Po nieszczególnie udanym spotkaniu z Susan Hill przy okazji „Ludzi czystego serca” jestem zupełnie rada, że nie odpuściłam sobie dalszej z nią znajomości. A było warto, bo „Jestem królem zamku” to powieść zgoła odmienna, przerażająca i fascynująca zarazem.
Z Susan Hill w ogóle sprawy mają się dosyć zabawnie, jej pisarską wszechstronność można tylko porównać do mojego wrodzonego eklektyzmu w doborze lektur. Nie kto inny bowiem, a właśnie ta Susan Hill swego czasu popełniła kontynuację (sequel ;-) jednej z większych literackich ramot ubiegłego wieku, czyli „Rebeki” Daphne de Maurier i nie kto inny, jak właśnie ta Susan Hill popełniła klasyczną już powieść grozy (niestety nie przetłumaczoną na język polski) „Woman In Black” i cykl kryminałów z Simonem Serrailerem, z którym znajomość tak niefortunnie zapoczątkowała czas temu jakiś (i wciąż nie mam ochoty kontynuować…). „Jestem królem zamku” w tym towarzystwie zajmuje rzec by można miejsce niepoślednie, a mnogość możliwości odczytania i siła oddziaływania powieści rzuca zupełnie nowe światło na literacki dorobek Mrs Hill.
„Jestem królem zamku” porównywane jest do „Władcy much” Williama Goldinga i choć literacko nie dorasta mu do pięt wciąż jest bardzo interesujący spojrzeniem na przedwczesną dorosłość i okrucieństwo dzieci. Bohaterami powieści Susan Hill, nawiasem mówiąc postaciami skonstruowanymi w sposób bardzo wiarygodny i wielowymiarowy, jest dwójka prowadzących ze sobą bezwzględną rywalizację dziesięciolatków. Jeden z nich – Hooper – występuje tu w roli gnębiciela, silny tylko z pozoru, cwany i przebiegły syn właściciela domu, którego gospodynią jest matka tego tłamszonego – Kingshawa – bystrego i z natury dobrego chłopca, choć zdecydowanie kiepsko znoszącego wyrachowania Hoopera. Jednym z ważniejszych tematów podjętych przez Hill jest kwestia walki z własnym strachem i ciągłym poczuciem zagrożenia. Hooper z premedytacją, wręcz sadystyczną satysfakcją wykorzystywał w swych okrutnych grach bojaźliwość Kingshawa, który ponad wszystko obawiał się śmierci. Jako syn gospodyni, gość, od początku był na przegranej pozycji, co sprytnie wykorzystywał jego antagonista, który pod płaszczykiem perfidii był żałosną i tchórzliwą kreaturą. Nie mniej interesująca jest postać matki Kingshawa, która nie tylko jest literackim odbiciem kondycji kobiet w latach siedemdziesiątych – po seksualnej rewolucji, teoretycznie wyzwolonych, ale wciąż zależnych od mężczyzn, bo mężczyzna u boku to jedyny gwarant stabilizacji i spokojnej przyszłości, ale i przerażającym portretem matki oschłej, zimnej i wyrachowanej, bezkompromisowo dążącej do celu.
Przyznaję, że lektura nieco mi się dłużyła, ale za to zakończenie – porażające. Wbija w fotel.
Ocena: 





[„Jestem królem zamku” Susan Hill, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1984]
Może Cię również zainteresuje:
- „Ludzie czystego serca” Susan Hill 07/07/2009
- „Betonowy ogród” Ian McEwan 07/02/2010
- „Ten, kto mrugnie, boi się śmierci” Knud Romer 04/01/2009
- „Lato” Tove Jansson 28/04/2009
- „Kołysanki dla małych kryminalistów” Heather O’Neill 16/04/2009
- „Magiczny sklep z zabawkami” Angela Carter 17/03/2008
- „Emma i ja” Elizabeth Flock 02/04/2008










A mnie nie wiem czemu Susan Hill nie dobrze się kojarzy, choć nie znam jej żadnego dzieła.
Ktyra a właściwie dlaczego? W sumie ciekawe jest to co piszesz ;-)
dopisałam do mojej sławetnej listy ;)
Mary :)
Kocham tą książkę.Bardzo mocno przeżywałam „Jestem królem zamku” ze względu za doskonałe opisy przeżyć wewnętrznych gnębionego chłopaka, może tez dlatego że trochę utożsamiałam się z nim. W każdym razie książka warta uwagi, polecam.
Zgadzam się :-)