„Trąbka do słuchania” Leonora Carrington
„Tr
ąbka do słuchania” to jedyna przetłumaczona na język polski powieść Leonory Carrington, obecnie dziewięćdziesięciodwuletniej ex skandalistki i surrealistki, malarki i feministki przejawiającej skłonności ku mistycyzmowi, przede wszystkim zaś kobiety nietuzinkowej, temperamentnej i obdarzonej niezwykle barwną osobowością tudzież wyobraźnią (a także biografią). Swą artystyczną karierę zaczynała od romansu z nie kim innym, jak z guru surrealizmu – Maxem Ernstem, choć zanim tych dwoje (dwadzieścia siedem lat różnicy nie było żadnym problemem) połączyła szalona miłość, Leonora zdążyła odebrać surowe mieszczańskie wychowanie od swego purytańskiego ojca. Skierowany przeciw niemu ostentacyjny bunt okaże się szalenie inspirującym doświadczeniem, podobnie jak ponure domostwo, w którym spędziła dzieciństwo. Już jako kilkulatka zamierzyła sobie, że zostanie lewitującą świętą, ale dopiero pierwsza londyńska wystawa surrealistów wpłynęła na chęć stania się malarką. Niewiarygodnie bujna wyobraźnia Leonory ułatwiła jej przedarcie się ku kręgowi surrealistów, w towarzystwie których mogła w pełni się rozwinąć. Nie tylko malowała i pisała opowiadania*, ale i zaczęła uprawiać sztukę teatralizacji życia codziennego. Do legendy przeszły jej słynne omlety z obciętych włosów gości, którymi Carringotn następnie tychże gości podejmowała na śniadanie, albo „gubienie” ubrań w czasie balu. Nie bez znaczenia na jej dorobek artystyczny pozostał również obłęd oraz epizod w zamknięcia w zakładzie psychiatrycznym.
„Trąbka do słuchania” jest wykapanym dzieckiem lat sześćdziesiątych. Leonora napisała ją już po przeprowadzce do Meksyku, gdy rozkwitła w pełni jej przyjaźń z malarką Remedios Varo, która była nie tylko jej bratnią duszą podzielającą potrzebę płatania figli oraz zainteresowanie Jungiem i alchemią, ale i pierwowzorem jednej z kluczowych postaci powieści – Carmeli Velasquez. Bohaterką i narratorką „Trąbki do słuchania” jest sędziwa i w dodatku brodata Angielka imieniem Marion – miła i dowcipna starowinka mieszkająca wraz z do bólu konwencjonalną i niesympatyczną rodziną, która traktuje ją jak zbędny balast. Marion słabo (a właściwie w ogóle) nie słyszy, nie rozumiem i nie lubi Meksyku, wolałaby się przenieść do Laponii, a prócz niezrównanej Carmeli jej jedynymi przyjaciółmi są dwa koty (z których sierści ma nadzieję w przyszłości zrobić sobie sweter). Pomimo wysoce niesprzyjających okoliczności, rodzina postanawia pozbyć się staruszki umieszczając ją w najtańszym przytułku w okolicy, Marion nie tylko nie traci dobrego humoru, ale i pogodnego dystansu wobec świata. Na przekór wszystkiemu jedynym jej zmartwieniem jest niemożność napicia się herbaty**. Przytułek okazuje się zresztą placówką nad wyraz ekscentryczną. Niemalże dyktatorskie rządy sprawuje w nim doktor Gambit (wraz z, pracującą w charakterze kucharki, żoną), a pensjonariuszki zamieszkują indywidualne chatki w kształcie muchomora, buta, latarni morskiej, szwajcarskiego szaletu (który po bliższych oględzinach okazał się zegarem z kukułką) oraz urodzinowego tortu (obecnie dość mocno sfatygowanego). Leciwe członkinie wspólnoty niemalże pseudoreligijnej wykazują zresztą zaskakującą żywotność, buntując się przeciwko absurdalnej instytucji. Wszczynając strajk głodowy, który przyniesie im wolność absolutną i przy okazji kilka innych rzeczy…
U Leonory Carrington z powodzeniem przenikają się świat wierzeń mitologicznych i mistycznych fascynacji artystki, baśń z wątkami niemalże żywcem wyjętymi z powieści gotyckiej (motyw frywolnej przeoryszy) oraz „Alicji w Krainie Czarów” (niezwykła inicjacja Marion, ale i te wielokształtne domki pensjonariuszek są moim zdaniem kwintesencją Lewisa Carrolla). Do tego pisarka wzbogaciła swą powieść o szereg znaczeń symbolicznych, które sprawiają, że „Trąbkę do słuchania” można czytać i jako pełną humoru i staroświeckiego uroku feministyczną powieść grozy, i apoteozę wolności i kobiecości bez względu na wiek, i powieść z ducha realizmu magicznego, i pełną odniesień do ezoteryki opowieść o wyzwoleniu świata, a także traktat o wyższości matriarchatu nad zhierarchizowanym i nudnym porządkiem męskiego świata.
Książka niebywale wdzięczna i ciepła, nieco przywodząca na myśl „Mądre dzieci” Angeli Carter. Napisana soczystym dowcipnym językiem (znakomity przekład Maryny Ochab), pełna purnonsensowego humoru, mistycznych fascynacji, ale i gier z klasyką literatury. Słowem mała literacka uczta. „Trąbki do słuchania” się nie czyta. „Trąbkę do słuchania” się pożera.
Ocena: 





[„Trąbka do słuchania” Leonora Carrington, Państwowy Instytut Wydawniczy”, Warszawa 1998]
*Czy któreś z nich zostało przetłumaczone na język polski?
** Jeśli zaraz nie pójdziemy możemy w ogóle nie dostać herbaty, a to byłoby przykre. Możliwe, że dają tylko herbatę i podwieczorek, a nie kolację, w takim przypadku będę głodna aż do śniadania (s.50)
Jako bonus mój ulubiony obraz Leonory – Labirynt 1991









Oj, no to jestem w kropce! Kiedyś, gdy wspomniałaś, że czytasz tę książkę poleciłem ci film o Carrington z Emmą Thompson w roli głównej. Teraz okazuje się, że chodzi tu o dwie różne osoby! Tamta (Dora, a nie Leonora!) popełniła przecież samobójstwo i zdecydowanie nie jest temperamentną i nietuzinkową dziewięćdziesięciodwulatką. No, cóż. Człowiek uczy się całe życie. Widzę jednak, że ta Carrington jest nie mniej ciekawa niż tamta (która nota bene też była wyemancypowaną malarką, związaną z grupą Bloomsbury, nieszczęśliwie zakochana w swoim homoseksualnym mężu, słynnym Lyttonie Stracheyu).
A na „Trąbkę do słuchania” zrobiłaś mi strasznego smaka. Tylko gdzie ja to teraz znajdę?
O, nawet nie wiedzialam, ze pani Leonora jeszcze zyje! To ci niespodzianka… Uwielbiam magiczne obrazy tej Carrington (Dory zreszta tez lubie, a juz film „Carrington” uwielbiam, ale wlasnie Snoopy slusznie wspomnial, ze to dwie rozne artystki). Nie wiedzialam tez, ze napisala ksiazke, i to taka ciekawa. Brzmi mi to jak kolejny z jej obrazow, wrecz widze to, co napisalas. Dzieki, Zosik, za te recenzje, bede o „Trabce do sluchania” pamietac :)
Mówiłam, że będzie dobrze ;)
Ja z kolei zastanawiam się co zostanie u Ciebie książką miesiąca października:) a tak jeszcze a propos posta,to ostatnio oglądałam stare numery „Wysokich obcasów” i natknęłam się na artykuł o Pani Carrington. Lubię surrealizm więc pewnie się pogwałcę o przeczytanie tej Trąbki:) jeśli chodzi natomiast o pozycje na Halloween to może „Doktor Jekyll i pan Hyde” albo coś królowej kryminałów? Ja dzisiaj uczciłam seansem „Edwarda Nożycorękiego” (w takim razie może trochę z czarnych poeziji Burtona?.
Muszę jeszcze dodać,że powoli oswajam się z jesienią i dłuuugimi wieczorami:)
No ja i surrealizm… Różnie to z nami bywa więc sama nie wiem (strasznie mnie na przykład zdołowała ostatnia surrealistyczna wystawa w Centre Pompidou, chyba nie lubię sennej estetyki). Ale chciałam napisać, że i ja niecierpliwie czekam na zwycięzcę miesiąca;)
Snoopy już wcześniej Peek-a-boo mnie naprostowała, że to dwie zupełnie różne Panie Carrington. A co do „Trąbki…” – cieszę się, że narobiłam Ci smaka. Poszukaj w bibliotekach. Na allegro bywa, ale jest dość droga.
Chihiro nie znalazłam żadnej informacji o tym, aby Leonorze się zmarło, więc na tej podstawie uznałam, że wciąż żyje. Książek napisała kilka, niestety tylko „Trąbka…” została przetłumaczona na polski. Napisała również sporo surrealistycznych opowiadań i przyznać muszę, że z dziką wręcz przyjemnością przeczytałabym któreś z nich.
Peek-a-boo komu jak komu, ale Twoim polecaniom ufam niemalże bezgranicznie :) Oczywiście miałaś racje :)
Krepińska dobre pytani, prawdę mówiąc jeszcze się nad tym nie zastanawiałam, a w październiku przeczytała praktycznie same (co najmniej) dobre książki. Pomyślę i nie omieszkam się mą decyzją pochwalić w przeznaczonym do tego miejscu. Co do halloween – przeczytałam
Czara Ty też? O raju! Wyczuwam niemalże presję. Myślałam, że nikt nie zawraca uwagi na ten mój wewnętrzny plebiscyt. Muszę to sobie porządnie przemyśleć. A co do „Trąbki…” – to mała książeczka, w dodatku z niesamowitym obrazkami autorstwa syna Leonory, więc ze względu na niechęć do surrealizmu bym jej nie skreślała z listy potencjalnych lektur. Poza tym Leonora napisała ją już po tym, jak de facto zerwała z surrealizmem. Czara polecam Ci ten artykuł z WO: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,4759949.html
Zosiku, dziękuję za linka! Właściwie czytałam już kiedyś ten artykuł, ale niestety moje neurony nie wytworzyły ścieżki między jej nazwiskiem, obrazami i książką… Zapamiętałam natomiast świetnie hienę o twarzy zjedzonej właśnie kobiety, brr… Jeśli tylko natrafię na tę książkę to przeczytam ją, ale potem, gdy mnie będę dręczyć złe sny, pretensje będę mieć do Ciebie ;)
A co do rankingu, to presji nie ma, ale już kiedyś ta rubryka ze „zwycięzcą miesiąca” wydała mi się świetnym pomysłem(i dzięki niemiu poznałam Dehnela;).
no i wiem, wiem zresztą od dłuższego czasu, ale teraz tym bardziej, że „Trąbka…” powinna się u mnie znaleźć
Czara proszę bardzo! Mi z kolei poleciła go Peek-a-boo, a też mam wrażenie, że już wcześniej musiałam go czytać. Nie sądzę, aby po przeczytaniu „Trąbki…” dręczyły Cię koszmary, bo jest to bardzo dowcipna i pogodna książka. Powiedziałabym, że nawet swawolna nieco ;-)
Giera koniecznie, absolutnie i obowiązkowo
Hi,
Check out the trailer of my film „Artistas: the Maiden, Mother, and Crone,” which features Leonora!
http://www.mydogspotproductions.com
Sue May
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane