„Amsterdam” Ian McEwan
Właśnie runęła moją teoria na temat pisarstwa Iana McEwana, wedle której podoba mi się co druga książka, po którą sięgnę. Po prawdzie „Amsterdam” nie ma siły wyrazu „Betonowego ogrodu”, a i miewa momenty, gdy akcja toczy się dość niemrawo (vide śmiertelnie nużący opis marznięcia na pogrzebie). Nie mniej jednak jest powieścią głęboko poruszającą. Traktującą o kwestiach, wobec których nie sposób być obojętnym.
Powiada się, że wartościowa powieść pozostawia odbiorcę z pytaniami, na które ten powinien sam sobie udzielić odpowiedzi. Wedle tego kryterium McEwan jest pisarzem co najmniej dobrym. Punktem wyjścia jego twórczości jest analiza zła, ale nie tego w postaci najbardziej oczywistej czy też czystej. Pisarza interesuje zło bardziej subtelne, zawoalowane, a nawet rzec by można: oswojone. Zło pociągające i skryte za maską pozorów. Znakomicie widoczne jest to właśnie w „Amsterdamie”, precyzyjnie skonstruowanym moralitecie, którego jeden z wątków jako żywo przywodzi na myśl zupełnie nieliteracki skandal z udziałem senatora Krzysztofa Piesiewicza.
Dwójka przyjaciół spotyka się na pogrzebie swojej dawnej kochanki Molly. Clive jest wziętym kompozytorem pracującym właśnie nad symfonią, która uświetnić ma nadejście nowego tysiąclecia. Vernon jest redaktorem naczelnym podpadającego dziennika. Przybici odejściem przyjaciółki zawierają umowę, której konsekwencji nie będą w stanie przewidzieć. W międzyczasie Vernon otrzymuje od męża Molly zdjęcia kompromitujące radykalnie prawicowego ministra spraw zagranicznych. Jeśli opublikuje je – uratuje pismo, ale i zrujnuje karierę polityczną pewnego kandydata na premiera. W tym samym czasie Clive w poszukiwaniu natchnienia wyrusza do Krainy Jezior. W czasie wędrówki po górach obserwuje niepokojącą scenkę napaści na kobietę. Postanawia się jednak nie mieszać. Po co ma narażać się na ewentualne przykrości, tym bardziej, że właśnie spłynęło na niego tak wyczekiwane natchnienie?
Ian McEwan ma rękę do kreowania nietuzinkowych postaci uwikłanych w moralnie ambiwalentne dylematy. W „Amsterdamie” nic nie jest jednoznaczne, nie ma właściwych odpowiedzi, a para smutnych i zgorzkniałych bohaterów każdą kolejną decyzją coraz bardziej się pogrąża. Clive i Vernon są postaciami z moralnym defektem. Nie dostrzegają swej niegodziwości, a w trosce o dobre samopoczucie nie chcą poddawać swojego postępowania żadnym moralnym ocenom. Zło a’la McEwan kryje się tu za wygodnym egoizmem i pogardą. Jest wykoncypowaną na chłodno dbałością o własny interes. Jak zgubne i krótkowzroczne jest to postępowanie Clive i Vernon przekonają się szybciej niż przypuszczają.
Ale „Amsterdam” jest powieścią wielowymiarową i, co zaskakujące biorą pod uwagę niepozorne gabaryty, wielowątkową. Książką, którą można odczytywać pod różnymi kątami. Nie tylko jako moralitet, ale i (zaskakująco mało śmieszną) zjadliwą satyrę na hipokryzję sfer rządzących. Świetnie nakreślony portret środowiska dziennikarzy i artystów. Nade wszystko zaś wyrafinowaną powieść psychologiczną pytającą o codzienną moralność czy elementarną przyzwoitość. Zgrzyta nieco naciągany finał, choć zawarta w nim konkluzja pozwala odczytać „Amsterdam” w jeszcze inny sposób.
Ocena: 





[„Amsterdam”, Ian McEwan, Z angielskiego przełożył Robert Sudół, Świat Książki, Warszawa 1999]
Moje wydanie ma inną okładkę, dość brzydką, więc daruję sobie jej fotografowanie.
Abstrahując od okładek, McEwana, zła i moralitetów – postanowiłam wyekspediować w świat mój nieco przybrudzony egzemplarz powieści Mazzucco Melanii, którą tu kilka dni temu omawiałam. Gdyby ktoś był chętny po szczegóły „rozdawajki” (brzydkie słowo) odsyłam TUTAJ









Światowi mediów podobno mocno się też oberwie w pojawiającej się lada dzień książce „Solar”. Czytałam w zeszłym roku krótki wywiad z McEwanem, w którym opowiadał, że nowa powieść będzie w pewnien sposób nawiązywała do medialnej nagonki, której był ofiarom po tym, jak skrytykował islamistów w komentarzu dla włoskiej prasy.
Bardzo ciekawa recenzja! Na „Solar” nie będę na razie polować, bo jest za droga, ale chętnie przeczytam „Amsterdam” i właśnie „Betonowy ogród”.
:) zgadzam się z Tobą Zosik, zgadzam w 100%! …. zmykam do TUTAJ:)
Znam dwie powieści McEwana: Pokutę i Amsterdam.
Pierwsza zrobiła na mnie duże wrażenie, z wygórowanym oczekiwaniem sięgnęłam po Amsterdam, który mnie rozczarował.
Jeśli kryterium dobrej książki jest również to, że zostawia obrazy, fragmenty powieści żyjące własnym życiem, bo tak wyraziste, to z Pokutą taki stan rzeczy ma miejsce. Czytałam kilka lat temu, a pamiętam: rozbity dzban i kąpiel Cecilii w fontannie, ciężkie mury angielskich szpitali wojennych, pokoik,w którym Cecilia spotykała się (niby) ze swym ukochanym… Świetna jest Briona! Czytałam Twoją rec.Pokuty – zgadzam się.
Amsterdam mi zupełnie wyparował z głowy.
Tymczasem Twoja recenzja (i dyskusja w Tyglu) zbijają mnie z pantałyku. Może podejść do McEwana raz jeszcze?
Pierwszy raz u Ciebie piszę, ale zaglądam – i przysiądę do rozmowy, gdy tylko jakaś zbieżność lektur nastąpi. Pozdrawiam:)
Magamaro mam wrażenie, że McEwan powolutku staje się postacią popkultury. To interesujące, że wydawcy decydują się na taką formę promocji pisarza, który nie należy do mainstreamu i nie pisze swych powieści z myślą o uciesze mas. To dobrze (bo McEwan wart jest poznania przez „masy”) i źle, bo pewnie stąd ta zbójecka cena. Z czasem pewnie „Solar” wyląduje w charity shopach i będzie można go kupić za kilka funtów. Tym czasem ja wyglądam polskiego przekładu. Myślę, że nie będzie trzeba na niego długo czekać, bo McEwan jest dość popularny w Polsce i ostatnio wznowiono większość jego powieści.
Polecam Ci zwłaszcza „Betonowy ogród”. Na mnie ta powieść zrobiła ogromne wrażenie. „Amsterdam” jest bardziej spójny i dojrzały, ale i mniej poruszający. Brakuje mu tej debiutanckiej świeżości.
Moni :)))
ren-tamaryszku z perspektywy czasu moje zachwyty nad „Pokutą” wydają mi się dość mocno infantylne ;-) Co nie zmienia faktu, że McEwan popełnił powieść czarującą i wzruszającą. Bardziej wbił mi się w głowę film, miał zresztą piękne zdjęcia. Co do McEwana – uważam, że warto. Jego historie dają do myślenia. Nie dziwię się, że „Amsterdam” Cię odrzucił, bo to nie jest powieść, która ma się podobać. To powieść, która ma zadawać pytania.
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane