Krzysztof jest Polakiem, Varga jest Węgrem – wydaje się, że nie sposób lepiej oddać specyfiki „Gulaszu z turula”, bo prawdą powszechnie znaną jest, że porządna analiza wymaga tyleż samo oddania co i dystansu wobec opisywanej materii. Innymi słowy – niezbędna jest zdolność spojrzenia z boku. Krzysztof, który jest Polakiem patrzy na Madziarów z pewną rezerwą. Varga, który jest z ojca Węgrem, angażuje się w sprawę, redefiniuje węgierską tożsamość, która odtąd przestaje być prostą mieszanką gulaszu, puszty, czardasza i „Dziewczyną o perłowych włosach”.
Przeczytałam w kilku recenzjach, że „Gulasz z turula” nie jest przewodnikiem po Węgrzech. Przewodnikiem zdecydowanie nie, ale nieocenioną pomocą naukową ułatwiającą lepsze poznanie madziarskiego fenomenu i owszem. Na początku sierpnia i ja byłam w Budapeszcie (nie pierwszy raz zresztą) a lektura post factum „Gulaszu z turula” okazała się doświadczeniem tyleż inspirującym co po prostu pouczającym. Intuicja pewne tropy mi podpowiadała, ale dopiero Varga rozsunął przede mną kurtynę w tym teatrzyku i wyjaśnił dlaczego właśnie tak a nie inaczej.
Na próżno szukać u Vargi pocztówkowych landszaftów, a jeśli nawet zabiera nas w „turystyczne” miejsce to tylko po to, aby obnażyć jego brzydką bądź mroczną stronę. W „Gulaszu z turula” na nowo, z niepokojącą siłą, ożywają demony węgierskiej przeszłości. Varga znacznie lepiej odnajduje się w miejscach zapomnianych, obskurnych. Takich, które swym istnieniem potwierdzają jego tezę o głębokim upodobaniu Węgrów do przeszłości, do tęsknot za dawno minioną świetnością. Ale nazwać „Gulasz z turula” tomem odzierającym Węgry z tworzonej z takim pietyzmem mitologii to tylko połowa prawdy. Varga okazał się bowiem wnikliwym analitykiem, który jednocześnie rekonstruuje węgierski mit niejako od podstaw po to, aby natychmiast go zdemaskować. Balaton to płytkie jezioro, a nie węgierskie morze, słynna budapesztańska ulica Vaci utca może i zachwycała, ale w czasach głębokiego komunizmu, Egri Bikaver to zwykły sikacz.
Pisarz odważnie spoziera w głąb madziarskiej tożsamości, która opiera się na dwóch podstawowych filarach: poczuciu inności oraz skrupulatnej pielęgnacji własnej martyrologii. Ale, ale, czy my, Polacy tak bardzo nie różnimy się od Węgrów? I w nas odzywa się dawny Sarmata, a i zadawać by się mogło, że każda okazja to dobra okazja do zbiorowego utyskiwania nad naszą krwawym dziedzictwem. Polak i Węgier to jednak dwa bratanki?
Zatopienie w Basenie Karpackim, jedyni i niepowtarzalni w swej inności, z innym językiem, innym pochodzeniem, są skazani na bycie Innymi. Człowiek skazany nie może być jednak szczęśliwy. Wciąż czuje się zagrożony, widzi wokół siebie prześladowców. Węgrzy (…) ze swej inności czerpią dumę, ale jest to duma nieszczęśliwa. [s. 78]
Czyli jednak z Węgrami równać się nie możemy. Mamy morze, mamy góry. Ani język ani kulturowa odrębność nie predysponuje nas do miana odmieńców w Europie Wschodniej. Madziarzy zaś zostali wykastrowany z dawnej świetności, królewskich przymiotów. Pozbawiona dostępu do morza i co jeszcze gorsze – gór. Zaklęci w czasie, w swej starości, z której nie są w stanie się wyzwolić. Zasklepieni w kulturze, której samobójstwo jest największym sukcesem eksportowym. Lądowi admirałowi wciąż nie mogący pogodzić się z niewspółmiernie małą rolą Węgier we współczesnym świecie.
„Gulasz z turula” skonstruowany jest na dysonansie między wielkimi aspiracjami a kompleksami Węgrów. Rzecz o wcale nie wstydliwie skrywanej potrzebie bycia wielkim. Znakomity zbiór.
Ocena: 





["Gulasz z Turula" Krzysztof Varga, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008]
Może Cię również zainteresuje:
- „Tajemnica Abigail” Magda Szabo (aka „Tajemnica Abigél”) 19/03/2008
- „Gottland” Mariusz Szczygieł 06/06/2008
- Mocne 12/09/2010
- The best of „Księga ziół” Sandor Marai 30/09/2008










Jeżeli chodzi o gulasz węgierski to kojarzy mi się on tylko z łzami w oczach i zapychaniem się chlebem żeby wyzbierać z gardła całą pikantność tej szatańskiej potrawy!
świetnie napisałaś. tym bardziej muszę to przeczytać!
Książka jest rzeczywiście świetna, przeczytałem ją po wysłuchaniu bardzo ciekawej rozmowy z autorem w TokFM w któryś wiosenny (chyba) weekend. Z początku zapowiada się na kulinarny przewodnik po Budapeszcie (już chciałem wynotowywać adresy i nazwy knajpek), ale w rzeczywistości rozbiera węgierskie społeczeństwo i historię na czynniki pierwsze i bardzo – bardzo – dużo mówi o tym kraju i ludziach. Mówi rzeczy, które tylko najwnikliwsi mają szanse dostrzec, czy też choćby przeczuwać jeżdżąc tam na wakacje.
Krepinska no masz. Od razu szatańska potrawa. Ja bym powiedziała, że trochę ognista ;-)
Mary cieszę się. Znając mniej więcej Twoje literackie upodobania jestem przekonana, że Varga Ci się spodoba.
ja_n przewodnik kulinarny nie byłby taki zły ;-) ale faktycznie z początku Varga bardzo skupia się na kwestii konsumpcji, a później ten gulasz się przewija przez pozostałe rozdziały. Wydaje mi się, że aby móc być tak wnikliwym trzeba być człowiekiem wychowanym na styku kultur, a w czytaniu „Gulaszu” najbardziej podobało mi się to, że wreszcie zrozumiałam co kryją w sobie Węgrzy, że sklepik z zakurzonymi wojskowymi trofeami, hełmami i figurkami to nie przypadek, a kawałek ich tożsamości.
Przeczytałam ten tytuł już kilka miesięcy temu, ale to taka książka, która zagnieżdża się w człowieku i dojrzewa stopniowo chyba.
„Gloomy Sunday ” słyszane w radiu też nabrało zupełnie nowego wymiaru dla mnie. Jakby kawałek duszy, a nie kolejny modny cover…
Ja muszę tę książkę też przeczytać.
Poruszony problem dotyczy też i Austriaków. Nazwałabym go „odartą wielkopańskością”. Zarówno Budapeszt jak i Wiedeń zostały tak budowane, by być ośrodkiem mocarstwa. Stąd te tęsknoty do czasów monarchii, idealizowanej i nawet w środowiskach naszej Galicji.
Nie byłam w ostatnich latach w Budapeszcie, ale starsi bywalcy mówią o upadku w porównaniu z czasami „siermiężnego socjalizmu”, nasz rozwój jest bardziej przemyślany.
Droga Zosiu, przepraszam za moją długą nieobecność nie tylko w świecie blogowym, ale co gorsza, na Twoim blogu. Wybacz mi, że w ostatnim czasie tak mało poświęcałam się komentowaniu.
3 klasa to jednak nie przelewki, a do tego przyszły jeszcze kłopoty rodzinne i sercowe. Mam nadzieję, że długo się nie gniewasz.
Buziaki, Twój wierny czytelnik,
Vampire_Slayer :]
Kropka muszę sobie w końcu posłuchać „Gloomy Sunday”. Dziękuję, że mi przypomniałaś :-) I faktycznie „Gulasz…” to książka, która głęboko się zagnieżdża.
Nutto wiesz to ciekawe, ale Varga praktycznie zupełnie pomija temat Austriaków, co dla mnie było o tyle zastanawiające, że Węgry zawsze bardzo głęboko kojarzyły mi się z Austrowęgrami.
Vampire_Slayer, moja droga, dlaczego miałabym się gniewać? Cieszę się, że się odzywasz :-) Nauka to priorytet, więc niech to będzie punkt przede wszystkim zaprzątający Twoją głową, a za sprawy sercowe i rodzinne trzymam kciuki :)
Bardzo ładny Twój tekst.
A ja mam wrażenie, że konstrukcja książki trochę szwankuje. Im bliżej końca, tym bardziej wszystko się rozwadnia, marnieje, zupełnie jak świetność Wielkich Węgier.
Z drugiej strony – naprawdę warto, szczególnie, jak się ma znajomych Węgrów pod ręką, z którymi można konfrontować Vargę. Ciekawe rzeczy z tego wychodzą.
Faktycznie jest coś w tym, co piszesz. Początkowe rozdziały czyta się zdecydowanie lepiej niż te bliżej końca, ale nie uważam tego za dyskwalifikujący mankament „Gulaszu z Turula”.
Oj, od razu dyskwalifikacja :-) Brzmi to jakoś apokaliptycznie, a przecież turulowy gulasz jest naprawdę smaczny! Poza tym Autor, przez swoje mieszane pochodzenie mógł pozwolić sobie na więcej, niż rodowity Polak czy Węgier. Weźmy na przykład takiego kurczaka po kijowsku. Varga brawurowo rzucił się w otchłań z twierdzeniem, że to bardziej węgierska potrawa (bo bardziej powszechna w knajpach) niż gulasze! O Losie, Polak z takim stwierdzeniem zostałby skwitowany godnym politowania uśmiechem. Madziar na takie zdanie nigdy, przenigdy by się nie zdobył :-)
Jestem świeżo po lekturze. Pan Bóg sprawiedliwie dzieli talentami. Obdarzył go Mariusza Szczygła, aby napisał nietuzinkową książkę o Czechach „Gottland”, a teraz Krzysztof Varga ze swoim „Gulaszem z turula”. Prawdziwa wiwisekcja węgierskiej duszy, tęsknoty i tego niezdefiniowanego smutku, żalu. Panie Krzysztofie, jest na to słowo. To słowo to czeskie „litost”, o którym Kundera pisał, że jest nieprzetłumaczalne na żaden z języków. Pomieszanie rozpaczy, zwątpienia i bezsilności. Tak, Węgrzy myślą o swoim kraju jako raju utraconym, choć rajem nigdy nie bym, ale utraconym jak najbardziej. Piękna, piękna książka.
Wszystkim fanom węgierskich klimatów polecam równiespaniałą pozycję Miklosa Vamosa „Księga ojców”. Przejazd przez 1000 lat historii Węgier przez pryzmat jednej rodziny.
Gratuluję obu autorom!