypadek stanowią badania z początku dwudziestego wieku niejakiego Duncana Macdougalla (nazwisko jak jednego z bohaterów serialu „Sex and the City” i nie inaczej go sobie z resztą wyobrażałam, w związku z czym Duncan miał twarz nadgryzionego przez ząb czasu Kyle’a MacLachlana), który eksperymentując na dogorywających suchotnikach, zważył duszę (!). Wedle jego ustaleń waży ona 21 gramów. To takie romantyczne i idiotyczne zarazem, zważywszy na to, że wyniku nie udało się ani jemu, ani nikomu innemu nigdy powtórzyć, ale 21 gramów poszło w eter (to znaczy poszły 3/4 uncji, ale dużo lepiej brzmi 21 gramów, a przecież to, to samo).
To tylko dwa przykłady. W „Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego” temu podobnych incydentów jest znacznie więcej. Roach z wszystkiego sobie dworuje. Lekko kpiarskim tonem odziera z romantyzmu i grozy każde zajście czy może raczej zejście bezcielesnych, bo i na każde zajście (czy też zejście) można znaleźć logiczne wytłumaczenie, niestety. O to konsekwentne odczarowywanie uroku zaświatów można mieć zresztą do niej trochę pretensji. Czyni to jednak szalenie dowcipnie, posługując się językiem nieformalnym, w niczym nie przypominającym uniwersyteckiego dyskursu. W istocie „Duch” jest przewrotną książką popularnonaukową, mądrą i zabawną, pozbawioną bełkotliwej narracji tudzież nadmiernego mędrkowania (tak typowego dla literatury naukowej).
Poza tym bardzo cieszę się, że przede mną wciąż „Sztywniak” (chronologicznie i logicznie wcześniejszy, doprawdy nie mam pojęcia czemu zaczęłam od „Ducha”). Kartkowałam go już kilkukrotnie i zapowiada się równie wybornie.
Ocena: 





[„Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego” Mary Roach, przełożył Maciej Sekerdej, SIW Znak, Kraków 2010]
A na deser, zupełnie poza konkursem, kilka dobrych rad prosto z biblii homeopatów z początku XX wieku, z której dowiadujemy się, że:
tlenek glinu powoduje „sny nawiązujące do koni, kłótni oraz rozdrażnienia”, a także „mrowienie twarzy , jakby okryta była zaschniętym białkiem jajka”. Niepokalanek pospolity wywołuje z kolei „zapach w nosie, jakby śledzie albo piżmo” oraz „słabą erekcję”, czemu towarzyszy – co rozumie się samo przez się – „duży smutek”. Jest tam też rumianek, o którym mówiono, że powoduje symptom „niemożności bycia uprzejmym w stosunku do lekarza”. [s. 75 – 76].
Z tym rumiankiem muszę kiedyś spróbować ;-)
Przypominam o możliwości przejęcia mojego nieco przybrudzonego egzemplarza powieści Mazzucco Melanii, którą tu kilka dni temu omawiałam. Gdyby ktoś był chętny po szczegóły “rozdawajki” (brzydkie słowo) odsyłam TUTAJ
Może Cię również zainteresuje:
- „Duch w machinie” Caroline Graham 13/06/2009
- Osobliwe peregrynacje zwłok [Sztywniak - M. Roach] 30/03/2010
- Duch, tajemnica i centrum handlowe [Co straciliśmy - C. O’Flynn] 05/04/2010
- „Opowieści niesamowite z życiorysów sławnych ludzi i pamiętników polskich zaczerpnięte” Bogna Wernichowska 01/09/2009
- „Duchy polskie, czyli krótki przewodnik po nawiedzonych zamkach, dworach i pałacach” Bogna Wernichowska i Maciej Kozłowski 11/01/2010
- Nawiedzone pole kukurydzy 02/10/2010
- „Nocna zamieć” Johan Theorin 19/03/2010










Zawsze interesowało mnie życie pozagrobowe, różnego rodzaju teorie, OOBE (Out Of Body Experience), badania aury, spirytyzm etc.
Nie wiem jednak czy chciałabym zostać pozbawiona złudzeń, co do istnienia świata pozagrobowego. Są wszak różne niewytłumaczone zjawiska, których nauka nie potrafi wyjaśnić i które pozostawiają miejsce dla różnego rodzaju guseł, wierzeń czy dla tak istotnego elementu kultury społecznej, jaką jest religia.
Niemniej chciałabym przeczytać książkę Mary Roach, bo lubię poznawać odrębne punkty widzenia, zastanawiać się nad przeciwnymi argumentami, ale to już po „Sztywniaku”, który uśmiecha się do mnie z czeluści biblioteczki.
Świetnie to opisałaś :) A już nidługo w sklepach Bzyk.Mary Roach postanawia poigrac sobie trochę z seksu.
Po Twojej recenzji jakoś..hm…bardzo ją polubiłAM choć w życie pozagrobowe wierzę.
„Sztywniak”, „Duch”, „Bzyk”… Dziwnie fajna kobieta. Nie mam w zasięgu jej książek, ale obserwuję, że przyciąga nie tylko maniaków medycznych, więc chapeux bas! Ciekawy tekst, a moje trzy grosze są ze względu na rumianek. Wypróbuję przy następnej chorobie (i wizycie u lekarza);)
Świetnie ujęłaś sposób patrzenia na świat Mary Roach. właśnie się zastanawiałam, co takiego sprawia, że humorystyczna skądinąd opowieść o poszukiwaniu ducha/duszy, tchnie przygnębiającym końcem. Tak, to ten realizm. To oko patrzące przez mikroskop. Porównać to można do poszukiwania liczby pi okadzając kartkę papieru jakimś dymem odpędzającym demony;)
Na szczęście książka ma charakter typowo popularnonaukowy- na co wskazuje np. bibliografia więc może jeszcze nie wszystko stracone;)
A swoją drogą chciałabym dodać, że niezmiernie lubię czytać Twoje notatki.
Claudette powiem Ci, że miałam podobny problem z książką Mary Roach. To jej dążenie do racjonalnego wyjaśnienia każdego nadprzyrodzonego zjawiska jest dość irytujące, zwłaszcza, że ja też jestem po stronie duchów, dość wspomnieć o tym, jak trzęsłam portkami czytając Bognę Wernichowską. Myślę, że ciekawie byłoby zestawić te dwie książki, najlepiej przeczytać jedną po drugiej – najpierw „Opowieści niesamowite z życiorysów sławnych ludzi i pamiętników polskich zaczerpnięte”, a później Mary Roach. Obie Panie mają bowiem skrajnie odmienne punkty widzenia.
Medola ja też wierzę! I Mary Roach nie da się lubić, choć to irytując baba! :-)
ren-tamaryszek Roach faktycznie pisze w bardzo uniwersalny sposób. Jest przy tym szalenie dowcipna. Aż chciałoby się powiedzieć, że „Duch” jest pisany z przymrużeniem oka, ale byłoby to krzywdzące, bo Roach jakkolwiek sobie nie kpi z pewnych spraw do pisania „Ducha” solidnie się przyłożyła, niejednokrotnie sięgając do zaskakujących źródeł. A o efektach rumiankowych koniecznie daj znać ;-)
Katarynko witaj w mych skromnych progach :) A czytałaś „Sztywniaka”?
Mnie Mary Roach kusi już od dawna, bo mam wrażenie, że to wszystko co lubię w książkach – popularnonaukowy charakter, specyficzne poczucie humoru i interesujące mnie tematy. Szczególnie na „Sztywniaka” się czaję, na „Ducha” w sumie też (jedynie wychodzący niedługo „Bzyk” mnie nie kusi, studia i tak wypaczyły mi ten temat:))
Tanki to co studiowałaś (psychologię? medycynę?)
Połączenie – psychologię kliniczną. Specjalizację miałam właśnie z seksuologii, choć zmieniłam ją na neuropsychologię – żeby pasowała do neurokognitywistyki, którą studiuję razem z p.k. w ramach połączonych kierunków.
No, a poza tym studiuję polonistykę, ale szczerze nienawidzę tych studiów:>
O wow! Ty to masz łeb dziewczyno! :-)))
Niee, po prostu robię to co lubię – gorzej jak nie będę miała co z tego jeść. Przed polonistyką próbowałam studiować biologię, ale – chociaż mi się bardzo podobało – musiałam przerwać, bo za bardzo mi czasowo kolidowało z resztą kierunków. Oczywiście, łatwo się domyślić że to wszystko niespełniona medycyna;)
A prawa fizyki też mnie bardzo interesują, więc myślę, że z Mary Roach się „dogadam” – lubię takie konkretne podejście:)
Daj znać czy Ci się podobało :)
Pingback: 2. Zapowiedzi « World po polsku
Jestem szczerze zainteresowna tą pozycją jak i sztywniakiem. Już nawet miałam kupić, ale wizja wykarmienia rodziny dwiema książkami jest nierealna. Musiałam zrobić zakupy w Tesco…
Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)!
Nika ja rozumiem, są priorytety :)
Chociaż ja z chęcią sama bym przerzuciła się na dietę książkową :D. To mogłoby być ciekawe :D.
Mogłoby być ciekawie, ale niekoniecznie zdrowo :>
Osobiście przeczytałam dwie z trzech książek z tej serii mary Roach. „Ducha” i „Sztywniaka”. Jak dla mnie obie równie dobre, choć Duch może mniej niesmaczny od Sztywniaka ;) Ale obie na na pewno zabawne, ciekawe i wciągające :)
A ja polecam „Bzyk.” nie czytałam ani „Sztywniaka” ani „Ducha”, ale zdążyłam polubić tę autorkę i chętnie poszerzę wiedzę:) Natomiast „Bzyk” rewelacyjny, szczerze wszystkim polecam!
„Bzyk” czeka na swą kolej. Muszę mieć na Roach ochotę :-)
Jestem własnie w trakcie czytania „Sztywniaka”. Jestem juz w połowie tej ksiązki i jak dotąd coraz trudniej jest mi zjeść normalnie posiłek…Ta akurat książka rzeczywiście moze „odchudzic” :)gorąco polecam. Jest tego warta. Ps. Jestem ciekawa „Ducha”. Inrygują mnie wręcz książki o tej tematyce, wszystko, co jest związane z życiem pozaziemskim.Tylko nie moge jej nigdzie dostac:(.Pozdrawiam serdecznie.