„Chińczyk” Henning Mankell
Henning Mankell to już nie Szwed. To obywatel świata, a jego żywe i głębokie zainteresowanie globalną problematyką jeszcze w żadnej powieści nie było tak widoczne.
Poza tym misja dostarczyciela pierwszorzędnej rozrywki dla mas coraz mniej mu w smak. W „Chińczyku” kryminalnej intrygi sensu stricte jest dużo mniej niż można było oczekiwać po akurat tym pisarzu. Nie ma też Ystad, choć to nadal Skania. Miast tego na pierwszy plan wysuwa się (właściwie nie taka do końca) nowa twarz Mankella jako pisarza zafrasowanego losem świata.
600 stronicowe powieści zwykło określać się mianem dzieł epickich, tworzonych z inscenizatorskim rozmachem itp. Żadne z tych określeń nie pasuje jednak do „Chińczyka”, którego specyfikę najlepiej oddaje miano powieści rozległej, a może nawet rozwlekłej. Mankell nigdy nie był specjalnie powściągliwy, płodził powieści słusznej objętości, nie mniej zawarta w nich refleksja, owo słynne społeczne tło, miało charakter lokalny. Owszem, pisarzowi zdarzało się wybyć za granicę (patrz: „Biała lwica” oraz „Psy z Rygi”), nie mniej jednak jego zainteresowania skupiały się wokół Szwecji. Zgoła inaczej rzeczy mają się z „Chińczykiem”, którego akcję Henning Mankell rozpisał na cztery kontynenty, a zagadka brutalnego (a jakże!) morderstwa wiekowych mieszkańców odludnej osady to zaledwie pretekst, punkt wyjścia do snucia refleksji, rzec by można, globalnej.
I faktycznie w „Chińczyku” dominują przemyślenia nad naturą współczesnego świata. Mankella bardziej interesują szanse i zagrożenia, a przede wszystkim rola, którą odgrywają i będą odgrywać Chiny. Wada to czy zaleta? Zależy od punktu siedzenia, czyli tego czego od powieści oczekujemy. Jeśli będziemy przystawać przy zamknięciu „Chińczyka” w szufladce z kryminałami, to należy zwrócić uwagę na dość niekonwencjonalny przebieg intrygi. Rozkręca się dość obiecująco. Ktoś wymordował prawie wszystkich mieszkańców niewielkiej osady na szwedzkiej prowincji. Jest styczeń, wokoło masa śniegu, a jedynym śladem pozostawionym przez mordercę jest czerwona wstążka. Śledztwo obejmuje dość antypatyczna detektyw Vivi Sundberg. Jest zmęczona, zabiegana i nie ma czasu na domysły ani tym bardziej dziwne teorie o Chińczykach, którymi zarzuca ją Birgitta Roslin, sędzia z Helisngborgu, krewna zabitych i główna bohaterka powieści, choć to ostatnie jest określeniem nieco na wyrost, bo nie jest jedyna.
Mankell w „Chińczyku” dokonuje swoistej dekonstrukcji kryminałów z komisarzem Wallanderem. Główny bohaterem nie jest detektyw, a osoba spoza kręgu śledztwa, przenikliwa, obdarzona sporą intuicją, ale i naiwna i nieuważna. Łatwowierność sprowadzi na Birgitte sporo kłopotów. Intryga tym razem wyjątkowo wieloznaczna, co akurat nie przemawia na korzyść „Chińczyka”. Zresztą sam pomysł oparcia fabuły na motywie wendety po latach nie dość, że wyeksploatowany do cna to tu jeszcze aż nadto nieprawdopodobny, ba, powiedziałabym nawet, że niedopracowany, a brak racjonalnych przesłanek, wiele niedopowiedzeń i ślepych uliczek, którymi brnie policja tylko pogłębia ten efekt. Rozwiązanie… też w pewnym sensie rozczarowuje. Coś się tu wyraźnie nie klei. Nie tylko śledztwo kierowane przez Vivi, ale i sama intryga. Gdy w końcu robi się interesująco, Mankell brutalnie przerwał. Pozostawiając akcję w zawieszeniu na kilkadziesiąt stron, przeskakuje do dziewiętnastowiecznej Ameryki. Takich odskoczni od głównej akcji jest tu zresztą więcej.
Henning Mankell krytykuje szwedzkie organy śledcze, przekonując, że metoda „szkiełka i oka” nie zawsze popłaca, ale jako obywatela świata dużo bardziej niż lokalne problemy Szwecji frasują go zmiany toczące w przód cały świat.
Ocena: 





[„Chińczyk” Henning Mankell, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009]









Czyli niezbyt zachęcająco, zwłaszcza jak na mój zdystansowany stosunek do kryminałów…
Od dłuższego czasu czytałem Pani blog i pierwszy raz zdecydowałem się coś napisać. Po książce Mankella „Comedia infantil” byłem zaintrygowany jego nową powieścią nie składającą się na serię z Wallanderem. Bardzo srogo się rozczarowałem. Po obiecującym początku szybko moja radość z czytania zgasła. A to dzięki bohaterom książki. Postać sędzi Roslin (nie Rosalin, pewnie wkradł się chochlik) jest tak bezbarwna, denna i nieatrakcyjna, że zniechęca do książki. Przemyślenia bohaterki wydumane. O jej mężu, przyjaciółce nawet nie wspomnę. Mnie akurat podobał się motyw z przeniesieniem akcji do Chin i następnie do Ameryki, jednakże miało to jakąś wersję bajki, co denerwowało. Jeżeli w ten sam sposób „zrobiony” jest Wallander, którego jeszcze nie „ruszyłem” to ja dziękuję Mankellowi i już więcej się nie spotkamy. Uważam, że dała Pani wysoką ocenę.
