Zanim napiszę kilka zdań o dwóch bezdyskusyjnie znakomitych książkach poczuwam się do obowiązku wyrażenie mej dezaprobaty dla powieści, których lektury onegdaj nie ukończyłam pomimo tak zwanych dobrych chęci i sporej dozy samozaparcia.
Niewypał numer jeden to „Wybuchowe mango” pakistańskiego pisarza Mohammeda Hanifa. W moim przypadku mango nie wybuchło. Męczyłam toto dość długo trzymając się wciąż tej beznadziejnej myśli, że w końcu się coś wydarzy, a powieść przestanie przypominać mi „Miasto i psy” Vargas Llosy a zacznie w końcu „Paragraf 22”, na który powoływano się w materiałach promocyjnych. Przeliczyłam się jednak, jak zwykle zresztą, gdy dam się zwieść marketingowcom (taka duża a niczego się nie nauczyła), a „wojskowa” tematyka jest zdecydowanie dla mnie za ciężka, portret despotycznego generała Zii wcale nie śmieszny, a scenki z celi aż nadto przywodziły mi na myśl „Inny świat”. Gdybym więc miałam ochotę na martyrologię z wojskiem w tle sięgnęłabym po Sołżenicyna, a jedno „Miasto i psy” to jak na mój czytelniczy gust i tak za dużo. Zatem Panu Hanifowi po jakiś 160 stronach podziękowałam za dalszą znajomość i wiecie co – od razu poczułam ogromną ulgę. „Wybuchowe mango” to bez wątpienia dobrze napisana i interesująca powieść (ostatecznie za nic na krótkiej liści finalistów Bookera żaden debiutant się nie znalazł), ale zupełnie nie w moich klimatach. Dałam się zwieść magii nazwiska Hellera, chciałam przewrotnej farsy na wojsko, a dostałam powieść jak na mój gust za bardzo mroczną. Za bardzo na serio.
Niewypał numer dwa to „Tego lata, w Zawrociu” Hanny Kowalewskiej, której zachwalana i wychwalana „Julita i huśtawki” już jakiś czas temu tęgo mnie rozczarowała, ale przecież łaskawa jestem i chciałam dać Pani Hani jeszcze jedną szansę. Padło na Zawrocie, bo akurat znalazłam to „cudo” w domu u mamy, a to podobno wybitnie wakacyjna lektura, taka magiczna, mamiąca i pachnąca ogrodem. Może i mami, może i pachnie, ale to nie mój ogródek. Od początku u Kowalewskiej raziła mnie przesadnie kwiecista stylistyka, nadmiar słów w ogóle, a bogato nie znaczy lepiej, choć pół biedy z tym. To, co ostatecznie uśmierciło we mnie chęć do kontynuowania lektury (i dalszego nań czasu trwonienia) była konstrukcja postaci głównej bohaterki – Matyldy – w mym odczuciu jednostki wybitnie antypatycznej, z którą nijaki nie byłam w stanie sympatyzować. Odwrotnie do intencji pisarki od razu polubiłam znienawidzoną babkę, poprzednią właścicielką domu w Zawrociu. W ogóle z tej powieści płynie coś takiego, hmm… negatywnego? Tak czy siak Hanna Kowalewskiej również już dziękuję. Nie mój ogródek. Nie moja bajka.
Może Cię również zainteresuje:
- “Julita i huśtawki” Hanna Kowalewska 09/10/2007










Ja akurat bardzo lubię „Tego lata w Zawrociu”, a babka też była moją faworytką. *^v^*
Też odkładam książki, które mnie męczą, życie jest zbyt krótkie, żeby na siłę kończyć lektury, które nie dają nam satysfakcji, w końcu jest jeszcze tyle dobrych książek do przeczytania! ~^^~
Joanno otóż to. Nie ma co się na siłę zrzucać…
„Tego lata w Zawrociu”- zrezygnowałam po 50 stronach, choć przyjaciółka bardzo mi zachwalała tą powieść
:) hihihi
Czyli Mango okazało się niezjadliwe? Uuu, a taki wspaniały tytuł i piękna okładka… :/
No właśnie ten tytuł i okładka też mnie kusiły ;)
Marchew ja doczytałam do 80, ale z bólem z zębów ;-)
Mary i z czego tu się śmiać? Wiesz jak ja nie lubię nie doczytać do końca książki?
Net.a.a dla mnie zdecydowanie niezjadliwe acz nie wątpię, że znajdą się jego amatorzy.
Lilithin okładka piękna! Zresztą Znak te swoje powieści wydaje ślicznie.
;))))))))
Ha! Jak dobrze ze sie na to mango nie skusiłam!
Peek w rzeczy samej jestem zdania, że nie ma czego żałować :-)