Zasadzałam się na „Okruchy dnia” Kauzo Ishiguro od bardzo dawna. Zresztą nie musiałam się jakoś specjalnie zasadzać, bo powieść spokojnie spoczywała pośród wielu innych w domu rodzinnym, a ja przy okazji każdej wizyty brałam ją do ręki tylko po to, aby z powrotem odłożyć na półkę. Najwyraźniej jej czas nadszedł dopiero teraz. Punktem zapalnym był natomiast „Dom w Riverton”, w którego posłowiu Kate Morton przyznaje się do inspiracji najbardziej znaną i chyba najlepszą powieścią Kazuo Ishiguro. Tak więc w ramach podtrzymywania siebie w miłym klimacie angielskiego międzywojnia w końcu przeczytałam „Okruchy dnia”.
Od razu nadmieniam – ekranizację wyreżyserowaną przez genialnego Jamesa Ivor’ego z koncertowymi rolami Emmy Thomson i Anthony’ego Hopkinsa w bodaj szczytowej formie widziałam po wielekroć. W czasach ogólniaka było to dla mnie jeden z najważniejszych filmów, który zaważył na wyborze takich a nie innych studiów. Zachwyciło mnie subtelne aktorstwo głównej pary. Pod warstwami stłumionych pragnień i jakże angielskiego chłodu kryło się tyle buzujących emocji czy może raczej afektów, bo i powieść Ishiguro i film Ivory’ego jest klasyczna w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Pisarstwo Kazuo Ishiguro podoba mi się coraz bardziej, a najlepsze w angielskim Japończyku jest chyba właśnie to, że każda kolejna książka, po którą sięgam to zaskoczenie. Wydaje mi się, że to jest właśnie to, co odróżnia rzemieślnika od artysty słowa. Rzemieślnicy, tacy jak choćby wymieniona wyżej Kate Morton, piszą wciąż tą samą powieść – samograja, w której zmieniają się tylko adresy i kolory szlafroków, cytując Nicka Hornby’ego. Co innego artysta, dla którego każda kolejna książka to nie tylko forma wyrażenia swego indywiduum, ale i swoista próba sił. Kto okaże się lepszy: obrana konwencja czy ja?
„Okruchy dnia” to powieść, rzec by można, w każdym calu angielska. Przepełniona dystyngowanym chłodem, wystudiowanymi pozami, niemalże poniżającym oddaniem. Stevens majordomus w nieco już podupadłym Darlington Hall przy okazji podróży do Kornwalii wspomina lata świetności swego miejsca pracy, gdy miast nieokrzesanemu acz szczodremu Amerykanowi usługiwał sympatyzującemu z faszystami lordowi. Kiedyś zarządzał całym zastępem służby i asystował przy spotkaniach, które miały mieć kluczowe znaczenie dla świata, teraz włada zaledwie garstką podwładnych i codzienne zmaga się z zupełnie niezrozumiałymi dla niego dowcipami swego nowego pana. Gdy pojawia się okazja wyjazdu na krótki urlop Stevens skwapliwie z niej korzysta tym bardziej, że roi sobie nadzieję na powrót do służby w Darlington Hall dawnej gospodyni, panny Kent, z którą niegdyś łączyły go dość zawiłe stosunki. Miłość i nienawiść czy może raczej miłość uwikłana w skomplikowane relacje służbowe, które w mniemaniu surowego pracoholika Stevensa nie dopuszczają żadnych, nazwijmy je, sercowych przypadłości.
Tak angielska to powieść, a jednak japońskie pochodzenie Kazuo Ishiguro i tu daje o sobie znać. Spolegliwość i oddanie Stevensa, człowieka wyzutego z poczucia humoru i choćby krztyny nonszalancji, smętnego sztywniaka czy wręcz robota, który wmówił sobie, że powołano go do istnienia tylko po to, aby był wiernym sługą zamożniejszych od siebie jako żywo przypomina pracoholizm japońskich salarymanów, którzy dla dobra firmy są w stanie zapomnieć o całym bożym świecie, ba nawet sobie, zupełnie tak jak Stevens. Ale spolegliwość i bezdyskusyjne oddanie swemu panu (właścicielowi?) to tylko część prawdy do kamerdynerze z Darlington Hall. Obok wrodzonego dystansu i gorliwego zaangażowania trzecim kluczowym przymiotem, który doskonale go definiuje jest duma. I to właśnie duma z tego, że asystuje się w czymś wielkim, że jest się gotowym na każde skinienie była motorem Stevensa, podporą jego godności, której nie straszne były poniżenia. Ishiguro pyta o kwestię poddaństwa i współodpowiedzialności za czyny moralnie dwuznaczne. Z perspektywy Stevensa nie istotne było czy postępuje słusznie czy niesprawiedliwie, ważne było tylko czy jest wiernym wykonawcą pańskich poleceń. Zasłaniając się życzeniem świętej krowy nie musiał poczuwać się do winy i w ostatecznym rozrachunku nie dostrzegał w swej postawi niczego nagannego.
Literacka śmietanka. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał powinien to szybko nadrobić.
Ocena: 





["Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro, Prószyński o S-ka, Warszawa 1997]
Może Cię również zainteresuje:
- „Malarz świata ułudy” Kazuo Ishiguro 11/12/2008
- „Kiedy byliśmy sierotami” Kazuo Ishiguro 18/02/2009
- „Dom w Riverton” Kate Morton 29/08/2009
- “Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków” Xiaolu Guo 01/03/2009
- „Pełnia księżyca” P.G. Wodehouse 13/04/2009
- Bardziej angielski niż królowa 19/07/2010
- „Zatrute ciasteczko” Alan Bradley 11/08/2009










Żadnej innej śmietanki tknąć mi nie wolno, więc po tę sięgnę z przyjemnością:) Bardzo smaczna recenzja, zachęcająca niezwykle.
Ishiguro czytałam tylko ‘Nie opuszczaj mnie’, pamiętam, że strasznie mnie wciągnęło, zapomniałam o Bożym świecie! Wielokrotnie miałam jego książki w ręku i jakoś nic z tego nie wychodziło, chyba bałam się, że to nie będzie to co ‘NOM’!? Czyli teraz czas na ‘Okruchy dnia’:-) … i zatanawiam się Zosik do jakich to studiów mógł przekonać Cię film, myślę i myślę, pojawia mi się wiele możliwości :-)
Zosiku, „Okruchy dnia” przeczytam. Po takiej recenzji, przeczytam bez dwóch zdań :-).
Pozdrowienia.
Makowepole polecam zwłaszcza do niespiesznej lektury z filiżanką herbaty u boku :)
Moni „Nie opuszczaj mnie” mam swoje, więc kiedyś zapewne przeczytam :) A taki stan zaczytania aż po uszy, że zapomniałam o wszystkim miałam przy okazji czytania „Kiedy byliśmy sierotami”, które okazało się książką nadspodziewanie absorbującą i to nie tylko moim zdaniem :) A studia to filmoznawstwo he he :] A myślałaś, że jakie?
Rr-odkowa a zatem misja wykonana ;-)
O, no to nadrobię, obiecuję! Przeczytam, gdy tylko wpadnie mi w ręce! Wielce zachęcająca recenzja :))
Zosik dziękuję, poleciłaś mi dziś dwie książki Ishiguro :-) już wiem, że mogę spokojnie sięgnąć po następne jego książki nie obawiając się, że po „Nie opuszczaj mnie” nic już mnie nie zachwyci.
Co do kierunków studiów miałam kilka opcji – oczywiście oprócz takich, po których strojem firmowym jest liberia :-) bo nie słyszałam o takich i nie podejrzewam Cię Zosik o to:-) Nie wiem czemu ale myślałam o historii, germanistyce, reżyserii …. ale filmoznawswto nie przyszło mi na myśl:-)Dziękuję :-)
Zgadzam się, książka warta jest przeczytania:)Pozdrawiam
Czytałam i też mi się podobało. A wczoraj skończyłam „Nie opuszczaj mnie” – powalająca książka. Jeszcze długo będę o niej myśleć.
no mam tą ksiazke ale jeszcze nie siegnełam. Film cudny to prawda.. Fajnie że Ci sie podobało
Muszę przyznać, że zostałam zachęcona do przeczytania tej książki, tym bardziej, że film oglądałam i bardzo mi się podobał – niezwykle cenię aktorstwo Anthony Hopkinsa i Emmy Thompson. Teraz poszukam źródła scenariusza ;)
Aerien trzymam Cię za słowo!
Moni proszę bardzo. A Ty zaostrzyłaś mą ciekawość wobec „Nie opuszczaj mnie”. Widzę, że z filmoznawstwem to Cię zaskoczyłam :) Ale to stare dzieje. Teraz już się filmami w ogóle nie zajmuję.
Montgomerry my ostatnio bardzo się zgadzamy :]
Karolina a czy też nie czytałaś „Kiedy byliśmy sierotami”?
Mary też się cieszę.
Gosiu polecam. Podczytuję Twój blog i myślę, że lektura Cię usatysfakcjonuje!
zachęciłaś mnie, a ja się zastanawiałam, czy warto sięgać:)))
Dołączam się do polecajek.
Pamiętam, że najpierw obejrzałem film, dopiero długo po tym sięgnąłem po książkę, jednak nastrój właściwy filmowym „Okruchom” okazał się tym samym nastrojem, który w literackim języku zaklął Ishiguro. Ten dystyngowany chłód oraz wystudiowane pozy, o których napisałaś, niesamowicie mnie wciągnęły. W „Okruchach” czuć, że ludzie chcą, ale nie potrafią lub nie mogą. Z drugiej strony, gdy się zastanawiam, to przypominam sobie, że literacki pierwowzór majordomusa granego przez Hopkinsa był niekiedy całkiem bezmyślny i, wydaje się, bezuczuciowy.
Takie wrażenie pozostało mi po latach. Do diaska, same okruchy.
Ciekawe, ze i ja dzis – nie wiedzac nic o Twojej recenzji – u siebie na blogu zamiescilam recenzje nowej ksiazki Ishiguro („Nocturnes”) :) Ja akurat za Ishiguro nie przepadam, jak napisalam u siebie, ale „Okruchy dnia” to majstersztyk – i film i ksiazka. Tylko… to nie do konca moim zdanie tak, ze w tej ksiazce widac japonskie pochodzenie Ishiguro. Po prostu Japonczycy i Anglicy sa w tak wielu sprawach (mam na mysli mentalnosc i podejscie do roznych rzeczy) podobni, ze rownie dobrze wydarzenia opisane w powiesci moglyby sie rozgrywac w Japonii, trzeba by tylko zmienic drobne szczegoly.
Zosik :-))))) ……….. miłej lektury! …. tak na przyszłość …
Kocham tę książkę – tak, jak i wspomnianą przez Ciebie ekranizację, którą także widziałem po wielokroć. Powieść czytałem w oryginale i muszę przyznać, że napisane jest cudowną angielszczyzną! Czy nie uważasz, że to zadziwiające, iż powieść zawierającą w pewnym sensie kwintesencję brytyjskości napisał Japończyk, a zaadaptował na potrzeby kina Irlandczyk i Hinduska? I jak wspaniale im to wyszło!
Bardzo lubię „Okruchy dnia”, jest to książka pięknie napisana, zdecydowanie warta przeczytania. Dołączę się do rekomendacji :)
„W czasach ogólniaka było to dla mnie jeden z najważniejszych filmów, który zaważył na wyborze takich a nie innych studiów. ” Ze mną było dokładnie tak samo, choc nie wiem, czy skończyłyśmy te same studia. :))
A po książkę też sięgnęłam dużo później, bo dopiero kiedy te studia skończyłam. I choc nie wszystkie powieści Ishiguro się mi podobały (np Kiedy byliśmy sierotami), to lubię, tak jak Ty, że każda jego książka to zaskoczenie.
Pozdrawiam! :)
Cieszę się, Zosik, że wreszcie przeczytałaś tę książkę :) Szkoda byłoby jej nie znać.
Kalio tak czy siak Ishiguro polecam. To ciekawy pisarz. Co prawda „Malarz świata ułudy” to nie jest to co króliki lubią najbardziej, ale „Kiedy byliśmy sierotami” to już zupełnie inna bajka.
Sławku to prawda. Stevens w interpretacji Hopkinsa jest jakby nieco inną osobą. U Ishiguro chwilami wręcz przypomniał mi zaprogramowanego do służby robota z klapkami na oczach, które pozwalają mu widzieć tylko to co chce i interpretować zastany świat podług własnego kanonu wartości. Faktycznie był bezmyślny. Działał jak automat. W interpretacji Hopkinsa nabrał nieco bardziej ludzkiego poloru.
Chihiro to prawda, to zabawna zbieżność. Mam wrażenie, że czasem w naszych kręgach czytelniczych działa podobna symetria myśli czy jakby to nazwać, bo jak inaczej wyjaśnić, że tyle osób na raz, jak na akord, czyta jakąś książkę zupełnie wcześniej tego z sobą nie ustalając ;-)
Snoopy ano właśnie. To zaskakujący paradoks sztuki i kultury w ogóle. Najlepszym portrecistami nacji są osoby spoza niej, bo tylko one są w stanie z dystansu spoglądać na nich. Ja w ogóle jestem ogromną miłośniczką filmów Jamesa Ivory’ego.
Enga cieszę się, że jest nas tak wielu :)
Latająca_pyzo ha! Ja skończyłam filmoznawstwo, a Ty :>?
Germini dokładnie. Szkoda byłoby jej nie znać i właściwie nie żałuję, że tak długo z tą lekturą zwlekałam.
Zosik: Tak, czytałam „Kiedy byliśmy sierotami” (to ta książka, przez którą przegapiłam autobus odjeżdżający spod mojego nosa). Czytałam też „Malarza świata ułudy” – i cokolwiek o nim nie mówisz to jest to książka, od której rozpoczęłam moją znajomość z prozą Ishiguro. W sumie dotąd przeczytałam 4 jego książki i każda jest lepsza od poprzedniej.
Karolina ja też od „Malarza…” rozpoczęłam i w sumie Twoja teoria, że każda kolejna książka jest lepsza tylko się potwierdza ::)