„Lato polarne” Anne Swärd
Wszystkie Szwedki piszą tak samo.
Z pewną dozą zuchwalstwa mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że nie tylko Szwedki, a wszystkie skandynawskie pisarki. Oczywiście brzydko jest generalizować, zwłaszcza w tak kategoryczny sposób. Poza tym nawet, ja twórczyni tej „teorii”, dostrzegam pewne wyjątkowi, będzie nim choćby Johanna Nilsson, rzec by można wielka indywidualistka na tym tle, też dość pesymistyczna w swym oglądzie świata, ale ten jej pesymizm nie jest aż tak dobijający. Nie mniej jednak literackie płody, które wychodzą spod rąk szwedzkich pisarek są do siebie dość podejrzanie podobne i to zarówno pod względem formy jak i treści.
Ja rozumiem, że niedobory światła, że ponuro i często pada deszcz, że socjalizm (za przeproszeniem) sucks, ale moi mili, aż tak smęcić nie można. Weźmy zatem taki „Dom Augusty” czołowej szwedzkiej specjalistko do spraw smutku Majgull Axelsson, zaraz potem „Czarną wodę” Kerstin Ekman, której nie zmogłam, choć bardzo chciałam, “Elisabeth i Katarina” Marianne Fredriksson też tu pasuje, podobnie jak reprezentująca Finlandię Elina Hirvonen i jej „Przypomnij sobie”. Do tego grona właśnie dołącza Anne Swärd ze swym debiutanckim „Latem polarnym”, które strawiłam z trudem. Każda ze wzmiankowanych przeze mnie powieści ma wspólny rys: nagromadzenie nieszczęść w ilości ocierającej się o patologię, dysfunkcyjną rodzinę, w której każdy sobie oraz obowiązkowo emocjonalną atrofię. Mówiąc krótko: ból, pesymizm, mrok.
Nie inaczej rzeczy się mają z „Latem polarnym”. Znamienny jest już sam tytuł, bo choć akcja powieści Anne Sward rozgrywa się w czasie upalnego lata na południu Szwecji, między postaciami panują iście polarne stosunki. Pisarkę interesuje postępujący uwiąd międzyludzkich stosunków podobnie jak deterministyczna funkcja przeszłości. Jej powieść to w istocie portret rozpadającej się rodziny. Portret intrygująco skomponowany z luźnych, z pozoru nie przystających do siebie, kawałków. Anne Swärd co chwilę zmienia perspektywę, oddając głos innej postaci. Wrażenie narracyjnego chaosu pogłębiają równie częste przeskoki w czasie. Krok do przodu, cztery w tył i znów sześć w przód. A jednak w tej z pozoru pozbawionej logiki i chronologii opowieści wszystko zaczyna się układać. To znaczy nie w życiu postaci, bo ich losy z każdą kolejną stroną stają się coraz bardziej zagmatwane, to kawałki opowieści zaczynają do siebie pasować tworząc spójny obraz rodzinnej antysielanki pełnej goryczy, głęboko skrywanych wzajemnych pretensji i bolesnych wyrzutów sumienia.
Główny problem rodziny nazywa się Kaj i jest nadwrażliwą dwudziestokilkulatką, od pojawienia się której w pewnym sensie zaczęła się rodzinna agonia. Kaj jest bowiem żywym dowodem małżeńskiej zdrady, podrzutkiem ostatecznie zaakceptowanym i przyjętym pod rodzinne skrzydła na tych samych prawach co potomstwo z prawego łoża, ale już sama jej obecność w pewnym sensie burzy domowy mir. Dzięki licznym retrospekcjom przekonujemy się o decydującym wpływie dawnych postępków na teraźniejsze motywy działania bohaterów, ale Anne Swärd jest bezkompromisową pesymistką. Przekonuje, że dla tej rodziny nie ma już ratunku, a wszystkie drobne wydarzenia prowadzą ku tragicznemu rozwiązaniu.
„Latu polarnemu” nie można odmówić zmyślnej kompozycji. W tej szaleńczej, bo rozpisanej na sześć głosów, polifonii kryje się jednak pewna metoda. Anne Swärd może i zmierza do obranego celu nieco na okrętkę, ale dzięki temu udało jej się uzyskać efekt stopniowania napięcia. Nie mniej jednak, jak na moje literackie upodobania ten wielogłos i rodzinne brudy to za wiele, więc jeśli ktoś reflektuje chętnie oddam swój egzemplarz*.
Ocena: 





[„Lato polarne” Anne Swärd, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007]
*A jeśli chętnych będzie więcej to zrobię jakieś małe losowanie. Powiedzmy, że w wtorek wieczorem. Niech będzie 20.









Skandynawskie autorki są mi właściwie nieznane, więc chętnie zobaczę, o co chodzi w tej depresji ;) Tak więc zgłaszam się jako chętna na książkę!
Niewiele przeczytałam literatury skandynawskiej, a prawie wszystkie moje lektury autorów pochodzących z tamtego rejonu Europy były książkami wieku dziecięcego oraz młodzieńczego. A jak wiadomo bardzo trudno doszukiwać się ciągłego smutku i nieszczęścia w książkach Astrid Lindgren, czy Tove Jansson, chociaż i tam nuta pesymizmu się przewinęła. Natomiast baśni Hansa Ch. Andersena ten pesymizm wręcz emanował. A ponieważ, jak powszechnie wiadomo, wyjątki potwierdzają regułę to zgadzam się z Twoją teorią.
Na razie nastawiłam się na „Dom Augusty” i mam nadzieję go za niedługo przejść, ale innych skandynawskich pisarzy w najbliższym czasie nie przewiduję (no może poza Stiegiem Larssonem, którego jestem niezmiernie ciekawa), bo w końcu co za dużo to niezdrowo. A w dodatku ja jako niepoprawna optymistka nie mogę wręcz znieść dobijających historii, powiązanych z brakiem nadziei i iście wisielczymi nastrojami.
P.S. Bardzo Ciebie podziwiam, gdyż wiem, iż w natłoku codziennych obowiązków trudno jest znaleźć czas na czytanie, sama mam go bardzo mało, a Tobie jednak się udaje :)
mnie sie bardzo podobało, moze wlasnie dlatego że ja takie smęcenie lubię , lubię mrok i pesymizm w ksiązkach. Nic na to nie poradzę :))
No cóż. To prawda, że depresyjność i pesymizm są wspólne dla wielu skandynawskich autorek. Mnie osobiście to nie przeszkadza. „Lato polarne” bardzo mi się podobało, chociaż nie jest lekturą łatwą i przyjemną, ale takich ostatnio czytam niewiele. Osobiście uważam, że tę książkę warto przeczytać.
Oj, coś czuję, że to lektura dla mnie, już mi się podoba ;) Jestem jak najbardziej chętna na Twój egzemplarz, poza tym nigdy nic nie wygrałam w żadnym losowaniu więc zgłaszam się z przyjemnością.
PS Poza tym, jeśli mogę sobie pozwolić na taką autopromocję, zapraszam Cię gorąco na relacje z moich wrażeń po przeczytaniu Orwella, jestem ciekawa Twojego zdania na jego temat. Miłego weekendu!
O! Ja reflektuję! :D Tym bardziej, że wspominasz „Dom Augusty”, który ja wspominam bardzo dobrze. Myślę więc, że „Lato polarne” to lektura w sam raz dla mnie ;)
Mandżuria :)
Claudette Tove Jansson pisała jednak dość mroczne książki. Ja tam się Buki nie bałam, ale nie raz słyszałam o tym jak bardzo bali się jej inni
Mary smutne książki też lubię, ale irytują mnie kolejne identyczne
Naturegirl zgadzam się, że „Lato polarne” jest książką godną poświęcenia jej czasu, ale ostatnio przeczytałam całą masę dużo lepszych książek i na ich tle powieść Sward wypada blado i mało korzystnie
Czara zajrzę na pewno :) Zresztą ja na Twojego bloga zaglądam często tylko nie zawsze komentarze zostawiam :)
Aerien :)
aż zajrzałam do swojej recenzji na temat tej książki, ale jakoś specjalnie jej nie zjechałam. Tylko, że mnie przybiła.
Ja również reflektuję:) Uwielbiam mroczne i pesymistyczne książki szwedzkich pisarek!
Jako wielbicielka depresyjnych Skandynawów zgłaszam akces do losowania :-)
lubię pesymistyczne książki = zgłaszam się do udziału w losowaniu :]
Właśnie skończyłam „Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson… i jestem zachwycona, oderwać się nie mogłam. Zdecydowanie się wpisuję jako wielbicielka takich klimatów ;-) No i zgłaszam chęć do wzięcia udziału w losowaniu
Jak i ja również zgłaszam się do losowania, machając łapką, bo mnie tu dawno nie było :)
Nie umiałam przez nią przejść a pamiętam jak się cieszyłam niedługo po jej wydaniu kiedy trafiła do biblioteki.
Niestety autorka zupełnie nie podeszła.
Moi drodzy czekający na wyniki losowania :) Mea culpa! Jeszcze odrobinę cierpliwości. Losować będę dziś wieczorem.
Chiara, ale ja przepraszam, ja też jej specjalnie nie zjechałam, stwierdziłam tylko głośno i dobitnie, że jest podobna do innych, szwedzkich powieści, które już czytałam ;-)
OlaK o Lindzie Olsson czytałam sporo pozytywnych opinii
Zosiu :)
Judytto cieszę się, że nie tylko ja miałam problem z Panią Sward, nie mniej jednak ja doczytałam do końca i nawet jestem z tego powodu zadowolona
hm… napięcie rośnie ;) czekamy na wyniki.
And the Winner is…
Aha, to jeszcze czekamy! Bo ja już myślałam, że przegrałam, ale tak jeszcze mam szanse ;)
„Wszystkie Szwedki piszą tak samo”. Strasznie generalizujesz, Zosiu, a generalizowanie jest zasadniczo śmieszne.
Litera a ty nie potrafisz czytać ze zrozumieniem i to jesst dopiero śmieszne. Zanim coś napiszesz – doczytaj może do końca co Zosik ma do powiedzenia
Bożesztymój, Litera jaka ty jesteś czepialska! I żeby jeszcze to twoje czepialstwo miało jakieś podstawy. Ja generalizuję, a generalizowanie jest be i do tego się uczciwie przyznaję w dalszej części wpisu, której jednak najwyraźniej, ja zauważył mój przedmówca, zupełnie nie zrozumiałaś ergo czytanie ze zrozumieniem u ciebie kuleje.
Zasadniczo nie wiem co gorsze? Chyba jednak bezrozumne czytanie :-)
Rany-julek, nie sądziłam, że ktoś się tak oburzy. Jakkolwiek dalej jest poprowadzony tekst, to pierwsze zdanie jest generalizowaniem – choćby Cię, Zosiu, cały tabun czytelników bronił. Czytanie ze zrozumieniem u mnie nie kuleje, wszak dalszej części wpisu się nie czepiam. Tylko pierwszego zdania. Bo jeśli ktoś, tak jak Ty, chce prowadzić coś w rodzaju portalu literackiego, to powinien troszkę na pewne frazy i język uważać. Bo niektórzy po pierwszym takim zdaniu z czytania artykułu zrezygnują.
(dla Ewentualnych Dalej Się Burzących – artykuł przeczytałam do końca, wyłapując po drodze szereg literówek, o których, gdybym się czepiała, wspomniałabym przy wpisie poprzednim; szkoda, że można tu najwidoczniej tylko achać)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane