„Kochankowie mojej matki” Christopher Hope
Ciocia Zosia radzi: pielęgnujcie swojego wewnętrznego lenia – nigdy nie wiadomo kiedy się przyda.
Niewiele brakowało, abym lekturę „Kochanków mojej matki” porzuciła po przeczytaniu jakiś 50 stron. Naszła mnie wówczas dojmująca refleksja, że właściwie Afryka nie jestem kontynentem, który w jakiś szczególny sposób mnie pociąga. Zuchwale stwierdziłabym wręcz, że kulturowo nie ma w sobie nic, co by mnie ciekawiło. Co innego Europa, albo Azja, ale Afryka? Może niekoniecznie, więc skoro niekoniecznie to po co czas marnotrawić na książkę, jakby nie patrzeć, słusznej objętości? O dziwo żadnego użytku z tych deliberacji z samą sobą nie zrobiłam. Wewnętrzny leń nie pozwolił mi ruszyć się z fotela, pod ręką nie miałam żadnej innej książki, więc czytałam dalej, a z każdą kolejną stroną powieść Christophera Hope’a podobała mi się coraz bardziej, bardziej i jeszcze bardziej.
Matka i jej kochankowie nie zajmują w powieści Południowoafrykańczyka aż tak wiele miejsca, co mógłby zasugerować tytuł i ukryć się nie da, że na dobre to książce wyszło. Pod pretensjonalnym tytułem ukrywa się napisana z werwą wielowymiarowa powieść z psychologicznym zacięciem, ale i głęboką analizą społecznych oraz obyczajowych przemian doby apartheidu i post-apartheidu. Ale „Kochankowie mojej matki” to również całkiem spory kawałek historii południowej Afryki podany w gładkiej acz zapadającej w pamięć formie. Na takim tle skomplikowane relacje matki i syna, temat przewodni powieści Christophera Hope’a, zdają się być tylko dodatkiem do całej reszty.
Najbardziej literalnym sposobem odczytania „Kochanków mojej matki” jest interpretacja poprzez postkolonializm, z którego poniekąd wyrasta sam pisarz – Afrykaner, potomek białych osadników, który po latach próbuje zmierzyć się z wątpliwym dziedzictwem swym przodków. Dla Kathleen, matki głównego bohatera, białoskórej afrykańskiej awanturnicy, która ponad wszystko ceniła wolność i niezależność, świat nie miał granic czy może inaczej – nie istniały żadne granice: ani geograficzne, ani obyczajowe, a szacunkiem obdarzała każdego kto na to zasługiwał bez względu na pochodzenie i kolor skóry – zupełnie na odwrót niż zakładał apartheid.
Paradoksalnie ekscentryczna pilotka, przyjaciółka Pigmejów i Karen Blixen, która prócz tego, że znała 5 języków, jeździła konno, polowała na słonie i dziergała na drutach, potrafiła też trochę boksować: przetrwała trzy rundy z Hemingwayem w jakiejś sali w Mombasie, choć – jak później powiedziała – „był wtedy nieźle zalany” [s. 13], okazywała więcej atencji każdej przypadkowo napotkanej osobie niż własnemu synowi, który z resztą z trudem znosił jej towarzystwo. Po latach (i dwóch nieudanych małżeństwach, których przykry finał zawdzięczał matce) Alexander wyrusza w świat na własną rękę. Do Johannesburga powraca dopiero na wiadomość o chorobie matki, ale miasto (i kraj), który zastanie nie będzie już tym samym miejscem, w którym dorastał. Z Joburga podzielonego przez apartheid przemienił się w Joburg kulturowo wykorzeniony i dziesiątkowany przez AIDS, Joburg trwający w permanentnym stanie wojny, ale już nie między białymi i czarnymi, a między bogaczami i biedotą. Miasto, w którym dawni wojownicy o wolność wyparli się swych aspiracji i z radością stali się członkami establishmentu, a zastraszeni biali zamknęli się w osiedlach – fortecach.
„Kochankowie mojej matki” to powieść utrzymana w konwencji obyczajowo – przygodowej, z wartko toczącą się akcją i, co odnotowuję z prawdziwym ukontentowaniem, całkiem niezłym dowcipem, nie mniej jednak humor Hope’a przyprawiony jest sporą ilością goryczy. Wbrew pozorom nie jest to powieść o sentymentach za „starymi dobrymi czasami” kolonialnymi, kiedy to białe było na górze, a czarne na dnie. Christopher Hope postarał się o uniwersalne przesłanie, czyniąc ze swego dzieła pochwałę szacunku i tolerancji, ale i krytyczną próbę dekonstrukcji południowoafrykańskiej tożsamości. Duży plus za przewrotne zakończenie.
„Kochanków…” czytało mi się wyśmienicie i jestem niezmiernie wdzięczna memu wewnętrznemu leniowi, że nie pozwolił mi udać się na poszukiwania innej lekturki.
Ocena: 





[„Kochankowie mojej matki” Christopher Hope, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008]









:)
poszukam :)
Mary, czyli ląduje na liście?
Zawsze mnie odstraszał tytuł więc tym bardziej dzięki za recenzję – wynika z niej, że to książka dla mnie :)
Tytuł pretensjonalny – to fakt, ale powiedziałabym, że pasuje do powieści Hope’a.
No i masz ci los! Ja też miałam problem z przetrwaniem pierwszych 50-ciu stron, ale jak widać zabrakło… lenia;)))
Rzuciłam książką w kąt i wzięłam się za inną:(
Co, jak widzę, po recenzji było wielkim błędem. Na szczęście, możliwym do naprawienia:)
Zgadzam się – czyta się wyśmienicie! Podobała mi się dynamiczna narracja, ironiczno-satyryczny styl Hope’a i pasja, z jaką pisze o Afryce. Najbardziej pozostały mi w pamięci: Kathleen – szalona awiatorka, wielbicielka kolonialnej Afryki i Joburg – miasto o niesamowitej historii i przerażającej teraźniejszości.
Inblanco, czyli jednak to nie tylko ja tylko z tym początkiem faktycznie jest coś, że tak powiem, „nie halo” ;-) Nie mniej jednak bardzo się cieszę, że „Kochanków…” doczytałam do końca, bo powieść podobała mi się bardzo i dość szybko zapomniałam o nudnym początku. Czasem „test 50 stron” nie zdaje egzaminu ;-)
Awita, a z kolei mi najbardziej zapadnie w pamięć znajomość Kathleen z Pigmejami oraz właśnie Joburg, a zwłaszcza kodeks życia w nim
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane