„Wichura w Hawanie” Leonardo Padura
Ciekawa jestem czy kryminalne cztery pory roku Leonardo Padury poddadzą się pewnej prawidłowości wedle, której każda kolejna odsłona cyklu jest lepsza. Póki co wszystko na to wskazuje, bo o ile „Gorączka w Hawanie” była jedynie zalążkiem czegoś bardzo smakowitego (cytując samą siebie), o tyle „Wichura w Hawanie” nie jest już tylko zwiastunem, a bardzo dobrą powieścią w pełnym rozkwicie.
Śmiało można napisać, że Padura przeskoczył sam siebie, „Wichura w Hawanie” jest bowiem kryminałem (i powieścią w ogóle) pod każdym względem zdecydowanie bardziej udaną. Kubański pisarz wyspecjalizował się w gatunku, który z powodzeniem można określić mianem kryminału miejskiego. Sama zagadka pełni tu jednak rolę drugorzędną. Jest ważnym i, co istotne, zajmująco odmalowanym tłem. Sceną, na której odgrywa swój spektakl Mario Conde. W „Wichurze w Hawanie” zresztą wydaje się być postacią dużo bliższą i wiarygodną. Padura świetnie oddał jego frustrację i złość wynikającą z konieczności bycia policjantem, poczucie literackiego niespełnienia, skłonność do melancholii, która miesza się z cynizmem oraz niepoprawną naturę latynoskiego bon vivanta, któremu tylko niewieście krągłości i dobre jedzenie w głowie.
Tym razem w Hawanie wieje, a gdy wieje, to rzecz wiadoma, ludziom przychodzą różne dziwne pomysły do głowy. W tych niepokojących okolicznościach przyrody ginie młoda nauczycielka. Może niezbyt urodziwa (co Conde odnotowuje nie bez żalu), ale za to zaangażowana w walkę na jedynym słusznym ideologicznie froncie, co w połączeniu z bardzo niepolitycznymi okolicznościami jej zgonu czyni ze śledztwa sprawę wielce delikatną i nieco śmierdzącą (prawie jak zgniłe jajo!). Dochodzenie znów przypominać będzie stąpanie po bagnie. Im głębiej Conde się w nie zanurza, tym wszystko staje się coraz bardziej wieloznaczne i niepokojące. Skąd skromnie zarabiająca nauczycielka miała pieniądze na luksusowe ubrania? Dlaczego w jej mieszkaniu znalazła się marihuana i ile tak naprawdę miała kochanków?
W „Wichurze w Hawanie” Conde znów będzie musiał się uporać z demonami przeszłości, a także kacem gigantem, nie mniej jednak najwięcej frasunku przyniesie mu złamane serce, jako że i tym razem ulokuje swe uczucie nie tam, gdzie powinien. A Padura? Wciąż tak samo cięty i bezkompromisowy portrecista Hawany. Mi się bardzo podobało.
Ocena: 





[„Wichura w Hawanie” Leonardo Padura, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009]









Królową kryminałów to ja nie jestem. Mogę się pochwalić znajomością Pani Christie (chociaż pochwalić to za dużo powiedziane,bo mogłabym się powstydzić nieznajomością co najwyżej gdybym jej nie znała), Borisa Akunina – chociaż skromną, bo przeczytałam tylko „Lewiatana” którego Ci tutaj gorąco polecam, coś czuję,że spodobałby Ci się, nwet bardzo. Mogę dorzucić przygody Pana Tomasza (dla znajomych Samochodzika) – może to nie kryminały w pełnym słowa znaczeniu,ale je uwielbiam, Pan Tomasz jest jak by na to nie patrzeć, detektywem, zagadki rozwiązuje, jest to więc zalążek kryminału,no nie? W tym miejscu chcę jeszcze wpomnieć o moim nowym ulubionym serialu – „Ojciec Mateusz”. Szok w trampkach,że tyle brudnych spraw ma miejsce, w na pozór spokojnym, Sandomierzu. Zdarza Ci się oglądać?
Ps. Ok,ani słowa o Padurze w moim komentarzu nie ma,ale co mam się wypowiadać jeśli kompletnie nie znam?
Krepinska ja tam lubię takie off-topici :P Tytuł Borisa Akunina już sobie zanotowałam i będę o nim myśleć. Do tej pory czytałam jedynie „Dekoratora”. Jako kryminał zupełnie przeciętny, ale napisany w bardzo zajmujący sposób i w tej cudnie staroświeckiej manierze.
„Ojca Mateusza” nie oglądałam nigdy. Jakoś nie ciągnie mnie do polskich seriali ;)
Śnila mi sie dzisiaj ta książka. Dziwne, bo ani mnie do niej specjalnie nie ciągnie ani 1 czesci nie znam.
Moze kiedys siegne, ale jakos tamte rejony świata kompletnie mnie nie interesują… Przeglądałam swego czasu Gorączke w Hawanie, ale nie przukuła mojej uwagi na tyle by ja kupić czy szukac.
mary ja myślę, że to jest znak by faktyczni się Padurą zainteresować :) „Wichura w Hawanie” jest lepsza od „Gorączki…” i polecam Ci ją.
Ja też się nie znam na kryminałach, wyjątek robię dla Fred Vargas i Jean-Claude Izzo (nie mówiąc o Christie i Conan-Doylu, oczywiście). Marylska trylogia Izzo bardzo mi zapadła w pamięć, serdecznie polecam.
A widzisz ja już nie raz miałam okazję przeczytać Izzo, ale jakoś zdecydować się na to nie mogę. Freda Vargasa też nie znam, zresztą z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że nie czytałam żadnego francuskiego kryminału, co chyba wiąże się z moją ogólną niechęcią do francuskiej literatury. Może kiedyś się poprawię :)
no to fajnie, że Ci pasowała. Ja nie kupię, ale miło słyszeć, że Tobie się podobało;)
Myślę, że jeśli się zdecydujesz na Izzo, nie będziesz żałować. Vargas, to zależy czy lubisz dygresje, rozbudowane sylwetki postaci i… archeologię;) (i jeśli mogę sobie pozwolić, Fred Vargas to kobieta, tylko ma taki mylący pseudonim!).
Chiara pewnie, że się podobało :) Bardziej niż w przypadku pierwszej części i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
Czara to się popisałam ignorancją :) Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że książek tej PANI nie miałam nigdy w ręce, a i ten Fred Vargas brzmi dość myląco. A czemu ona podaje się za faceta?
Zosiku, nie przejmuj się, ja dopiero po przeczytaniu chyba dwóch tomów przejrzałam płeć autora ;) Już wyjaśniam: wygląda na to, że Fred to zdrobnienie od jej imienia (Frédérique) a Vargas, to pseudonim, który przybrała jej siostra malarka. (Ten z kolei jest aluzją do postaci z „Bosonogiej Contessy”, filmu, w którym główna bohaterka nazywa się Maria Vargas, a gra ją Ava Gardner – niestety nie znam.)
A może tak naprawdę chciała nas wszystkich zmylić i wprowadzić w konfuzję? ;)
Och to dobrze, bo już sobie plułam w brodę za ignorancję, którą się wykazałam ;-)
Jestem wlasnie w polowie pierwszej częsci. Poczatek nieco mnie zawiodl ale robi sie coraz lepiej. I jak tak piszesz o drugiej to pewnie na pierwszej nie skonczę.
Peek cieszy mnie to co piszesz :) Pierwsza jak pierwsza. Była niezła, ale w drugiej rozsmakowałam się już w pełni.
Bardzo dobra powieść. Szkoda, że do poziomu autora nie dostosowała się tłumaczka. Chociaż dziękuje Desiderio Navarro za pomoc w tłumaczeniu idiomów kubańskich, to szczegółowo się nie dopytała.
„Tipo” po kubańsku to nie negatywnie zabarwiony polski „typ”, lecz po prostu facet.
„Pulover” na Kubie oznacza po prostu bawełnianą koszulkę, u nas zwaną też T-shirtem.
Teraz czekam na dostawę „Gorączki w Hawanie”. Na szczęście tłumaczył ktoś inny.
„Gorączkę w Hawanie” tłumaczył Tomasz Pindel, moim zdaniem bardzo dobry tłumacz, aczkolwiek nie mnie oceniać jak przyłożył się do idiomów :)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane