Chwilami okrutnie zabawna powieść Daniela Pennaca zupełnie niespodziewanie okazała się przyjemnym antidotum nie tylko na moją osobistą klęskę z Juliusiem Barnesem, ale i na nieciekawą pogodę/samopoczucie/nastrój itepe (niepotrzebne można wedle uznania skreślać).
Po „Małej handlarce prozą” nie spodziewałam się zupełnie niczego, inaczej mówiąc nie miałam sprecyzowanych oczekiwań i zapewne dlatego jej lektura okazała się przyjemnością samą w sobie. Tym milej jestem zaskoczona, bo Pennac to Francuz, a po francuską literaturę z reguły nie sięgam, a gdy już to czynię tak na wszelki wypadek zbyt wiele sobie po niej nie obiecuję. A tu taka miła niespodzianka. Bohaterem Pennaca, głównym acz nie jedynym wartym uwagi, jest dobroduszny nieborak Beniamin Malaussene. Brat idealny, głowa rodziny czyniąca wszystko, aby tą rodzinę utrzymać. Prostaczek boże z benedyktyńską cierpliwością znoszący upokarzającą pracę na stanowisku kozła ofiarnego (sic!) w oficynie wydawniczej prowadzonej przez lekko nawiedzoną królową Zabo. Zresztą rzec by można, że rolę kozła ofiarnego Beniamin doprowadził do doskonałości bodaj w każdej dziedzinie życia. Któregoś dnia los się uśmiecha do nieboraka. Beniamin otrzymuje od królowej Zabo propozycję nie do odrzucenia – ma udawać czy może wcielić się w rolę autora serii szmirowatych bestsellerów z gatunku realizmu ekonomicznego (czy jakoś tak*), niejakiego JLB, który sam woli pozostać anonimowym. Zdawać by się mogło, że intratna propozycja spadła Beniaminowi z nieba, ale szybko okazuje się, że rola figuranta to dopiero początek tarapatów Malaussene’a.
Książka Pennaca jest zgrabnym mariażem baśni, kryminału i przewrotnej powieści obyczajowej. Fantazyjne przygody mieszają się w „Małej handlarce prozą” z fragmentami zupełnie realistycznymi, ton absurdalny z minorowym (choć tego drugiego jest zdecydowanie mniej), a dowcip i groteska sekundują nagłym zwrotom akcji, których nie powstydziłby się autor najlepszych thrillerów. To wszystko byłoby jednak niczym, gdyby nie barwne pióro Daniela Pennaca (i bardzo dobry przekład). Powieść pełna jest zabójczo trafnych bon motów, żartobliwych powiedzonek i błyskotliwych opisów. Ot choćby takie zdanie: Nie mów nigdy i dojrzałości w odniesieniu do swojej osoby, mój chłopcze, na tobie nie dojrzałby nawet czyrak, a co dopiero decyzja… [s. 61]. Znakomite są również drugoplanowe postaci, spośród których mym niekwestionowanym faworytem był Thian – strzelec wyborowy z gębą Ho Chi Minah i głosem Jeana Gabina (prawda, że boskie połączenie?), który nie rozstawał się z oseskiem obdarzonym permanentnie rozwścieczonym wyrazem twarzy i wdzięcznym imieniem Verdun.
I jeszcze plus za wątek autotematyczny, bo „Mała handlarka prozą” to przede wszystkim satyra na pisarzy i środowisko wydawnicze. Satyra, wypada dodać, udana i zabawna.
Ocena: 





[„Mała handlarka prozą” Daniel Pennac, tłumaczenie Małgorzata Cebo-Foniok, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1997]
*Nie odmówię sobie tej przyjemności i przytoczę zarys jednej z fabuł, aby dać świadectwo tym pennacowskim krotochwilom : (…) mały dziesięcioletni drwal, który dwudziestego pierwszego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku widział, jak całą jego rodzinę torturowało, a potem zgładziło komando SS wypuszczone na równinę Vassiex, poprzysiągł sobie, że odnajdzie wszystkich zbrodniarzy i ukaże jednego po drugim. Uskuteczniając ten zamiar, mały drwal uratuje amazońskie lasy, które wpadły w ręce tych samych katów, zostanie najpotężniejszym w świecie producentem pulpy do wyrobu papieru, przyjacielem wydawców i pisarzy, tym, który uskrzydla książkę. [s. 257-258]
Może Cię również zainteresuje:
- „Rzeczy” Georges Perec 04/02/2010
- Płakałam 22/09/2010
- Mój Murakami 21/04/2010
- Bon Appétit! 02/07/2010
- Zawsze bowiem należy upraszczać 11/10/2011
- „Cena wody w Finistere” Bodil Malmsten 06/12/2007
- „Udręki pewnej kasjerki” Anna Sam 09/02/2010










Z książek autorstwa Daniela Pennaca dotychczas czytałem tylko „Jak powieść”, która sama nie jest powieścią, ale dłuższym esejem o książkach i czytaniu – smakowita lektura dla każdego miłośnika książek. Myślę, że mogłaby Ci się spodobać.
O „Małej handlarce prozą” dotychczas nie słyszałem. Dzięki za opinię – nie powiem, zachęciłaś mnie do tego, by rozglądnąć się za tą książką. Dzięki.
Czytałam tę książkę kilkanaście lat temu, nie zachwyciła mnie, ale – do dziś pamiętam niektóre szczegóły (np. co się stało na spotkaniu autorskim). :) Dużo później dowiedziałam się, że to część cyklu, który nie został przełożony na polski – w czasie czytania chyba nie czułam żadnego zgrzytu spowodowanego brakiem znajomości wcześniejszych tomów.
Zdaje się, że taka lektura jest idealna na wszelkie chandry i smutki. Absurd rozśmiesza najlepiej:)
Snoopy obił mi się o uszy ten esej. Widzę, że Pennac faktycznie dość chętnie sięga po autotematyzm. Jeśli wpadnie mi w oko w bibliotece chętnie go sobie przeczytam. Co do „Handlarki prozą” – miło mi, że Cię zachęciłam. To naprawdę zaskakująco niezła książka ;-)
Marigolden faktycznie jest to trzeci tom trylogii rodziny Malaussene. Z tego co wiem pierwszy został przetłumaczony na język polski, ale drugi na pewno nie (i wątpię, aby kiedykolwiek to nastąpiło). Mi ta świadomość lekko uwierała aczkolwiek można czytać „Małą handlarkę prozą” bez znajomości poprzednich części i dobrze się bawić.
Zaułku zgadzam się :)
O, a przy którym Barnes’em poległaś? Bo właśnie zauważyłam, że pojawiło się coś nowego „Nie ma się czego bać”, do czego się przymierzam, więc przy okazji szukam jakichś opinii.
I potwierdzam, że „Jak powieść” Pennaca jest bardzo przyjemną mini-lekturką ;))
Na „Anglia, Anglia”. Mam z tą powieścią jednak spory zgryz, bo jest błyskotliwa i kapitalnie napisana, a jednak i pomimo mych najszczerszych chęci chyba nie doczytam jej do końca ;-) Natomiast „Papugę Flauberta” polecam, bo to książka niemal doskonała!
Ależ pięknie po polskiemu odmieniłam tego Barnes’a ;))
Po „Papugę” chętnie sięgnę, a ze swojej strony polecam „Arthura i George’a” – z autorem przygód Sherlocka Holmes’a w roli głównej :) Bardzo klimatyczna i wzruszająca książka.
Ocho, zapowiadam się ciekawie! Zastanawia mnie fakt, czemu nie słyszałam o tym autorze i tej książce. Widać jednak, że świat literatury jest długi, z krętymi ścieżkami, a końca i tak nie zobaczymy . :)
PS. Jak tam zima, trzyma czy raczej chlapa? To, co się u nas dzieję, to jedna wielka masakra. Było miło,kiedy mróz trzymał i przez ten śnieg jeszcze się dało przejść. Przynajmniej nie zapadało się w 50cm zaspę. No, a teraz śnieg „zdeka puścił” i nie da się zrobić nic. Ani przejść, ani wyjechać z parkingu. I lezie ten człowiek cały biały, jak niedorobiony bałwan, a potem jest chory. Tak jak ja. A u Ciebie jak to wygląda? ;)
jeanne_n Mam i na pewno przeczytam, jako że Sherlock Holmes jeden z mych literackich ulubieńców
vampire_slayer Och nie zbadane są labirynty literatury. Mnie też wciąż zadziwiają nowe tytuły i nowe nazwiska. Na szczęście są blogi książkowe ;-) Cóż byśmy bez nich uczyniły, prawda? Co do śniegu – w Krakowie aktualnie pada kolejna jego porcja, choć dziś rano były burżujskie +2 stopnie Celsjusza. Tak wysoką temperaturę po raz ostatni odnotowałam bodaj w ubiegłym roku.
Z tego co wiem pierwszy został przetłumaczony na język polski, ale drugi na pewno nie (i wątpię, aby kiedykolwiek to nastąpiło).
O, a to czemu? Wiesz coś więcej? Prawa autorskie, problem z przekładem?
To raczej moje domniemania, jako że książki ukazały się ładne kilka lat temu. Pierwsza część jest zupełnie zapomniana, więc nie sądzę, aby opłacało się odgrzewać całą trylogię, a tylko odświeżając całość wydanie drugiej części miałoby jakiś sens. Bez tego byłoby wyrwanym z kontekstu gestem.
Książka ta stoi u mnie na półce od całkiem dawna, ale zawsze coś ją ubiegnie ;) Ostatnio „Almanach piękności” Wernichowskiej i Kozłowskiego narobił mi apetytu na biografie kobiece, więc pewnie szybko po „Małą handlarkę” nie sięgnę… Za to Almanach polecam, zwłaszcza że pozwala wierzyć, iż każda „uroda” kiedyś trafi w swój kanon piękna :P
O masz. To mi teraz zabiłaś gwoździa Kropko. Żyłam bowiem w błogim przekonaniu, że oto namierzyłam już wszystkie interesujące książki Bogny Wernichowskiej, a o tym „Almanachu” jednak nie słyszałam, ale nic to. Zdobędę i też przeczytam. A co :-)
w koncu przetlumaczona cykl Malaussene na polski. handlarka jest druga czescia cyklu, ktory bardzo mi sie podobal i ktory pochlonelam pare lat temu.
Wydaje mi się, że wciąż nie ma przetłumaczonej pierwszej części, aczkolwiek ręki, a już zwłaszcza własnej za to nie dam :)
Jestem zdeklarowaną wielbicielką Pennaca od paru ładnych lat. Czytam go w oryginale i chętnie bym całą sagę przełożyła na polski, bo jestem też tłumaczem literatury, ale, niestety, większość wydawców, podobnie jak Ty, po francuską literaturę z reguły nie sięga… a szkoda… Jak dotąd, ukazało się 7 tomów sagi Malaussene, wszystkie genialne, zarówno w swej warstwie fabularnej, jak językowej. Uwielbiam ten rodzaj humoru, jaki Pennac reprezentuje, podobnie jak jego zabawy słowne – to igranie z językiem stanowi szczególną trudność dla tłumacza, ale jaka satysfakcja, gdy się to zgrabnie przełoży! W sumie duże wyzwanie dla każdego, kto się na to poważy, żeby nie zatracił tych wszystkich smaczków, które czynią lekturę tak smakowitą. Książka jest też niezwykle interesująca w swej warstwie obyczajowej – wiele można się dowiedzieć o Francuzach i życiu na francuskich przedmieściach. To także fabularny słownik potocznego języka francuskiego, z ulicznym żargonem włącznie.
W Polsce, poza „Małą handlarką prozą” i „Jak powieść”, ukazały się jeszcze „Szanowne dzieci”, z tym że powieść ta nie jest częścią sagi. A „Mała handlarka prozą” jest trzecią z serii powieści o rodzinie Malaussene; przełożono ją na polski, bo dostała dwie prestiżowe nagrody – Prix Renaudot i Prix du Livre Inter, ale, moim zdaniem, wszystkie jego książki zasługują na przekład. Pozostaje zatem mieć nadzieję… :-)
nuage będę trzymać kciuki i mieć nadzieję, że uda się coś jeszcze Pennaca przetłumaczyć choć nie sądzę, aby w znacznym stopniu wpłynął na zmianę mojego zdania na temat literatury francuskiej, za którą po prostu nie przepadam
Ciekawe, kto i czym tak Cię zniechęcił do literatury francuskiej…? Bo chyba nie Amelie Nothomb, którą jako jedną z baaardzo nielicznych przedstawicieli tejże zobaczyłam na Twojej liście przeczytanych książek od 2007 roku…? :-)
Nie, nie Amelie Nothomb lubię w niewielkich ilościach, ale ona jest Belgijką, do tego wychowaną w Japonii, więc jest trochę inna. To chyba bardziej zasługa francuskich klasyków (Balzaka, Flauberta) i tych francuskich wtrętów w „Wojnie i pokój”, które doprowadzały mnie do szału. W ogóle nieszczególnie interesuje mnie kultura francuska. Nie wątpię, że Francuzi mają mi do zaoferowania wiele interesujących pozycji, ale nie odnajduję się w ich prozie. Dużo bardziej leży mi literatura brytyjska i to jej staram się poświęcać najwięcej uwagi, a po francuską sięgam od czasu do czasu i nie sądzę, aby cokolwiek wpłynęło na moje upodobania
i tak tam było w tym dziele? Ukaże? Czyżby typowa stranność Amberu?
Tak właśnie było w tej książce:D
Skończyłam dziś i jestem niebywale niepocieszona. Niepocieszona, bo zaprzyjaźniłam się z rodzinką Malaussene do tego stopnia, że trudno mi się będzie się z nimi pożegnać. Fakt, że został mi jeszcze jeden tom po polsku, ale co z tego, skoro reszta jest w języku, którym, umówmy się, nie posługuję się na tyle dobrze, żeby czytać błyskotliwą prozę Pennaca w oryginale. Z tego żalu sięgam po jedyną nieprzeczytaną wesołą książkę jaką mam na półce – „Helenę w stroju niedbałem” Wiecha, niech będzie i tak:D
A Van Thian to także mój faworyt!
:-))))))