Inną kwestią jest cena tej książki. 50 zł. za 600 stron w twardej oprawie w niewielkim formacie to wg mnie lekkie przegięcie.
Ale cena książek to już zupełnie inna bajka, niestety coraz więcej Wydawnictw daje „zaporowe” ceny dziwiąc się jednocześnie niskim poziomem czytelnictwa czy brakiem zainteresowania wydawanymi tytułami.
P.S. Blog bardzo interesujący i aż mnie korci, żebym i ja zaczął blogować. Umieszczony w mojej zakładce „Ulubione”.
Pozdrawiam
O,dzieki za tą recenzję. Chciałam kupić, zrezygnowałam i dobrze.Szoda,żebym na początku zraziła się do kryminałów.
ja bym chciała to przeczytac ale nie wydam 50 zł bo mi troche szkoda. Niemniej jednak ciekawa jestem bardzo tej pozycji Moze uda sie trafic w bibliotece.
W kazdym razie, Mankell chyba już mial dosc Wallandera. Może chciał spróbowac zrobić coś innego.. A że wiekszosc ludzi nastawiona była na coś tego pokroju jak poprzednie kryminały to pewnie nie będzie im się p[podobała ta książka. Ja mam na nią ochotę tak czy siak :)
Ja czytałam tylko jedną książkę Mankella „Morderca bez twarzy” ale zupełnie nie zachwycił mnie ten rodzaj kryminału. Więc po tak obszerne dzieło tego pana tym bardziej nie sięgnę. Może kiedyś innym razem, dzisiaj raczej nie :D
Ostatnio w bibliotece miałam już, już w ręku Mankella (nigdy go nie czytałam), ale przegrał z „Umiłowaną” T. Morrisona. I to przegrał nie dlatego, że w moich oczach był gorszy, tylko niestety był to któraś z kolei część całego cyklu, a ja nie lubię czytać nie po kolei.
Dobrze może, że „Chińczyk” jest najnowszy, czyli ostatni, bo nie tak szybko się za niego zabiorę. A zwykle niedoskonałe książki niszczą moją chęć szybkiego sięgnięcia po kolejne tomy z serii. Niestety…
Ja zdecydowanie wole Mankella w klasycznej wersji czyli z Wallanderem i smakowitym (excusez le mot) morderstwem od refleksji nad swiatem, ktore sa dla mnie rowniez jakies wydumane i nieprawdziwe. Nie przekonal mnie Mankell swoja wizja swiata. Ukazaly sie niedawno jego „Wloskie buty” (tl doslowne z franc) ale nie moge nic powiedziec bo nie czytalam jeszcze.
Czara hmm… trochę kręcę nosem i się boczę na tego Mankella, ale ogólnie książka nie jest zła. Jest taka o, dobra i nic nadto. Zdecydowanie bardziej polecam Ci cykl z Wallanderem :P Jestego jego wierną wielbicielką
łazęgo po pierwsze dzień dobry :) po drugie ja aż tak bardzo rozczarowana nie byłam. A mi się bardziej podobał wątek szwedzki, Roslin nie zrobiła na mnie szczególnie pozytywnego wrażenia, myślę, że dużo ciekawszą postacią byłaby Vivi, gdyby nie to, że Mankell potraktował ją tak po macoszemu. Wątek amerykańskie zdecydowanie za długi, ale suma sumarum i tak wrażenia pozytywne (oczywiście pomijając cenę). Na szczęście cykl z Wallanderem jest zupełnie inny (choć nierówny). Mankell w „Chińczyku” zupełnie inaczej podszedł do tematu, bardziej skupił się na świecie niż na kryminale. Chyba znudziła mu się rola dostarczyciela rozrywki
med-ola od „Chińczyka” zdecydowanie nie zaczynaj przygody z Mankellem i kryminałami. Są lepsze na początek (ot choćby daleko nie szukając „O krok” tego Pana :)
Mary myślę, że nie do końca miał dość, bo jednak po napisaniu „Chińczyka” wrócił do tej postaci, więc… hmm? Cieszę się też, że jej nie skreślasz, bo żeby nie było – to wciąż dobra powieść
ja-madzik „Morderca bez twarzy” to bodaj pierwsza część cyklu. Mankell się w niej dopiero rozkręcał :)
Claudette ja akurat cykl z Wallanderem czytałam w kolejności dowolnej, według klucza: która pierwsza mi wpadnie w łapy. Zaczęłam od przedostatniej części, potem przeczytałam 3, po niej ostatnią itp. Dało się, choć wolałabym od początku nie mniej jednak nie mam tyle cieprpliwości, aby czytać w oryginalnej kolejności.
capucine ja też wolę :) „Comedia infatil” zupełnie mnie rozczarowała, a o „Włoskich butach” nawet nie słyszałam
A ja, jak zwykle z ciekawością czekam na… zwycięzcę miesiąca ;)
Już wrzuciłam :)
w „Chińczyku” najbardziej podobało mi się owe 600 stron.
Giera :D
Ja długo czekałam na tę książkę, aż pojawi się w Polsce i moim zdaniem warto było czekać. Książka mi się podobała. Zdecydowałam się by ją kupić po przeczytaniu całej serii z Kurtem Wallenderem i nie zawiodłam się na Mankellu :)
Mnie jednak odrobinę rozczarował, ale tylko odrobinę :)
Ale czemu rozczarowal ? mi sie bardzo podobala i niedlugo raz jeszcze przeczytam :)
Hm… Ja w święta zabieram się za „Psy z Rygi”, bo było w taniej książce. ;) Ktoś czytał? Polecić może?
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane