“Doktor Żywago” Borys Pasternak
Przeczytałam „Doktora Żywago” (wpis długi, chaotyczny i bardzo osobisty)
To truizm, ale jest tak, że jeśli w pewnym wieku nie przeczyta się pewnych książek, później jest coraz trudniej zebrać się w sobie i do nich wrócić. Tak zwana proza życia nie motywuje ani tym bardziej nie ułatwia zgłębiania twórczości klasyków literatury, a biedny człowiek wciąż tylko goni w piętkę. Znajoma mojej mamy z rozrzewnieniem wspomina mroki stanu wojennego, bo właśnie wtedy w końcu znalazła czas na przeczytanie wszystkich siedmiu części „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Poza nią i paroma osobami, które twórczość Prousta znać muszą, nie znam nikogo kto znalazł czas i chęci, aby przeczytać całego Prousta dobrowolnie i dla własnej satysfakcji, ale nie o recepcji Marcela pisać miałam.
Miałam o „Doktorze Żywago” – monumentalnym literackim fresku Borysa Leonidowicza Pasternaka, od lat jednej z najważniejszych pozycji na mojej liście do-koniecznego-przeczytania. Książce, którą bardzo chciałam wreszcie poznać i której w pewnym stopniu się obawiałam, podświadomie omijałam wynajdując jakieś mgliste wykręty, że jeszcze nie ten czas, że pora roku nieodpowiednia, że moje wydanie się rozkleja w palcach, że czcionka za mała itp. Zresztą „Doktor Żywago” nie jest powieścią zdatną do czytania ot tak sobie w tramwaju czy w kolejce do lekarza. Pasternak wymaga całkowitego czytelniczego poddaństwa, maksymalnego skupienia i uwagi. Jego dziełu trzeba się w pewnym sensie ofiarować, bo tylko wówczas lektura ma sens. Jeśli, tak zwany, znój codzienności zbytnio cię absorbuję – nawet nie zaczynaj. Szkoda twojego czasu i prozy Pasternaka, której walorów i piękna nie będziesz w stanie docenić.
Ale to ciągłe odkładanie lektury „Doktora Żywago” miało jeszcze jeden powód – obawę przed nieuchronną konfrontacją książki z ekranizacją Davida Leana z 1965 roku, bałwochwalczo przeze mnie uwielbianą i, choć widziałam ją wiele razy, wciąż nieodmiennie i tak samo mnie wzruszającą. Paradoksalnie wizja Leana (i Nicolasa Roega, który jest autorem wspaniałych zdjęć) w pewnym stopniu ukształtowała moje wyobrażenie na temat wyglądu Rosji, a cały dowcip polega zaś na tym, że żadnej sceny nie nakręcono w Rosji. „Doktora Żywago” kręcono bowiem w Hiszpanii, Finlandii i Kanadzie, a jednak na hasło „zima w Rosji” natychmiast pojawia mi się przed oczami obrazek tonącego w śniegu Warykina, zasypanego salonu tamtejszego dworku albo pociągu Strelnikowa. Ot magia srebrnego ekranu, ale znów zboczyłam z tematu.
Spodziewałam się, że romantyczna interpretacja losów Jurija, Toni i Lary a’la David Lean będzie różna od literackiego pierwowzoru, a jednak zaskoczyło mnie, że oba dzieła różnią się aż tak bardzo, a odmienność ta bynajmniej żadnego z nich w mych oczach nie deprecjonuje. Film Leana to melodramat z wszystkimi wadami i zaletami tego gatunku. Jest zatem wzruszający (a nawet łzawy), pełen wzniosłych uczuć i gorących afektów, dramatycznych zwrotów akcji, które prowadzą ku, nieuchronnie rozdzierającemu, finałowi. Nad pasternakowskimi bohaterami wisi fatum niczym mityczny miecz Damoklesa, Larze i Juriemu nigdy nie będzie dane żyć razem i to jest de facto jedyny punkt tak mocno akcentowany przez obu autorów, tyle że każdy z nich uczynił z owego fatum nieco inny użytek.
Oczywiście mityczny miecz Damoklesa nie ma nic wspólnego ze starożytnością, zemstą bogów czy innymi nadprzyrodzonymi czynnikami. Przybiera zupełnie namacalną postać bolszewika, rewolucjonisty, który z czerwonym sztandarem zawłaszcza, depcze i niszczy carską Rosję w każdym jej przejawie i tak jak w filmie Leana rewolucja jest przede wszystkim efektownym tłem dla burzliwej miłości, u Pasternaka – główną bohaterką tego epickiego fresku, ukazaną poprzez pryzmat losów pojedynczego człowieka, który na swe nieszczęście był wrażliwym poetą i inteligentem, a ówczesna władza nie sprzyjała zwłaszcza nieskorym do współpracy indywidualistom.
Na początku zaskoczyła mnie mnogość drugo- a nawet trzecioplanowych postaci znikających równie niepostrzeżenie, jak się pojawiały, nie wpływając w znaczący sposób na rozwój akcji, która aż do samego końca lawirować będzie wokoło historycznych wydarzeń, od czasu do czasu zatrzymując się przy nich na dłużej. Bez trudu można sie w tej pasternakowskiej mnogości zagubić, nie łatwo jest się przez nią przebić, zresztą rozdrobniona, dynamiczna narracja nie ułatwiają odbioru. Tyle pierwszego wrażenie, bo „Doktor Żywago” wiele zyskuje przy uważnej, skrupulatnej rzec by można, lekturze. W tą opowieść trzeba się wgryźć, wgłębić po to, aby móc w pełni chłonąć jej mroźny klimat i bolesną dramaturgię.
Uderzającą cechą Juriego Żywagi jest brak jakichkolwiek przejawów buntu, w pełni świadoma akceptacja cierpienia, bo lepiej cierpieć niż zachować się niehonorowo i próbować ratować swój los w sposób nieszlachetny, nie licujący z własnymi przekonaniami. Juri pasywne poddaje się swemu fatum czy może raczej woli bożej, jako że „Doktor Żywago” jest powieścią głęboko chrześcijańską. Co interesujące, Pasternak kategorycznie nie odrzuca rewolucji, zdaje się być nią zafascynowany i przerażony zarazem. Znakomicie sportretował mechanizmy rewolucyjnej władzy, systemu, który w imię idei szerzy zniszczenie, pożera własne dzieci, odbiera wolność, zastrasza, niszczy indywidualizm i tłamsi, a po to, aby utrzymać naród w szachu.
Przeczucie wyzwolenia unosiło się w powietrzu przez wszystkie powojenne lata i stanowiło ich jedyną historyczną treść – kończył „Doktora Żywago” Borys Pasternak. On sam nie doczekał wolności. Po opublikowaniu we Włoszech dzieła swego życia, stał się ofiarą zorganizowanej nagonki. Zarzucano mu między innymi zdradę komunistycznych ideałów, a powieść okrzyknięto mianem antyradzieckiej. W 1958 roku zmuszony był odmówić przyjęcia Literackiej Nagrody Nobla. Pasternak bał się, że wyjazd do Sztokholmu zamknie mu drogę powrotną do ojczyzny. Zmarł dwa lata później.
Ocena: 





[„Doktor Żywago” Borys Pasternak, Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2004]
Teraz najwyższa pora zacząć myśleć o przeczytaniu „Czarodziejskiej góry” :-)









No to się pochwalę, bo wygląda na to, że jest czym. Twórczości Prousta znać nie musiałem, ale znalazłem chęci i czas, aby w całości przeczytać “W poszukiwaniu straconego czasu” (“dobrowolnie i dla własnej satysfakcji”). Za to nie przeczytałem jeszcze “Doktora Żywago”, a z recenzji wynika, że nie mogę Pasternakowi przepuścić. Chciałem kiedyś kupić wspaniałe wydanie Kanonu Na Koniec Wieku, ale uciekło mi sprzed nosa. Jeszcze poczekam, mam nadzieję, że w miarę upływu czasu nie będzie mi coraz trudniej sięgnąć po książkę i że nie będę potrzebował stanu wojennego do jej przeczytania.
Naprawdę, jakaś absorbująca melancholia bije z twojego tekstu. Oczywiście to nie jest zarzut, obracam ją na korzyść książki.
Czytałam, mnie “Doktor Żywago” nie zachwycił.
Tak mi podoba ten tekst, że może znajdę na Pasternaka czas… podczas jakiegoś długiego urlopu? Póki co, może choćby film, bardzo kusisz, Zosiku.
“Doktor…” stoi na mojej półce od lat blisko 20-tu, od tyluż też jest na mojej liście, ale podobnie jak Ty – ciągle znajduję powody, żeby jednak jeszcze nie teraz po niego sięgnąć. Filmową wersję też kocham, oglądałam wiele razy – jak będzie kolejna okazja, to znów obejrzę. A po książkę na pewno kiedyś sięgnę, ale chyba poczekam aż się u mnie trochę uspokoi, jak już nie będzie gonitwy, codziennych zawirowań – tylko kiedy to będzie? Mam nadzieję, ba! wierzę, że nie będę do końca życia gonić w piętkę i w końcu “znormalnieje” to wszystko…
Szczerze zazdroszczę, że już przeczytałaś – ale co mi z zazdroszczenia. Trzeba by się wreszcie wziąć w garść i przeczytać. Wystarczy przecież sięgnąć na półkę… Pozdrawiam:-)
u mnie “Czarodziejska Góra” też czeka na swoją kolej a że chwilowo zdecydowanie przybija mnie życie, tak więc na pewno jeszcze sobie długo poczeka…
Sławek z tym Proustem jesteś w takim razie moim idolem! A tak na poważnie to ja mam nadzieję, że do przeczytania całego “W poszukiwaniu straconego czasu” nie będzie mi potrzebny stan wojenny :D
To wydanie z kanonu na koniec wieku – też swego czasu na nie polowałam. Właściwie mieć całą kolekcję to byłoby coś, ale na pociechę mam tak wydany “Proces” i “Nieznośną lekkość bytu”.
Aniu szkoda :( Ale rozumiem, że nie każdy gustuje w klimatach rosyjskiej rewolucji
Czara ja nie wiem czy to jest dobra książka na urlop, serio… :) Smutna, trudna, ciężka. Nie wyobrażam sobie czytania Pasternaka latem lub na wiosnę
Katja u mnie nie stał może dwadzieścia lat, ale i tak wystarczająco długo, aby zaczęła tracić nadzieję, że kiedykolwiek go przeczytam. Pewnie gdybym nie wypożyczyła sobie wydania Muzy po mojego bym nie sięgnęła (rozklejał się, miał mini czcionkę, która bardzo męczy oczy etc). Faktycznie trzeba mieć dużo spokoju, ciszy na czytanie tej powieści. Inaczej się nie da (a w każdym razie ja sobie tego nie wyobrażam).
Cieszę się, że rozumiesz moje uwielbienie do filmu :) Ja w ogóle mam straszny sentyment do takich klasycznych, epickich melodramatów, a “Doktor Żywago” jest obok “Przeminęło z wiatrem” jednym z filmów, która zawsze oglądam, gdy są w telewizji. Zawsze z pudełkiem chusteczek na podorędziu. Nie sądzę, aby kiedykolwiek przestały mnie wzruszać i mi się znudziły.
Chiara ja myślę, że “Czarodziejska góra” to dobra książka na lato. Zresztą sukces (bo za taki uważam przeczytanie do końca Pasternaka) dodał mi skrzydeł i coraz poważniej zaczynam myśleć o Mannie. Swego czasu zachwycił mnie “Doktor Faustus”, więc mam spore oczekiwania :)
Jak już Ci kiedyśpisałam, ja przeczytałam “Doktora Żywago” chyba wiosną; była to moja lektura na studia, zresztą wiele dobrych książek miałam w tych lekturach – min. “Mnicha”, “Zaklęty dwór” Łozińskiego itd.
“Doktor Żywago” mi się spodobał, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że mnie zachwycił. Pewnie dlatego, że się spieszyłam z przeczytaniem go, a po drugie chyba rzeczywiście jest to książka na jesień/zimę, no i rewolucja to raczej nie moje klimaty.
U mnie “Doktor Ż.” wisi na liście do przeczytania już od wielu, wielu lat i pewnie tak jeszcze sobie trochę powisi, ale łudzę się nadzieją, że kiedyś w końcu nadejdzie czas i na niego :) Filmu natomiast, przyznam się – nigdy nie widziałam, ale za to na kolejnej liście, tym razem filmowej, mam jedenastoodcinkowy rosyjski serial (podobno bardzo dobry)…
A Prousta przeczytałam w całości i z własnej woli i to nawet dwa razy! No, coś w nim jest takiego, że jakoś do mnie trafia – ale ja w ogóle dziwna jestem :) A, i “Czarodziejską górę” też uwielbiam :)
Wspaniała recenzja. Też bardzo lubię film :) Ta “rosyjska” zima – przepiękne zdjęcia! Za książkę się wezmę w jakimś odpowiednim momencie, ale kiedy on nastanie – kto to wie? ;)
Autorko, jestem pod wrazeniem twojego talentu pisarskiego i celnoscia twojej recenzji.
Mam nadzieje, ze piszesz lub bedziesz pisac zawodowo. Uzywasz pieknego i trafnego jezyka. Osobiscie tez robilam kilka podchodow lektury ‘Doktora Zhivago’ i podzielam twoja opinie. Notabene, nigdy nie dotarlam do konca – przeszkodzily jak okreslilas – znoj i proza zycia.
Z Kanonu mam 4 tomy “Człowieka bez właściwości” Musila oraz “Wściekłość i wrzask” Faulknera, ale bardzo chciałbym mieć właśnie Prousta, bo na półce stoi marne (mrówcza czcionka) wydanie Prószyńskiego. Właśnie sprawdziłem na Allegro, jeżeli ktoś bardzo chciałby kupić całą serię Kanonu, to może za 3300 złotych. He, he, chciałbym być na tyle szalony.
Przepraszam za odejście od tematu.
Karolina.ja pamiętam, że wspominałaś, że strony szybko umykały w tym wydaniu i faktycznie tak było :) myślę, że jakbym się zabrała za moja wydanie z mikro czcionką nie poszło by mi tak szybko, choć w sumie czy 3 tygodnie to szybko?
Kusisz mnie tym “Zaklętym dworem” postawionym w jednym rządku z “Mnichem” (a wiesz, że ja mnichusia uwielbiam :P)
jeanne_n a wiesz, że ja się lepiej czuję z tą świadomością, że nie tylko ja miałam takie problemy z zabraniem się za czytanie Pasternaka? Podziwiam za Prousta :) Może i ja kiedyś dołączę do tego szacownego grona, ale nie sądzę, aby szybko to nastąpiło.
Serialu nie znam, ale nie wykluczam poznania ;-) Co prawda DVD jest dość drogie, ale w końcu Święta się zbliżają, ale mój rosyjski ulubieniec Oleg Mienszikow w roli Żywagi zapowiada się nader kusząco. Ciekawa jestem czy Rosjanie położyli większy nacisk na kwestie polityczne czy romansowe. No nic, będę musiała sama się o tym przekonać :)
Mandżuria i Ty fanką filmu Davida Leana :) To cudnie!
Bookworm dziękuję za miłe słowa :) pisze amatorsko, właściwie tylko tutaj, zawodowo zajmuje się innymi sprawami. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda Ci się doczytać “Doktora Żywago” do końca :)
Sławek teraz sobie można tylko pluć w brodę, że nie kupiło się więcej, gdy okazja po temu była. Trudno, to se newrati, jak mawiają Czesi.
nie mialam okazji przeczytac ale po twojej recenzji napewno zabiore sie w wakacje zeby faktycznie sie tej ksiazce oddac
widzialam za to film ale te nowa wersje i chyba bede musiala obejrzec te wczesniejsza i ja przeprosic (ta zima ze zdjec!)
Właśnie odłożyłem Pasternaka na półkę. Za dużo nazwisk, za dużo osób, za dużo akcji z nieznanym celem… Ale to może mój problem, egzystencji. Co robić? Biblioteka mnie ukaże za przetrzymanie lektury :). Najpierw film? Przecież Sołżenicyn poszedł łatwiej.
Ach ten film, nadal pamiętam, że jak byłam mała i oglądałam “Doktora Żywago”, aktorka grająca Larę (Julie Christie?) wydawała mi się najpiękniejsza na świecie :) a książki nawet kijem nie tknęłam, taka moja słaba wola. Prousta mam za sobą połowę pierwszego tomu – w końcu uznałam, że nie mam pojęcia o czym i dlaczego on pisze :) ale że podobno na tym polega jego fenomen, uspokojona zrezygnowałam z lektury. Czytałam za to “Wojnę i pokój”! I sporo się Dickensem umartwiałam swego czasu – żeby nie było, że jestem aż tak beznadziejna w lekturach “obowiązkowych” :)
No ja Prousta jakoś zmogłam jeden tom “w strone Swanna” ale to z racji wymogów na studiach. Natomiast nasza p dr od literatury francuskiej zawsze mawiala ze ten kto przeczyta całość ma u niej egzamin za friko. Nikomu sie nie udalo / nie chcialo – a szkoda. Głupi człowiek był, bo teraz to juz jakos nie mam nastroju na takie powiesci.
Moze z wiekiem przyjdzie jeszcze ochota (heh, ale zabrzmialo :):)
Mi nie udało się skończyć. Może kiedyś do Pasternaka wrócę. Bardzo interesują mnie jego poezje. A filmu nie znam, ale poszukam i obejrzę :)
Papierowa latarnio tylko, żeby potem nie było na mnie ;-) Zresztą już chyba wspominałam, że to literatura wybitnie nie wakacyjna
Współczesnej wersji (tej z Keirą Knightley w roli Lary) nie cierpię. Niestety moje serce należy do Leana :)
intervallum och ja moją też musiałam prolonogować i czytanie się dość wlokło. Sołżenicyna póki co czytałam tylko “Jeden dzień Iwana Denisowicza”, w dodatku kilka lat temu. Zupełnie nic z tej książeczki nie pamiętam
Liritio ja tam Ci się nie dziwię. Julie Christie jest wspaniałą aktorką. Zresztą u Leana gra śmietanka najlepszych aktorów: Omar Sharif, Geraldin Chaplin, Tom Courtney, Alec Guinness oraz oczywiście Klaus Kinski w epizodzie, ale za to jakim epizodzie! “Wojnę i pokój” też czytałam. Bardzo mi się podobała, ale ja w ogóle bardzo lubię Tołstoja.
Mary ja zmogłam mniej więcej 1/3 “W stronę Swanna”, ale wtedy (a było to tuż przed egzaminem z literatury) zupełnie nie miałam głowy do takich impresyjnych powieści, więc uznałam, że szkoda czasu na wmuszanie w siebie czegoś na co nie mam ochoty.
Kleks wróć! I filmu też poszukaj :)
Doktor Żywago to jedna z moich powieściowych perełek, powiedziałabym nawet, że to książka mojego życia. Taka, do której wracam co jakiś czas, którą czytałam już chyba ze 3 razy w całości i wiele razy wyrywkowo. Za każdym razem coś nowego w niej znajduję, za każdym razem odkrywam, jak bardzo sama się zmieniam i jak zmienia się moje spojrzenie na wiele spraw. Zakażdym razem przeżywam niesamowitą fascynację i odnajduję coś z tego, co w niej znalazłam za pierwszym razem, mając kilkanaście lat i co mnie do niej przykuło na dobre. Trochę tak, jakbym tę historię skądś już znała, choć nie znałam, no chyba, że z poprzedniego wcielenia :)).
Naturegirl ja chyba się nie odważę na powrót do powieści (bo do filmu i owszem). Dla mnie to była jednak zbyt dojmująca i ciężka przeprawa, co nie zmienia faktu, że powieść warta jest tego trudu. Natomiast, skoro jesteśmy przy Rosjanach, nie wykluczam powrotu do Lwa Tołstoja :)
Moja siostra wlasnie niedawno przeczytalam cale 7 tomow Prousta. Zajelo jej to kilka miesiecy, ale sie uparla. Zreszta jedna z moich kolezanek pisze doktorat na temat zaloby u Prousta i wyklada “proustologie” w Cambridge. Coz, wsrod moich znajomych (znanych na zywo, nie z blogosfery) wiele jest osob, ktore klasyke maja w malym paluszku. Ja sama jednak po Prousta jeszcze nie siegnelam – skoro poczekal tyle, moze poczekac jeszcze troche. Za rosyjska literatura w ogole nie przepadam i nigdy nie mialam checi, by siegnac po Tolstoja, Pasternaka czy Dostojewskiego (choc tego ostatniego przeczytalam dwie powiesci). Nie moja bajka, zdecydowanie nie. Moze zmieni mi sie z wiekiem, ale poki co nie ciagnie mnie do tych powiesci. Niemniej jednak film Leana widzialam i podziwialam, ale drugi raz ogladac nie musze.
Dołożę moją osobę do znanych Ci (co prawda tylko z blogosfery) osób, które siedem tomów Prousta nie musiały przeczytać, a zrobiły to dla własnej satysfakcji i przyjemności. I co więcej – mam zamiar przeczytać po raz drugi, bo za nim tęsknię. Jakkolwiek to zabrzmi.
Co do “Doktora Żywago” – pamiętam, że przeznaczyłam mu w czasie studiów jedne wakacje i wtedy, nierozpraszana innymi czynnikami, przeczytałam. Byłam urzeczona doskonałością tej prozy. Wspaniale oddałaś tę melancholię, jaką odczuwałam w trakcie czytania. W ogóle – w przeciwieństwie do Chihiro – za rosyjskimi pisarzami przepadam. Ich pisanie do mnie niezwykle mocno trafia i podziwiam ich.
Jestem ciekawa Twojego zdania o “Czarodziejskiej górze”. Ja wolę “Buddenbrooków”.
Pozdrawiam serdecznie
j
Chihiro nie dziwie się, że zajęło jej to kilka miesięcy. Trudno oczekiwać, aby tyle tomów trudnej prozy pochłonąć w kilka tygodni. Nie mniej jednak możesz przekazać jej w moim imieniu wyrazy uznania. Mi chyba będzie potrzebne coś w rodzaju stanu wojennego, bo aż tyle wolnego czasu nie mam… Szkoda, że nie lubisz Rosjan, ale kto wie czy się kiedyś z czasem do nich nie przekonasz :) Ja akurat Dostojewskiego nie lubię, ale znaną mi resztę bardzo sobie cenię. Zwłaszcza Tołstoja i Bułhakowa. Chętnie raz jeszcze przeczytałabym “Mistrza i Małgorzatę”
Joan aaaa!!! Jesteś moją idolką. Serio. Za Rosjanami też przepadam, choć ostatnio moja miłość do nich nieco “podumarła”. Pasternak to coś w rodzaju wielkiego powrotu do literatury rosyjskiej i klasyki w ogóle. “Buddenbrooków” też chcę przeczytać :)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Nocna zamieć" Johan Theorin
przy łóżku "Pokonani" Iriny Głowkiny - wciąż, bo czyta się świetnie, ale powoli ;-)
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane