Irlandzka literatura po Joycie jest dość monotematyczna (ale i w swym monotematyzmie specyficznie urocza). Gro spośród pisarzy obraca się bowiem wokół podobnego zasobu anegdot przetwarzanych wedle własnych potrzeb. W takiej powieści musi być więc i trochę głodu, i trochę biedy, koniecznie martwe niemowlę w rodzinie, obowiązkowo surowy ksiądz lub nauczyciel wyposażony w odpowiednią dyscyplinę oraz bystry acz przysparzający pewnych wychowawczych kłopotów urwis. Nie inaczej jest w przypadku „Paddy Clarke Ha Ha Ha” Roddy’ego Doyle’a (którego nawiasem mówiąc dotąd kojarzyłam jedynie z „The Commitments” i to z filmem Alana Parkera, nie powieścią).
Zachodzę w głowę dlaczego Doyle dostał Bookera właśnie za „Paddy’ego Clarka”, który sam w sobie jest powieścią przyzwoitą, ciekawie napisaną, ale z pewnością nie wybitną, albo chociaż na tyle dobrą, aby nagradzać ją tak prestiżowym wyróżnieniem. Być może w 1993 trafiły się wyjątkowo kiepskie nominacje i „Paddy” na ich tle pozytywnie się wyróżnił. Świeżości zresztą nie można mu odmówić. Nie wiem czy to znak firmowy Roddy’ego Doyle’a czy to jednorazowy incydent akurat przy okazji tej książki, ale w przypadku „Paddy’ego Clarka” trudno mówić o czymś takim jak linearna narracja, albo chronologia zdarzeń. Powieść nawet nie jest zbudowana, a skomponowana z szeregu luźno z sobą powiązanych scenek, które zmieniają się w jakimś nie do końca określonym porządku, co udatnie wpisuje się w konwencję dziecięcej narracji swobodnie przeskakującej z wątku na wątek. Narratorem jest właśnie ów Paddy, na oko dziesięcioletni chłopczyk zamieszkujący pod dublińską osadę, a sama książka Doyle’a jest w czymś w rodzaju powieści o kształtowaniu się osobowości młodego człowieka.
Te kilka irlandzkich powieści, które dotąd przeczytałam (plus tych kilka filmów osadzonych w realiach Zielonej Wyspy) utrwaliły mi w głowie obrazek irlandzkiego dziecka, które prócz tego, że musi mieć na imię Patrick i pomimo wiader święconej wody wylewanej mu głowę, broi, psoci i łobuzuje ile tylko się da, czyli dużo. Zdziwiłabym się gdyby było inaczej z Paddym, ale nie, i on bawi się ze swymi kumplami w sposób typowy dla dziesięciolatków z nadmiarem wolnego czasu: A to coś ukradnie, albo podpali, albo się z kimś pobije, nie będąc przy tym recydywistą, ale wciąż miłym, bystrym, a w domu dość grzecznym chłopcem. Scenki ze szkoły i podwórka Doyle przeplata epizodami rodzinnymi dodając tej bezpretensjonalnej i dość zabawnej powieści nieco poważniejszy aspekt. W domu chłopca bywa bowiem różnie, a między słowami narasta dramat rozpadu rodziny.
Największym atutem „Paddy Clarke Ha Ha Ha” jest język, wspaniale oddający mowę dziecka inteligentnego i oczytanego, ale i w dużej mierze wychowanego przez ulicę. Stąd język powieści Doyle’a to wybuchowa mieszanka kolokwializmów, wulgaryzmów, mowy naiwnej i „dorosłych” zdań. Dzięki temu powieść bywa i zabawna, i skłaniająca ku refleksjom natury wychowawczej, ale przede wszystkim jest szalenie realistyczna, a Paddy – wiarygodny.
Można przeczytać.
Ocena: 





[„Paddy Clarke Ha Ha Ha” Roddy Doyle, Wydawnictwo Amber, Warszawa 1995]
Może Cię również zainteresuje:
- „Prochy Angeli” Frank McCourt 28/05/2008
- „Ten, kto mrugnie, boi się śmierci” Knud Romer 04/01/2009
- „Emma i ja” Elizabeth Flock 02/04/2008
- „Magiczny sklep z zabawkami” Angela Carter 17/03/2008
- Darling 02/08/2010
- „Jestem królem zamku” Susan Hill 18/08/2009
- „Dziewczynka, która za bardzo lubiła zapałki” Gaétan Soucy 01/11/2009










No cóż, czasami lepiej się trzymać sprawdzonego zasobu anegdot, niż wyskakiwać z jakimś nowym pomysłem i nie zostać docenionym.
Nie wiem czemu, ale czytają Twoją recenzję, przypomniał mi się „Szatan z siódmej klasy”. I wydaję mi się, że zabawnie jest czytać o takim urwisie, który swoimi głupimi pomysłami, potrafi nas nieźle rozśmieszyć.
Faktycznie może i coś w tym jest. Przy czym „Szatan z siódmej klasy” to jednak powieść młodzieżowa, a „Paddy Clark” chyba niekoniecznie.
Z pewnością :-)
Czytałam jakiś czas temu z polecenia koleżanki mieszkającej w Irlandii. Miałam podobne odczucia jak Ty, choc, szczerze powiedziawszy, ledwie co pamiętam.
Czytałaś w oryginale, czy może jest polskie tłumaczenie? Jestem bardzo ciekawa, jak wypadło.
Parę dni temu kupiłam tę książkę w oryginale. Niestety język, o którym piszesz chyba przerósł moje zdolności językowe. Aczkolwiek książka wciąga i chciałabym ją przeczytać po polsku.
Pyza nie wydaje mi się, abym i ja za jakiś czas zbyt wiele pamiętała z tej lektury, ale ogólne wrażenie dość dobre. Czytałam po polsku (tylko dałam angielską okładkę, bo jest niemal identyczna, a polskiej nigdzie znaleźć nie mogłam). Na tłumaczenie narzekać nie mogę. Myślę, że tłumacz dał radę :-)
Rr-odkowa ja czytałam po polsku, ale myślę, że faktycznie w oryginale może być dosyć ciężko.