W przypadku „Mongolia. Wyprawa w tajgę i step” sprawa jest prosta i zasadniczo nie ma się nad czym rozwodzić. Kto choć raz miał w łapkach którąkolwiek z książek wydanych w serii „Poznaj świat” (a ufam, że przynajmniej połowa spośród Was miała do czynienia z książkami Wojciecha Cejrowskiego) wie mniej więcej czego się spodziewać: piękne zdjęcia, staranne wydanie, gładki papier i waga, która dyskwalifikuje tomy z noszenia w torebce (zwłaszcza te w twardej okładce). Również zawartość merytoryczna jest na wysokim poziomie (a przynajmniej była w tych tomach, które do tej pory udało mi się przeczytać).
Z „Mongolią” też tak jest. Umieściłabym ją między świetnymi książkami Cejrowskiego, a dość przeciętną w gruncie rzeczy Syberią Jacka Pałkiewicza. Bolesław A. Uryn nie jest postacią tak barwną, jak Pan WC, nie potrafi też w tak zajmujący sposób opowiadać, ale w porównaniu z wątpliwymi talentami pisarskimi Pałkiewicza wypada całkiem dobrze. Reportaże Uryna to interesujące kompendium wiedzy na temat kultury i życia w najbardziej odludnych zakątkach Mongolii. Po prawdzie Mongolia jakoś szczególnie mnie nie zajmuje. Zdecydowanie nie jest to kraj, który chciałabym odwiedzić, a jednak sięgnęłam po „Wyprawę w tajgę i step”. Pewnie trochę z przekory, ale i ciekawości.
Uryn to w ogóle intrygująca postać. Doktor nauk przyrodniczych, który zakochał się w Mongolii do tego stopnia, że co roku wraca do niej na kilka miesięcy po to, aby penetrować najbardziej odludne i niebezpieczne jej fragmenty. Relacje z kolejnych przygód, między innymi poszukiwania mongolskiego Yeti, forsowania nieznanych odcinków rzek i pasm górskich zasadniczo tylko dla własnej satysfakcji, nasunęły mi tylko jedną refleksją i w dodatku w kontrze do przesłania książki Uryna, który jest propagatorem survivalu „z ludzką twarzą”. Zastanawia mnie bowiem czy istnieją jakiekolwiek granice, których człowiek zachodni nie przekroczy? Duch przygody duchem przygody, ale jednak czy przedzieranie się do najbardziej niedostępnych miejsc kosztem koni, które często z takich wypraw nie wracają tylko po to, aby móc przez tydzień łowić ryby albo postrzelać do mongolskiej zwierzyny czy to nie jest nadużycie jest postępowaniem godnym doktora nauk przyrodniczych? Czy koszty takiej wyprawy nie są zbyt wielkie, czy nie jest to naginanie świata na potrzeby człowieka z zachodu, którego nie zadowala już moczenie wędki w zwykłym jeziorze? Potrzebuje ekstremalnych doznań, a że przy okazji złamie nogę i utopi dwa konie? Czy to są tylko koszty czy aż koszty?
Pomimo tej dość dojmującej refleksji książkę czyta się dobrze i myślę, że mogę polecić ją każdemu kto lubi czytać o podróżach i wszelkich przygodach z nimi związanych. Dużym atutem są piękne zdjęcia Uryna. Niektóre spośród nich możecie zobaczyć na jego stronie.
Ocena: 





[„Mongolia. Wyprawy w tajgę i step” Bolesław A. Uryn, Bernardinum, Pelplin 2005]
Mongolia na literacko - „Czas czerwonych gór”
Może Cię również zainteresuje:
- „Syberia. Wyprawa na biegun zimna” Jacek Pałkiewicz 05/05/2008
- „Gringo wśród dzikich plemion” Wojciech Cejrowski 11/12/2007
- „Rio Anaconda” Wojciech Cejrowski 13/03/2008
- „Czas Czerwonych Gór” Petra Hůlová 16/06/2008
- „Powiedział mi wróżbita” Tiziano Terzani 12/02/2009
- „Jadę sobie: Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” Marzena Filipczak 14/10/2009










Nie czytałam nic z tego cyklu, ani Cejrowskiego, ani innych. I na obecną chwilę, choć fascynuję się podróżami, jakoś na literaturę podróżniczą nie mam ochoty.
Na tę książkę już się zasadzałam, ale nie mogłam jej dotąd dorwać w bibliotece. Już teraz wiem, że jednak warto polować dalej.
Serię „Poznaj świat” bardzo lubię (zwłaszcza za szatę graficzną), ale muszę się przyznać, że dotąd unikałam jednego autora, sztandarowego – żadnej książki Cejrowskiego nie czytałam, z dwóch powodów: po pierwsze miałabym wrażenie, że słyszę jego dość nieprzyjemny głos ;) , po drugie, i chyba ważniejsze, gdy czasem widzę jakiś fragment jego telewizyjnego programu, mam wrażenie, że tak jakoś instrumentalnie traktuje tubylców, zwłaszcza Indian. I to mnie bardzo zniechęca do czytania jego książek.
Jeśli chodzi o Jacka Pałkiewicza, widziałam w bibliotece tomisko „Pasja życia” i chyba się następnym razem na nie skuszę.
Ktyra a ja od czasu do czasu lubię sobie literaturę podróżniczą zapodać. Dobrze napisany reportaż z podróży może być równie wciągający, jak porządny kryminał :)
Gosiu Cejrowski w ogóle ma taką protekcjonalną manierę bycia. Nie przepadam za nim, mówię to szczerze. Nigdy go nie lubiłam, ale mój stosunek do niego nieco się zmiękczył po tym, jak przeczytałam obie książki, bo pan WC pisze wspaniale, a i przygód miał co nie miara. Co zaś tyczy się Jacka Pałkiewicza – ten dla odmiany pisze kiepściutko. Ciekawa jestem, co Ty będziesz o nim myśleć :)
Bardzo lubię tą serię. Faktycznie wydania książek są piękne. Papier, zdjęcia..
Natomiast nie mam co liczyć na to w bibliotece, niestety.. przynajmniej narazie, a chętnie o Mongolii bym poczytała, tym bardziej że fotki na stronie pana Uryna, są genialne.. :)
Cejrowskiego lubię, choć ostatnio nieco mnie drażni, nei wiem czemu w sumie, natomiast Pałkiewicz chyba ma się za jakiegoś geniusza survivalu – takie mam wrażenie jak go czytam ;))) i niespecjalnie mi się to podoba.
o rany, Zosik, to ja zupelnie na odwrot – Cejrowskiego lubie, jak gada, bo pisze wg mnie kiepsciutko (czytalam wszystko, lacznie z ‘Koltun sie jezy’ :), ksiazki sa pieknie wydane i tematyka interesujaca, i to go, moim zdaniem, ratuje. dlatego czytam i czytac bede :)
Mary a ja właśnie „Mongolię” znalazłam w bibliotece, co nie powiem, żeby mnie nie zdziwiło. Pałkiewicz to faktycznie piewca survivalu, IMHO za bardzo się na nim skupia zamiast napisać coś interesującego o miejscu, w którym jest.
Yvonne no masz. A ja słuchać Cejrowskiego nie mogę…