Piękne studium młodzieńczej fascynacji i trudu dojrzewania z subtelnie zarysowanym wątkiem lesbijskim i szczyptą erotyzmu.
Niewielka acz kunsztownie napisana powieść szwajcarskiej (czy może właściwie włoskiej) pisarki Fleur Jaeggy to taki mały literacki klejnocik, w którym urzeka swą intensywnością właściwie każde zdanie, w czym zresztą nie mała zasługa kongenialnego przekładu Magdaleny Tulli, której językowe kompetencje pozostają poza wszelką dyskusją.
To wykoncypowana na chłodno powieść pełna skrywanego cierpienia i dojmującego wyobcowania. Znamienny jest już sam tytuł, który idealnie oddaje słodki znój dojrzewania i pierwsze miłosne niespełnienia. Radość i smutek nieuchronnie towarzyszące dorastaniu. Akcja „Szczęśliwych lat udręki” osadzona jest w elitarnej szkole z internatem nad jeziorem Bodeńskim, w środowisku wręcz wyjałowionym z mężczyzn, którzy w powieści Jaeggy są raczej niewiele znaczącymi figurantami niż podporą i symbolem stabilizacji. Właśnie ta narzucona feminizacja nadaje „Szczęśliwym latom udręki” swoisty urok niespiesznej acz klimatycznej opowieści, w której akcja toczy się sennie, a pod warstwą dobrych manier i wzajemnego szacunku buzują rozedrgane emocje. Co najsmutniejsze w pisarstwie Jaeggy to pokora z jaką bohaterki godzą się na wyznaczonym im los. Pobierają nauki nie dlatego, aby być wartościową osobą, a interesującą ozdobą majętnego domu jakiegoś mężczyzny.
Narratorką powieści jest nieco wyalienowana czternastolatka, którą enigmatyczni rodzice pozbawili domowego ciepła, ale i de facto dzieciństwa, skazując na osaczającą i przytłaczającą szkołę, która odtąd jest jej domem, rodziną i kosmosem. Gdy pojawia się w niej nowa uczennica – piękna, mądra i doskonała Frederique – w dziewczynie budzi się gwałtowna fascynacja.
I choć narratorką bez wątpienia jest uczennica szkoły nad jeziorem Bodeńskim Jaeggy pisze w sposób tak enigmatyczny, że trudno jednoznacznie stwierdzić czyją relację czytam. Czy to przemawia nastolatka czy dojrzała kobieta wspominająca minioną młodość?
Literacki smakołyk.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- Drobiazg 26/04/2010
- „Wampir z Ropraz” Jacques Chessex 08/02/2009










zapowiada się smacznie…
No nie, miałam latem nie kupować żadnych książek… Najpierw Chihiro mnie poszczuła, a teraz Ty;) Ale jak, no jak mam nie kupić książki, która dzieje się w szkole dla dziewcząt?;) I to jeszcze z Twojego polecenia!
czyżby szwajcarska Klaudynka?
och, brzmi świetnie…
wiesz, tych pięc akapitów nie zachęciło mnie tak jak ten dopisek na końcu:)
Marcin :)
Padma Ty też sobie to obiecałaś? Mi póki co idzie zupełnie nieźle, bo nadrabiam w bibliotekach i myślę, że spokojnie znajdziesz Fleur Jaeggy właśnie w tym zacnym przybytku, ja w każdym razie znalazłam „Szczęśliwe lata udręki” na bibliotecznej półce. Jest jeszcze jedna książeczka tej Pani, która mnie bardzo intryguje, mianowicie „Proleterka”.
Peek-a-boo a wiesz, że nie wiem, bo książek Colette nie znam :( Ale jeśli są w szkolnych klimatach to chętnie poznam.
Chiara polecam!
Krepinska cieszę się. Jakby co podpowiadam, że wypożyczyłam ją na Królewskiej.
no proszę.. trafiłaś na dobrą książkę. I jaka ładna klimatyczna odkładka…
Bardzo ciekawie piszesz. Jeśli lubisz czytać zapraszam na www. czytamy-ksiazki.blog.onet.pl
Pamiętam swoją lekturę Jaeggy. Byłem olśniony!
Oj, zdecydowanie muszę tego poszukać i kiedyś przeczytać, zapowiada się smakowicie :)
Mary i to przez zupełny przypadek. Chyba takie biblioteczne przypadki są najlepsze ;-)
Agato chętnie zajrzę na Twój blog
Martin a czytałeś też pozostałe dwie?
Mandżuria a żebyś wiedziała!
Literacki smakołyk dla mnie ;]. Dopisuję do listy (a jednak postanowiłam ją pisać) ;P
Takie letnie smakolyki sa najlepsze! A tak w ogole to jeszcze ja, jeszcze ja sie zglaszam do klubu tych, ktore mialy juz nic nie kupowac. Bo zostalo mi z nowo kupionego regalu na ksiazki wprawdzie pol polki wolnej, ale wiecie jak to jest z polowka polki… To tyle, co nic.
A wlasnie kupilam glosna „Fugitive pieces” Anne Michaels, o ktorej John Berger napisal, ze to najwazniejsza ksiazka, jaka czytal w ciagu ostatnich czterdziestu (!!!) lat…
zaciekawiłaś mnie tą recenzją:)
Ktyra ja używam w tym celu schowka w Bilionetce :-)
Chihiro no masz. Czyli jednak kupowanie książek to jakaś zbiorowa choroba hihi. A ja i tak jestem z siebie wielce zadowolona, bo w lipcu kupiłam tylko 2!
Mr Lupa zachęcam do lektury. Książka zdecydowanie godna uwagi.
Hi hi, ja też kupiłam dwie;) Ale jedna to przewodnik, więc tak jakby się nie liczy;)
Przewodniki się nie liczą :-) :-)
A ja w lipcu tylko jedną kupiłam polską za to całe mnóstwo angielskich.
No, może nie aż tak wielkie mnóstwo ale jednak coraz więcej takowych przybywa i to za cenę od 2-4 zł za sztukę w zależności od wagi.
Jest ta książka w jednej z moich bibl.
Czyli trochę smutna ale bardzo fajnie ją zrecenzowałaś.
Dzięki Judytto ;-) A o kupowaniu książek na wagę jeszcze nie słyszałam…
O tak, zakupoholizm to choroba :) Calkiem przyjemna, niemniej jednak, gdy trzeba z nia walczyc, no to jest choroba. Ja ze wstydem przyznaje, ze kupilam wiecej niz dwie… Ale usprawiedliwieniem byly wyzwania! – i to mi przypomina, gdy w podstawowce nauczycielka krzyczala na dzieci, ze gadaja, bystre dziewczynki zaraz podnosily rwetes: „Ale my na temat, psze pani!” :)
Ano właśnie… ;-) Ja wyręczam się biblioteką. Na peryferyjne wyzwanie znalazłam w jednej górę książek, gorzej z tym kolorowym, ale cóż. Poradzę sobie inaczej :-)
Są na wagę w ciucholandach przynajmniej w moim mieście głównie na wagę.