Wiem, wiem. Ostatnio jestem taka przewidywalna i nudna, ale nic na to nie poradzę, że trafiają mi się same, przynajmniej dobre, a głównie dużo lepsze niż dobre, książki. Nie inaczej będzie z „Papugą Flauberta” Juliana Barnesa, książką ocierającą się o wybitność i bez wątpienia jedną z głównych pretendentek do miana książki roku.
Gwoli wyjaśnienia – ja za francuską literaturą nie przepadam. Swego czasu, a było to dość dawno temu, przerobiłam po jednym klasyku (czytaj: po jednej książce Wiktora Hugo, Balzaka, Chateaubrianda, Stendhala, choć jego przeczytałam książek kilka i akurat mi się podobały* i paru innych). Wówczas zaznajomiłam się również z Flaubertem, dokładnie z jego sztandarową „Panią Bovary”, którą wspominam jako dość nużącą lekturę. Zapewne kiedyś mogła budzić zgorszenie, ale teraz jedyne co może budzić to zdziwienie, że kiedyś budziła zgorszenie. Nie mniej jednak czytać „francuzów” to jedno , ale czytać o (francuskich) pisarzach to drugie. Ja preferuje to drugie, bardzo lubię zbeletryzowane biografie i między innymi dlatego z ciekawości sięgnęłam po Juliana Barnesa.
„Papuga Flauberta” to trzecia powieść brytyjskiego prozaika, powieść, która zresztą zdobyła największe uznanie. Moim zdaniem całkowicie zasłużenie, bo książka jest znakomita. To prawdziwa uczta dla wielbicieli gier z literaturą. Styl i formę jaką posługuje się Julian Barnes można bez trudu podciągnąć pod postmodernizm. Zastosowana w „Papudze…” technika pisarska przywodzi na myśl sposób w jaki komponował (właśnie: komponował, a nie pisał!) nieodżałowany W.G. Sebald: przewrotna mieszanka literackiej fikcji z „twardą” rzeczywistością popartą odpowiednimi dokumentami, zacieranie granicy między prawdą, a fantazją. Przy czym i Sebald i Barnes kładą nacisk na silnie zakorzenione poczucie rzeczywistości, ich dzieła są bardziej non niż fiction. Książki niemieckiego prozaika czyta się niczym fabularyzowane reportaże, a „Papugę Flauberta”… ??? i w tym właśnie kryje się największy paradoks dzieła Barnesa, którego określanie mianem powieści jest bardzo umowne i nijak nie oddaje całej jego złożoności.
W opublikowanej przed ćwierćwieczem „Papudze Flauberta” Barnes rezygnuje z klasycznie poprowadzonej narracji powieściowej na rzecz ciągłej zabawy z formą w efekcie czego jego książki nie sposób jednoznacznie i kategorycznie zaszufladkować. „Papuga…” wymyka się wszelkim kwalifikacjom i nadaje do odczytania w wieloraki sposobów. Paradoksalnie była nagradzana i jako powieść i jako esej, i de facto takim „powieścioesejem” jest. Bez trudu można w niej odnaleźć elementy powieści historycznej, klasycznej biografii, niemalże encyklopedycznego biogramu, ale i powieści realistycznej ze sporą dozą groteski. Barnes swobodnie konfrontuje postaci historyczne z wyimaginowanymi. Na pierwszy rzut oka głównym bohaterem tego całego literackiego zamieszania jest Gustaw Flaubert, ale wbrew temu co mogłoby się zdawać nie opowiada o nim zafascynowany jego postacią Julian Barnes, a jego fikcyjny reprezentant Geoffrey Braithwaite: Wdowiec po sześćdziesiątce, lekarz, dzieci dorosłe, aktywny, pogodny, choć skłonny do melancholii, łagodny, niepalący, po amatorsku zajmujący się Flaubertem [s. 138].
Tytułowa papuga to wypchany ptak, którego Flaubert wypożyczył sobie na czas pisania „Prostoty serca”, powiastki o biednej i niewykształconej posługaczce, której jedyną pociechę daje towarzystwo owej papugi imieniem Lulu. Historia wypchanego eksponatu zresztą nie przypadkiem stała tytułowym esejem, bo losy owego ptaka są symbolicznym odzwierciedleniem subiektywizmu w sposobie postrzegania Flauberta. Nie ma bowiem jednej papugi. Są dwie, a każda z nich jest rzekomo właśnie tą, na którą Flaubert spoglądał w czasie pisania „Prostoty serca”. Nie ma też jednego Flauberta, a zatem podobnie względne może być odczytanie jego biografii, którą w łatwy sposób można manipulować (czy może raczej nadinterpretowywać), co pokazuje Barnes na przykładzie dwóch kalendariów jego życia. Z pierwszego wynika, że był szczęśliwy, z drugiego, że cierpiał srodze. Owe papugi urastają tu zresztą niemalże do miana relikwii po Flaubercie, po którym poza owymi ptaszyskami i dużą ilością papieru nie pozostało praktycznie nic. Wiadomo, że nienawidził pociągów, trucizn, lewatyw, ciastek z kremem, że był niewolnikiem kobiet, a także zdeklarowany wrogiem kultury mieszczańskiej, którą bezlitośnie chłostał w swych powieściach, a która w najbardziej przewrotny z możliwych sposób się na nim zemściła, już choćby poprzez sam fakt pośmiertnego odznaczenia. Juliana Barnesa nie mniej niż enigmatyczna postać francuskiego pisarza interesuje współczesne jej odczytania. Nieodmiennie bawi nagły wybuch zainteresowania powieściami Flauberta, które za jego życia zawzięcie krytykowane, a teraz obrosły w rozległy akademicki dyskurs. Barnes z satysfakcją dyskredytuje powstające w jego ramach rozprawy na tak kuriozalne tematy, jak choćby kolor oczu Emmy Bovary.
Gustaw Flaubert według Juliana Barnesa to radykalny antymieszczuch, dumny, ale i wrażliwy człowiek, który mimo wszystko poniósł porażkę. Przegrał, bo im bardziej odwracał się od kultury mieszczańskiej, tym teraz większe mieszczańskie zaszczyty go dosięgają. „Papuga Flauberta” to znakomita, elegancka powieść o niezwykłym człowieku. Już za samą konstrukcje zasługuje na najwyższe uznanie. A treść? Rewelacja.
Ocena: 





[„Papuga Flauberta” Julian Barnes, Czytelnik, Warszawa 1992]
*wyjątek stanowi „Czerwone i czarne”, które z trudem zmogłam wciąż zastanawiając się, jak to możliwe, że popełnił to ten sam Stendhal, którego „Pustelnia Parmeńska” tak bardzo mnie oczarowała
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










Cóż, mnie ‘Pani Bovary’ oczarowała. Pamiętam jak czytałam ją w wakacje siedząc pod gruszą:)
Z tego co pamiętam jest to ulubiona książka pana Mariusza Szczygła!
Krepinka a ja czytałam w długi weekend majowy i bardziej oczarowała mnie „Pustelnia parmeńska” Stendhala
Niebieski ptaku też mi się tak zdaje i ja tam wcale się nie dziwię :)
Uwielbiam tę książkę, może pora do niej wrócić:)
Może Twoja recenzja zainspiruje wydawców do wznowienia „Papugi”?:) Skoro udało się z „Arthurem & Georgem”? Chętnie bym sobie ją przywłaszczyła…
nie czytałam :( Ale kusisz…:P
Padma :) Zawsze jest pora do wracania do dobrych książek
Awita chciałabym mieć taka siłę sprawczą, bo z przyjemnością zaopatrzyłabym się w taki ładnie wydany egzemplarz „Papugi Flauberta”. Osobiście nie cierpię tych mikroskopijnych wydań z serii nike
ja-madzik kuszę, a co ;-) Tyle mi wolno :)
Ja niestety totalną ignorantką jeśli chodzi o literaturę francuską jestem. I przyznaję się szczerze:/
Ale przypomniałaś mi, że na półce czeka wciąż na mnie „Pani Bovary” odkładana już tyle razy w czasie i przestrzeni. Może wreszcie uda mi się po nią sięgnąć.
A przy najbliższej wizycie w bibliotece wojewódzkiej poszukam „Papugi Flauberta”, bo szalenie mnie zaintrygowałaś :)
Claudette koniecznie! Do czytania „Papugi…” nie potrzebna znajomość innych jego powieści, choć nie wykluczam, że jej lektura może Cię zainspirować do szukania dalej :)
Zosik, coś czuję, że właśnie na taką książkę mam teraz bardzo ochotę. Zwłaszcza, jeśli ma inspirować do dalszych poszukiwań. Ja, w dziedzinie literatury francuskiej, mam jeszcze dużo do odkrywania, póki co, skupiam się na Zoli (tak już mam, że jak ktoś mnie zachwyci, to nie ma zmiłuj się, piłuję do końca). Widzę, że nie ma Zoli na Twojej (czarnej?;) liście, czy on też Cię nudzi?
O właśnie, zapomniałam o Zoli! Skleroza, skleroza… Ale to chyba dlatego, że Zola mi jakoś specjalnie nie podpadł i nawet myślę poważnie o przeczytaniu jeszcze jakiejś jego powieści. Na studiach czytałam „Nanę” i skłamałbym mówiąc, że mi się nie podobała. Do dziś pamiętam jak Nana objadała się pralinkami i rzodkiewkami. Poleciłabyś mi jakąś jego powieść? Ale może niekoniecznie z tych najbardziej posępnych („Germinal” odpada, kopalnianych klimatów mam dość po „Łysku z pokładu Idy” :) A co do „Papugi Flauberta” – powtórzę się – gorąco polecam :)
W takim razie polecam „Zdobycz”! Mnie szczególnie zachwycił opis przebudowy Paryża przez barona Haussmanna i bezwstydnych spekulacji i całej korupcji z nim związanej… Ale co do bezwstydu, to podobno Zola został odsądzony od czci i wiary z powodu tej książki, nota bene za obrazę Cesarstwa i propagowanie… pornografii! Nie powiem, że wątek romantyczno-erotyczny nie dodawał smaku wszystkiemu. No ale to też trzeba lubić taki realizm i szczegółowe opisy wszystkich detali – architektury, strojów dam i emocji. Ja bardzo lubię jego pióro (mam tylko nadzieje, że przekład nie psuje wszystkiego).
Co do Barnesa – będę się rozglądać za nim.
Tytuł zanotowałam :)
U mnie to stoi juz 5 lat na polce i jakos nigdy nie przyszedl czas, bym siegnela po te ksiazke. Wiem, ze dobra, i moze Twoja recenzja spowoduje, ze siegne po powiesc szybciej niz przypuszczalam? Oj, Zosik, kusisz, ilekroc tu do ciebie zajrze!
PS. Wykorzystuje okazje, by upomniec sie o relacje o panu M. :)
Chihiro obiecuję zebrać się w sobie i napisać. Ostatnio trochę gonię w piętkę i to to dlatego ;-) Co do „Papugi…”, chyba się powtórzę, ale koniecznie, koniecznie! Książka wspaniała.
Flaubert też mnie nie oczarował, ale może odnajdę „Papugę” w swojej bibliotece.
Warto :)
Pingback: A Review of Flaubert’s Parrot by Julian Barnes | JC Woodworking Reclaimed Timber Sellersville, PA