„Jadę sobie: Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” Marzena Filipczak
Karaluchy wielkości palca, skobel w drzwiach zamiast zamka oraz, last but not least, dziura w podłodze z wiaderkiem do spłukiwania nieczystości zamiast toalety. Tak wyposażony pokój w tanim (ale nie najtańszym!) hotelu zastała Marzena Filipczak tuż po przylocie do indyjskiego Bangaluru. Niezbyt budujące doświadczenie, prawda? Zwłaszcza jeśli ma się w perspektywie spędzić w podobnych warunkach najbliższe sześć miesięcy. Samotnych sześć miesięcy.
Wyjścia z takiej sytuacji wyobrażam sobie tylko dwa. Pierwsze – z płaczem (lub, jak kto woli, bez) wrócić do Polski i zapomnieć o całym incydencie. Drugie – wziąć się w garść, pokonać obrzydzenie, szczelnie pozamykać bagaże, a na skobel założyć kłódkę. Marzena Filipczak oczywiście wybrała tą drugą opcję. Nie po to rzuciła pracę, spakowała plecak (przy okazji wykazując się podziwu godną powściągliwością, bo bagaż na tyle miesięcy ważył tylko dziewięć kilo) i wyruszyła w drogę, daleko poza bezpieczny Stary Kontynent. Przez pół roku przemierzyła niemalże całą Południowo – Wschodnią Azję, prócz Indii również Wietnam, Kambodżę, Tajlandię oraz Malezję, a „Jadę sobie: Azja…”- efekt jej wędrówki – jest nie tylko świetnie napisaną relacją z podróży (to między nami mówiąc byłoby zbyt proste i oczywiste), ale i kapitalnym poradnikiem samotnego podróżowania spisanym z myślą o kobietach. Właściwie nie jest to poradnik w klasycznym wydaniu. Filipczak nie popada w dydaktyzm, nie kreuje się na wszechmądrą mentorkę przyszłych podróżniczek. Chce zainspirować i zmobilizować, a jej poradnik to zbiór praktycznych wskazówek popartych bogatym doświadczeniem z samotnej wędrówki poprzez kraje zupełnie obce kulturowo.
Zaczęło się od blogu, pisanego w czasie podróży. Blogi z reguły pisze się w tonacji bezpośredniej i bardzo osobistej. Udało się to przenieść i na książkę, dzięki czemu „Jadę sobie…” zyskało lekkość i bezpretensjonalność, której na próżno szukać w literaturze podróżniczej pisanej, rzekłabym, na poważnie. Familiarno – kolokwialny ton, którego zwolenniczką nie jestem, tutaj nawet się broni. Po prawdzie, a jest to właściwie jedyne moje zastrzeżenie, uporczywe powtarzanie kolokwializmów takich jak „kibel” trudno uznać za celową stylizację, ale z drugiej strony być może dalekowschodnie sławojki czy ustępy nie zasługiwały na lepsze miano. Dzięki temu, że swój internetowy dziennik Filipczak nie pisała codziennie, a tylko wtedy, gdy udało jej się znaleźć komputer z dostępem do sieci (co, o dziwo, wcale nie było trudno nawet w najbardziej odludnych miejscach) książka nie jest przeładowana nadmiarem szczegółów. Obdarzona zmysłem przenikliwej obserwacji autorka zawarła w nim tylko to co istotne, zabawne i najciekawsze z całej podróży, a uczyniła to w sposób tak zajmujący, że od „Jadę sobie…” wprost nie można się oderwać. Czyta się to jednym tchem.
Marzena Filipczak przekonuje, że samotne podróżowanie po Dalekim Wschodzie nie jest kwestią odwagi czy zasobności portfela. W południowo – wschodniej Azji można przeżyć za bardzo niewielkie kwoty, a przemieszczanie się w pojedynkę wiąże się z podobnym ryzykiem, jak, na przykład, z kilkoma osobami. Jednak nawet w najmilszym towarzystwie nie zazna się bezgranicznego poczucia wolności, które wynika z możności robienia tego co się chce wtedy kiedy się chce i gdzie się chce. Kluczem do powodzenia samodzielne wyprawy będzie zatem dobre przygotowanie, wykupienie porządnego ubezpieczenia zdrowotnego oraz duża doza zdrowego rozsądku. Połączenie tych trzech czynników pozwoliło autorce wyjść cało z niejednej przygody i przy okazji przeżyć niezapomnianą przygodę nieporównywalną do niczego innego.
Ocena: 





[„Jadę sobie: Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” Marzena Filipczak, Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2009]









prawie szesc gwiazdek? musze to miec. aczkolwiek wyczyn p.Filipczak srednio oryginalny, osobiscie znam co najmniej 3 dziewczyny, ktore podrozowaly samotnie w ten sam sposob. ale ksiazek nie napisaly, ich strata.
Zachęcająco! Zwłaszcza „nie kreuje się na wszechwiedzącą mentorkę”, nie lubię mentorek ;)
Ostatnimi czasy jesteś egzotyczna.
wiedziałam, że będzie fajna; muszę przeczytać:)
Yvonne pewnie, że nie ona jedna. Nie pierwsza i nie ostatnia zapewne (Z tego miejsca polecam „Krynolinę zostaw w Kairze”). Nie mniej jednak faktycznie nie każdej podróżniczce po wszystkim chce się jeszcze o tym pisać. Sporym ułatwieniem na pewno jest pisanie najpierw bloga, nie mniej jednak autorka jest doświadczoną dziennikarką, więc i wprawne pióro ma
Czara chyba najfajniejsze jest to, że Filipczak pisze z perspektywy dobrej kumpelki, albo przynajmniej koleżanki, która wyciąga pomocną dłoń
Krepinska i dużo podróżuje :) To chyba podświadoma tęsknota za latem, słońcem i ciepłem
Kultur-alnie bardzo fajna i właśnie fajna to najodpowiedniejsze słowo :)
Dzięki za polecenie tej książki. Jak trafię na nią, to będę wiedziała, że warto przeczytać. Pozdrawiam! :)
yuhu.. a ja sobie to wlasnie dzisiaj kupiłam. I jeszcze ‘tygiel’ M. kossowskiego :):)
No, to jest książka zdecydowanie dla mnie – podróże, Azja, kobieta i sprawne pióro, dopisuję do listy i dodaję priorytet ;) Dzięki za recenzję!
Gosiu cała przyjemność po mojej stronie :)
Mary właśnie widziałam :) Mi się, jak widzisz, bardzo podobało.
Mandżuria a ja chętnie przeczytam Twoją recenzję
Dziś skończyłam czytać „tę” „tą” książkę i powiem szczerze że nigdy książka tego typu nie sprawiła mi tyle przyjemności!!! Jest prosta, praktyczna, szalenie dowcipna i pełna kapitalnego poczucia humoru jak i dystansu do wszystkiego :-) Działa plastycznie na wyobraźnie i czuje się niemal te same zapachy i słyszy te same dźwięki co autorka.Ja też podróżuje po Świecie i natchnęła mnie Marzena aby pisać chciaż dziennik z każdego wyjazdu a nie robić tylko zdjęcia. Uśmiałam się po pachy i wzruszyłam czytając ją z zapartym tchem w ciągu paru dni.
Polecam absolutnie każdemu kto pragnie w życiu zajrzeć poza znane nam mury kurortów i obejrzeć życie od kuchni odległego i jakże pięknego zakątka Świata jakim jest potężna Azja.
Pozdrawiam wszelkich podróżników i serdecznie zachęcam!
Basiu właściwie mogłabym się obiema łapkami podpisać pod Twoim komentarzem.
Wyczyn może nie mało oryginalny, coraz więcej osób podróżuje, samotnie również, ale i tak dobrze poczytać o takich wyczynach, może to być inspiracją do wyruszenia w drogę :) Poza tym, mam zawsze wrażenie, że częściej podróże opisują mężczyźni niż kobiety, tym ciekawsza wydaje się ta pozycja. A jeśli ma znamiona poradnika w podróży, to może nawet przeczytam przed planowanym wyjazdem, bo chociaż nie będę podróżować sama, to nie ma jak to spojrzenie kobiety :)
Witam!
Przeczytałam tą pozycję jakiś czas temu.Podobała mi się,ale ja uwielbiam podróże same w sobie i czytanie o podróżach innych.Ta pozycja jest wyjątkowa pod tym wzgledem,że pisze ja kobieta, a rzeczywiście takich książek jest niewiele.A szkoda!Przyjemnie się czyta!
Pozdrawiam ciepło
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane