„Rzeczy pierwsze” Hubert Klimko – Dobrzaniecki
Kryzys, kryzys, wszędzie kryzys. Tak powiadają.
Zdawać by się mogło, że toczy on nas od środka niczym wielki obły robal. Kryzys gospodarczy, kryzys czytelnictwa, kryzys powieści, a polskiej powieści to już w ogóle. Po wysłuchaniu tych wszystkich lamentów niechybnie nabawić się można jakiś wstrętnych uprzedzeń względem polskiej literatury. Tymczasem wcale nie jest źle. Z łatwością mogę wskazać kilka nazwisk naszych rodzimych prozaików, którzy piszą dobrze i ciekawie. Do tego grona właśnie dołączył Hubert Klimko-Dobrzaniecki.
Kojarzyłam go do tej pory właściwie tylko z nazwiska, toteż lektura jego najnowszej powieści była dla mnie niemalże literackim objawieniem. „Rzeczy pierwsze” są przewrotną mieszanką czarnego humoru, absurdu w czystej postaci, powieści realistycznej i niemalże buńczucznej autobiografii, którą spaja w całość motyw niespełnionej miłości do niejakiej Ulli. Do tego językowa swoboda, ironia i fantastyczny dystans zarówno wobec otoczenia, ale i samego siebie. Klimko – Dobrzaniecki we wstępie do powieści zarzeka się jakoby napisał tak zwaną prawdę najprawdziwszą i że udało mu się uniknąć pokusy podkolorowywania swej żyzni, ale jeśli faktycznie żył tak jak napisał to ubarwiać nie ma co. Bo po co?
Hubert w „Rzeczach pierwszych” to taki typ samowystarczalnego wędrowniczka, którego sposobem na życie jest sprawdzanie się w różnych niebanalnych życia odsłonach. W wywiadzie, którego nie tak dawno temu udzielił Tomaszowi Kwaśniewskiemu z rozbrajającą szczerością wyznał, że początkiem jego wolności było wprowadzenie stanu wojennego, bo dzięki czołgom na ulicach i zamrożeniu życia społecznego wyzwolił się spod kurateli nadopiekuńczej matki i zaczął żyć wedle własnych koncepcji. Z bardzo różnym efektami. Hubert był zatem i punkiem, i studentem seminarium duchownego, i skubał indyki, i zbierał truskawki, i studiował filologię islandzką na Islandii, a wszystko po to, aby w końcu spełniła się przepowiednia jego japońskiego kolegi, który z kurzych wątróbek wywróżył mu, że będzie pisarzem, ale fakt stania się pisarzem bynajmniej nie oznacza, że Dobrzaniecki – wagabunda osiadł na laurach. Stabilizacja jest bowiem dla Huberta mrzonką, społecznym wymysłem, za którym podąża, bo wydaje mu się, że tak trzeba, ale na podążaniu się kończy. Sama pogoń za nią jest dużo bardziej interesująca i, jak się okazuje, inspirująca, zwłaszcza jeśli ma się tyle tupetu i odwagi cywilnej, aby kraść swoje książki z Empiku, a następnie sprzedawać je w czasie własnych wieczorów autorskich.
Lekturze „Rzeczy pierwszych” towarzyszyły mi obrazy Marca Chagalla i tak Bielawę, z której pochodzi Dobrzaniecki, wyobrażałam sobie tak, jak Chagall malował Witebsk, a dom dziadków w Skawinie widziałam tak i tak. Po prawdzie nie ma tu latających krów, ale Klimko – Dobrzaniecki, zwłaszcza opisując swoje dzieciństwo i młodość, posługuje się niemalże poetyckimi metaforami i niezwykłymi zestawieniami elementów realnych i groteskowych. Podobnie jak Chagall chętnie zaciera granicę między liryzmem, a absurdalnością i podobnie jak on dodaje do swej twórczości szczyptę magii.
Oficjalnie ogłaszam – kryzysu w polskiej literaturze nie ma. Niewielkie rozmiary „Rzeczy pierwszych” predysponują je do roli zajmującej lektury na jedno leniwe popołudnie. Po wszystkim zostaje duży niedosyt i pytanie: Czemu tak krótko?
Ocena: 





[„Rzeczy pierwsze” Hubert Klimko – Dobrzaniecki, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009]









Dobrze wiedzieć czego się spodziewać po książce, za którą wkrótce się zabiorę :)
Ktyra myślę, że nie będziesz zawiedziona :)
Fantastyczna recenzja, aż się do nogi rwą same do księgarni!
Zosik, cieszę się,że potrząsnełaś mną i powiedziałaś,że nie ma kryzysu w polskiej literaturze. Bo kiedy jestem w bibliotece z zasady (a właściwie trochę ze strachu), omijam dział prozy polskiej przechodząc do obcej. Niestety, cudze chwalę,a swojego nie znam. Potraktuję Twój blog jako mały przewodnik po tym co polskie,a warte uwagi.
Czara bo książka jest niesamowita. Polecam do czytania włączyć Tori Amos, której piosenki jakoś tak jeszcze lepiej oddają klimacik prozy Klimko-Dobrzanieckiego.
Krepińska bardzo proszę :) Będzie mi bardzo miło, choć ja czytam przede wszystkim pisarki, bo bardziej interesuje mnie co one mają do powiedzenia.
„Z łatwością mogę wskazać kilka nazwisk naszych rodzimych prozaików, którzy piszą dobrze i ciekawie”
A Ż KILKA? ;)
„Czemu tak krótko?”
bo lepiej czuć niedosyt, niż przesyt.
fajne obrazki – o dziwo, dają pewne wyobrażenie o stylu pisarskim autora.
Marcin wyczuwam tu lekki sarkazm :>
sarkazm? u mnie? ;)
Zachęciłaś mnie to bardzo. I to jeszcze w tej ładnie wydanej serii się znalazło, będę o tym pamiętać :)
Mandżuria książka jest wydana ślicznie! Za to uwielbiam wszystkie książki wydawane w Znaku – za tą szatę graficzną i elegancję :)
No właśnie, szkoda mi teraz, że mam „Białe Zęby” w poprzednim wydaniu, dobór kolorów jest tam ohydny, a teraz tak ładnie wznowili…
widziałem dziś w księgarni, ale nie kupiłem, wybrałem Franczaka.
Mandżuria ja mam też to brzydkie wydanie „Białych zębów” :P
Giera myślę, że kiedyś przeczytam „Nieludzką komedię” aczkolwiek liczę na to, że sama wpadnie mi w ręce :)
Co jest niesamowite w tej recenzji, to ta synestezja – nie tylko obrazy, ale nawet muzykę dobrałaś „pod kolor”, brawo! :)
Czara :) Miło mi, że udało się uzyskać zamierzony efekt.
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane