„
Podróż Enrique” Sonii Nazario jest dowodem na to, że więcej nie znaczy lepiej, a zachowawczość i powściągliwość to jej obce.
Podobnie, jak czytana przeze mnie nie tak dawno temu „Afrykańska odyseja” Klausa Brinkbäumera również, powstała na kanwie cyklu nagrodzonych Pulitzerem reportaży prasowych, książka amerykańskiej dziennikarki podejmuje temat emigracji z krajów trzeciego świata do ziemi obiecanej, tyle że u Brinkbäumera była do Europa, a u Nazario jest USA. Piszą zresztą o tym w zupełnie odmienny sposób, co w przypadku Sonii Nazario niekoniecznie korzystnie wpłynęło na książkę. Brinkbäumer jest chłodnym profesjonalistą, który o trudnych i smutnych sprawach pisze w sposób oszczędny i konkretny, chętnie ubierając je społeczny lub kulturowy kontekst. Sonia Nazario odwrotnie, pisze bardzo (za bardzo) emocjonalnie, kontekst kulturowy w jej wykonaniu praktycznie nie istnieje, ze społecznym jest lepiej, ale i tak w „Podróży Enrique” króluje redundancja tanich emocji i akcentowane wzruszające drobiazgi. Wszystko to przez nadmierne skupienie się na ckliwym realizmie: strachu, bólu, pocie i łzach, które zapewne mają wywołać w czytelniku wstrząs, a w praktyce dają efekt przeciwny do założonego.
Po prawdzie nie wątpię, że eskalacja emocji w wykonaniu Nazrio ma poparcie w rzeczywistości. Przejazd na dachu pociągu przez Meksyk nie jest bowiem ot takim sobie przedsięwzięciem, zwłaszcza jeśli jest się dzieckiem, a niemalże na każdym kroku dybią na ciebie bandyci, złodzieje, gwałciciela, nieprzychylnie nastawiona ludność lokalna oraz skorumpowane służby emigracyjne i w dodatku nie wiadomo co gorsze.
W „Podróży Enrique” nie ma właściwych odpowiedzi ani dobrych rozwiązań. Każda podjęta decyzja ma ambiwalentny wydźwięk. To głód i bieda, ale także chęć dorobienia się, popycha Latynosów z ku granicy Meksyku i USA na Rio Grande. Całą spiralę nieszczęść nakręca już sama decyzja o emigracji: jeśli się na nią nie zdecydujesz – twoja rodzina będzie głodować, jeśli się na nią zdecydujesz – z biegiem czasu (i napływem dolarów) będą rosły wzajemne pretensje i oskarżenia. Dzieci nie chcą wybaczyć rodzicom, że ci zostawili ich samych sobie lub pod opieką krewnych, a najnowszy model butów nike’a nie rekompensuje im braku ciepła i troski. Niektóre dzieci tęsknią tak bardzo, że decydują się wyruszyć w drogę w ślad za rodzicami. Nazario opowiada o jednym z nich, choć nazywanie 17 letniego młodego mężczyznę, który w tak zwanym międzyczasie zdążył spłodzić potomka, dzieckiem to gruba przesada. Nie mniej jednak dla autorki liczy się przede wszystkim efekt, a tytułowe Enrique jest postacią – symbolem, którego odyseja ma być odzwierciedleniem losów tysięcy dużo młodszych biedaków, więc niech już będzie 17-letni dzieciak.
Nie wiadomo czy „Podróż Enrique” powinno się czytać jako reportaż czy jako paradokumentalną powieść, bo nie jest ani jednym, ani drugim. Sposób ujęcia tematu przywodzi mi na myśl latynoską telenowele pełną mniejszych i większych tragedii oraz melodramatycznych wzruszeń. Nazario odczuwa silną potrzebę dopowiadania do końca i jeszcze dodatkowego akcentowania szczególnie dojmujących aspektów wędrówki, troszkę tak jakby z góry założyła, że „Podróż Enrique” czytać będą tylko nieszczególnie lotni umysłowo odbiorcy, którym wszystko to co istotne trzeba pokazać palcem, a dla lepszego efektu jeszcze kilka razy powtórzyć.
Nie mniej jednak Sonii Nazario odmówić nie można zaangażowania oraz świetnego przygotowania. Podobnie jak Enrique i ona odbyła podróż na dachu pociągu przez Meksyk (co zresztą napawa ją dumą niebywałą), poza tym skrupulatnie sportretowała rodzinne relacje i, co bardzo ważne, towarzyszy swemu bohaterowie także po przybyciu do USA. „Amerykańska” odsłona odysei chłopaka, poprowadzona równolegle z losami jego bliskich w Hondurasie, jest zresztą najciekawszą częścią książki, dla której warto po „Podróż Enrique” sięgnąć. Okazuje się bowiem, że mordercza droga przez Meksyk jest dopiero początkiem długiej drogi, niekoniecznie prostej, a życie w USA, jakkolwiek obfitujące w różne udogodnienia, wcale nie jest tak różowe, jak emigranci roją sobie przed wyruszeniem w drogę. Po pierwszych tygodniach euforii przychodzi czas opamiętania i gorzkich refleksji. Erupcja wzajemnych pretensji i niezrozumienia między kiedyś sobie bliskimi osobami. Owa upragniona bliskość jest tylko pozorem, co Sonia Nazario znakomicie oddaje. Psychologia postaci jest tu znakomita.
Jedna kwestia bardzo mnie zaintrygowała, a Sonia Nazario w żaden sposób się do niej nie ustosunkowała. Co na te masowe przejażdżki na dachach pociągów spółki kolejowe i maszyniści? Czyżby w Meksyku można było bez biletu przemieszczać się pociągami towarowymi?
Ocena: 





[„Podróż Enrique” Sonia Nazario, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2009]
Może Cię również zainteresuje:
- „Zabić drozda” Harper Lee 11/03/2008
- „Prochy Angeli” Frank McCourt 28/05/2008
- „Extra Virgin” Annie Hawes 23/05/2008
- „Wyjechali” W.G. Sebald 12/11/2008
- „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” Junot Diaz 06/06/2009
- „Zarys dziejów traktora po ukraińsku” Marina Lewycka 15/01/2009
- „Austerlitz” W.G. Sebald 29/12/2007










Wszędzie ostatnio pełno tej książki…
Całkiem wysoka ocena (4 czyli „dobre”?) jak na tak krytyczne podsumowanie ;)
Krepinska też mnie zastanawia ta niezamierzona synchronizacja czytania ;)
Kropka 4 za to, że Sonia Nazario tyle samo uwagi poświęciła drodze Enrique jak i jego życiu chłopaka już w USA, które poznajemy z relacji dwustronnej: chłopaka i jego bliskich w Hondurasie. Reszta jest wstrząsająca, owszem, ale i łzawa. Myślę również, że na moją ocenę wpłynę nie tak dawna lektura „Afrykańskiej odysei”, która eksploruje bardzo podobne zagadnienia, więc cierpienia i lęki towarzyszące podróży były dla mnie mniej szokujące, bo już znane.
„Redundancja tanich emocji” – brr, samo to zdanie odpycha na kilometr. (To mi przypomina moment, gdy kiedyś, w czasach studenckich, sięgnęłam po sławetną Samotność w Sieci. Czytałam ją na podłodze w Empiku i zalewałam się tak rzewnymi i szczerymi łzami, że po chyba połowie z obrzydzeniem odniosłam ją z powrotem na półkę;)
Mimo wszystko pociąga mnie tematyka tej książki, może sięgnę.
Zosik- ja tam wyczytałam, że spółki kolejowe zatrudniają ludzi w celu poszukiwania nielegalnych podróżników i wyganiania ich z pociągów, wyłapywania i umieszczania w więzieniach, różni pewnie robią różne rzeczy ze schwytanymi dzieciakami. Robią to, zanim pociąg ruszy, stąd te tragiczne śmierci pod kołami rozpędzonych pociągów, bo dzieciaki i dorośli muszą wskakiwać w biegu- inaczej nie mają szans dostać się na ten upragniony dach.
Czara to dobrze, że Cię do końca nie zniechęciłam, bo to ksiązka na 4, czyli nie tragedia.
Kalio przytaczana przez Ciebie sytuacje z tego co pamiętam dotyczyły już późniejszego etapu podróży, a na samym początku dzieciakami się nikt nie interesował. Swoją drogą to musi być dziwne uczucie mieć świadomość, że na dachu pociągu wiezie się aż tyle osób.
Mnie juz odstrasza napis na okladce: „Oparta na faktach historia milosci, tesknoty i odwagi dziecka”, brrr… Nie znaczy, ze nie lubie takich tematow, ale tu mi zalatuje tanim sentymentalizmem. To ‘streszczenie’ nadaje sie jako opis jakiegos filmu w programie telewizyjnym. Niestety, ale wydawcy robia ksiazce krzywde moim zdaniem, umieszczajac taki opis.
brr..nie. boje sie takich ksiazek. i pełno jej wszedzie ostatnio.
Chihiro na mnie bardziej zniechęcająco działają frazesy typu „światowy bestseller” :P
Mary najwyraźniej tak jakoś wyszło, już wcześniej pisałam, że zastanawia mnie ta niezamierzona synchronizacja pośród nas.. hmm…
Ja też, gdy widzę „światowy bestseller” – powstrzymuję się. Streszczeń z tyłu nigdy nie czytam, zbyt często są po prostu głupie.